Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uganda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uganda. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 stycznia 2010

Jinja

Źródło Białego Nilu. Miasteczko nad Jeziorem Wiktorii. Tama produkująca dużą część energii w Ugandzie. A wszystko to niczym w porównaniu z szaleństwem raftingu.


Nil sobie płynie spokojnie


Sześć godzin w pontonie na Nilu, wokół nas ptaki, ryby i krokodyle. Przed nami i za nami spiętrzenia wody, małe wodospady, dużo szybko płynącej wody, fale przewracające nasz ponton na plecy.


Mokro wszystkim!


Wspaniała sprawa taki rafting. Wszystkim, którzy nie chcą doświadczać jedynie spotkań z dziką zwierzyną, polecam tę formę rozrywki.

Aż słów brak.

Kibale National Park

Miejsce pełnego rozkwitu mojej dendrofilii. Ponieważ odkąd wkroczyliśmy w obszary zazielenione moja miłość do zielonego koloru rosła, to już w tym wspaniałym lesie deszczowym osiągnęła poziom tak zenitalny, że obejmowałam drzewa i krzewy.

Po dwóch 3-4-godzinnych spacerach przez dżunglę nasyciłam się wilgocią, zielonością i wielko-drzewością. Dołożyło się do tego jeszcze spędzenie nocy w domku na drzewie, gdzie budziły nas odgłosy leśnych słoni, małp, lokalnych odmian dzików i innych ptaków. Cała zielona byłam od każdej strony.


Nasz Kuzyn;


Najwspanialsze jednak w tym parku były Szympansy. Takie zajebiście sprytne małpy. Chociaż one chyba nie są małpami, tylko szympansami. Naczelne są. Kuzynostwo bliskie człowieka. Co w szympansach ciekawe – one są wszystkożerne. To znaczy, że jedzą mięso. Mało tego – polują na małpy i je zżerają. Choć tylko od święta. Głównie żywią się owocami.

W Kibale nasz kolega Maciek zadał również pytanie sezonu, które definitywnie należy uznać za najgłupsze pytanie dekady. Maciek zapytał pana przewodnika czy jedzenie ludzkiego mięsa w Ugandzie jest legalne. Pod warunkiem, że ktoś sam umarł. Pytanie 100% mzungu style. Mniej więcej tak jakby zapytać samego Maćka kiedy on i jego rodzina zeszli z drzewa.

Fort Portal

W Fort Portal spędziliśmy jedną noc, więc za dużo do powiedzenia nie mam. Nawet mango żadnych rewelacyjnych nie sprzedawali. Przed naszym hotelikiem jednak stał pomnik człowieka z pomalowaną na żółtawy kolor twarzą, co chyba miało oznaczać, że biały był. Był też żołnierzem. I walczył. Ale nikt z lokalesów nie był w stanie wyjaśnić nam ani z kim, ani kiedy, ani przeciwko komu.

Z badań historycznych przeprowadzonych przeze mnie po powrocie, okazało się, że miasto nazwane imieniem pana Geralda Portala postawiło mu pomnik w podziękowaniu a może raczej ku uczczeniu faktu, że pan Portal ustanowił Protektorat Ugandy, zamiast działającej tam wcześniej Kompanii Wschodnio-Afrykańskiej.

Miasto Fort Portal było stolicą Protektoratu Ugandy do momentu aż nie powstała kolej w Kampali i się oficjalnie całe brytyjskie towarzycho przeniosła.

A w ogóle to Fort Portal jest stolicą dystryktu Kabarole, a mi się ta nazwa bardzo podoba. Kabarole...

Queen Elizabeth National Park (koło Kasese)

Park Narodowy imienia Królowej Elżbiety – znacie już moją opinię na temat nazwy. Kolonialiści nie mają litości.

Park został utworzony dawno dawno temu – w 1920-którymś roku. Na tym terenie wcześniej mieszkali sobie normalnie ludzie i wypasali bydło i żyło im się szczęśliwie, aż do dnia, w którym mucha Tse-Tse postanowiła opanować terytorium i zaatakowała zarówno bydło jak ich właścicieli, po czym zapadli oni na śpiączkę afrykańską, po czym umarli.

Terytorium stało się więc bardzo dogodne dla dzikiej zwierzyny, której już nikt nie przeszkadzał, jak również sytuacja stała się dogodna, aby stworzyć na tym terytorium park narodowy.

Miejsce jest oczywiście zapierające dech w piersiach. Wschodnia część parku jest płaska i równinna, pokryta malowniczą sawanną. Jest na niej więcej zwierzyny, ponieważ antylopom jest łatwiej wypatrzeć ewentualnego wroga i uciec. A za tymi antylopami idą lwy i inne takie tam.

Północno-zachodnia część parku to z kolei kratery wulkaniczne pokryte zieleniną. Taki zbiór małych Ngoro-Ngoro. Cudownie. Droga przez te kratery co prawda była wymagająca (miejscami jechaliśmy po krawędzi krateru zastanawiając się ile mamy luzu zanim spadniemy na prawo lub na lewo), ale bardzo urokliwa. A nasz Land-Cruiser ze swoim napędem na wszystkie koła świata z zapasem włącznie dzielnie darł przez trawy, kamienie, zbocza gór i inne.

Środkowo-zachodnia część to z kolei dwa jeziora – jezioro Edwarda i Alberta, połączone naturalnym 14-kilometrowym kanałem, który jest siedzibą kilku tysięcy hipopotamów, ptactwa rozmaitego (w tym pelikanów, kormoranów, bocianów z flagą Ugandy na dziobie oraz White Igrisów – które były ulubionymi ptakami pana przewodnika i pokazywał nam je nieustająco) oraz krokodyli.

Wszędzie oczywiście słonie, bawoły i inne lwy.

A na południu parku są lwy co żyją na drzewach. Jedyne takie wariaty w Afryce, ale tam nas nie było, bo nam czasu nie starczyło.

Katuna

Przejście graniczne pomiędzy Ugandą i Rwandą. Z Ugandyjskiej strony Katuna, z Rwandyjskiej – Gatuna. Żeby nie trzeba było za bardzo kombinować jak w przypadku Nimule i Bibii.

Po wyruszeniu z Mbarary piękną drogą przez zielone wzgórza, jadąc wśród chmur, po 2 godzinkach dotarliśmy do granicy. Mieliśmy tego pecha, że dojechaliśmy równo z autobusem z Kigali, więc odstaliśmy w kolejce po stempel wyjazdowy dobre kilkanaście minut. Stempel jednak pach, szlaban ciach i już jesteśmy w Rwandzie.

A tutaj zmiana. Ruch prawostronny (więc ja jako kierowca siedziałam niemalże na chodniku, za to pasażer służył za głównego nawigatora), pokolonialny język urzędowy – francuski. Tutaj osoba Iwony Włodarczyk okazała się nieoceniona, bo ona szprecha po francusku. Oczywiście na granicy mówi się również po angielsku, więc wszystko pięknie i jak spłatka.

Zabawnie jednak takie przejście graniczne wygląda, szczególnie gdy patrzy się na podróżujących autobusem. Wysiadają oni bowiem z autobusu w jednym kraju, a potem przechodzą te kilkaset metrów na drugą stronę i tam wsiadają do autobusu. Często biegnąc za odjeżdżającym pojazdem.

Brak bananów w Afryce

Ach! Jeszcze te bananany! Bo może was dziwić, że przejeżdżając przez bananowe gaje w Ugandzie nie można dostać banana. No więc tak jak pisałam bananów są całe masy, stosy, kiście. Tylko te banany są zrywane jeszcze jak są dość ciemno-zielone. Nazywają się one w języku Swahili „matoke” (co bardzo podobnie brzmi do „matako”, a w żadnym wypadku nie należy milić, gdyż to drugie słowo to nic innego jak DUPA). Tak więc bananów jadalnych przez mzungu nie ma. Ale są olbrzymie ilości matoke.

Tajemnica matoke polega na tym, że po ugotowaniu zastępują ziemniaki. Bo Irish (czyli irish potato – ale, żeby było krócej po prostu Irish) nie chcą rosnąć w górskich ugandyjskich klimatach bo im za ciepło i za wilgotno. Poza tym są z europy, więc nie należą do jakiś bardzo odwiecznych elementów kultury kulinarnej. Matoke kupuje się w wielkiej kiści, następnie odrywa się poszczególne banany, obiera ze skóry (całkiem łatwo), kroi się banana na grube plastry i gotuje w wodzie z solą. Po uzyskaniu miękkości serwuje się go najlepiej z jakimś gulaszem albo innym sosem zawierającym mięso lub też groch czy fasolę. Nie jest to może kawior, ale bez dwóch zdań sycące.

Mbarara

O tym mieście nie wiele możemy powiedzieć, bo zostaliśmy tu na jedną noc w drodze do Rwandy. Wiemy tylko tyle, że obsługa w hotelach jest koszmarna. Droga dojazdowa jest w remoncie, więc jak się jedzie nocą to można doświadczyć ciekawych wzlotów i upadków – do tego stopnia, że szlag trafił naszą Finlandię. Można ją było tylko wyssać z fotelu samochodu.

Ale w Mbarara również sprzedają najlepsze mango na ziemii. Przekonaliśmy się o tym po powrocie z Rwandy, jak w niedzielne popołudnie dojechaliśmy do tego miasteczka, położonego w ślicznych zachodnio-ugandyjskich górach, gdzie kwitnie wszelkiego rodzaju rolnictwo (głównie owocowo-warzywne). W okolicach Mbarara przejeżdża się przez lasy bananowców, wśród wypielęgnowanych pól herbaty, przez wioski, w których sprzedawcy biegnący za przejeżdżającym wolno (ze względu na progi zwalniające) autobusem próbują sprzedać pasażerom swoje cebule czy marchewki. To taka afrykańska forma warzywnego Mc Drive. Swoją drogą – dużo zdrowiej :)

Z mango natomiast było tak, że wyjeżdżając z Mbarara do Queen Elizabeth National Park, do którego mieliśmy parę ładnych kilometrów, postanowiliśmy, że nie będziemy jeść lunchu w żadnej z tych knajp, w których półtorej godziny czeka się żeby przyszedł kelner i powiedział Ci, że to co zamówiłaś właśnie się skończyło. W Ugandzie to dość popularna przypadłość, a Iwona biła rekordy świata w ilości zamawianych „nieobecnych” potraw. Cała sytuacja stawia pod znakiem zapytania w ogóle kwestię sensu drukowania menu w takich jadłodajniach, skoro 90% menu nie ma, a potrawy aktualnie serwowane i tak w menu się nie znajdują.

No więc do mango wracam. Kupiliśmy więc ananasy, mango, pomarańcze i arbuza, żeby sobie zapchać żołądki czymś zdrowym i lekkostrawnym. Nie żebyśmy byli na dietach, ale po prostu albo owoce albo nic. Co ciekawe nie było bananów. To znaczy były, całe mnóstwo, ale w formie, w której my ich nie jemy. Ale o tym później. Więc te mango przejechały z nami aż do QENP, potem z niego wyjechały, potem pojechały do Kibale i na szympansy i nikt ich nie chciał, bo mango jak jest niedojrzałe to nie jest wcale fajne. A te miały zieloną skórkę, więc nie zapowiadały się dobrze. Aż w końcu po spacerze poszukiwawczym szympansów (zakończonym wielkim sukcesem), gdy wyruszyliśmy w dalszą drogę z postanowieniem, że kolejny posiłek w Kampali, toteż ja postanowiłam w końcu dobrać się do tych mango. I OLABOGA! Najlepsze mango świata!

Słodkie, soczyste, mangowiaste i do tego w pięknym kolorze, nie włókniste, no REWELA.

Wszystkich fanów mango zapraszam do Mbarara.

Kampala

Stolica Ugandy. Miasto kiedyś na Siedmiu Wgórzach, dziś już na 22 wzgórzach rozpostarte. Stworzone oczywiście przez Brytoli, którzy tutaj zakończyli bieg kolei z Mombasy przez Nairobi i Kisumu. Afrykańska stolica z obwodnicą, po której się śmiga, podczas gdy w samym mieście już raczej głównie stoi się w korkach. Jak w każdej stolicy jest tu wszystko. Nawet pole golfowe.

W Kampali gościliśmy tylko przejazdem, ale byliśmy na ten przykład w miejscu, które lekko naszą Polskość połechtało. Otóż kilkanaście lat temu papież Jan Paweł II był w Ugandzie. I oni, jako chrześcijanie są z tego bardzo dumni. Tak dumni, że na jednym ze wzgórz odwalili kawał wielkiej katedry poświęconej naszemu Papieżowi-Polakowi. Miło nam.

Jakbyście jednak planowali przejazd przez to miasto to warto zajść do takiej chińskiej knajpki przy jednej z głównych dróg (która prowadzi do Jinja), gdzie serwują najlepszy banana-split ever. Dla niekumatych – banana split to deser z gorących bananów i lodowatych lodów. Knajpka nazywa się Great Chinese Wall.

Gulu

Gulu to miejscowość, w której jako małe dziecko nie chciałabym się wychowywać. Może jako dorosły też nie koniecznie chciałabym tam żyć. Ale zdecydowanie wychowywanie dzieci powinno być zakazane w tym miejscu. A to dla 3 bardzo typowych powodów.

1. Lord Resistance Army, która słynie (oprócz masy innych ciekawych faktów) z tego, że porywa dzieci i wciela ich jako swoich żołnierzy. Chłopców i dziewczynki. Najmłodsi żołnierze mają nawet 5 lat.

2. Ebola. Bardzo sympatyczny wirus. Jak mówił Maurice w czasie mojej poprzedniej wycieczki do Ugandy „bardzo częsty” w tej okolicy.

3. Ludożerstwo zwane kanibalizmem. Otóż podobno w tej okolicy żyją plemiona które dla celów kulturowo-okultystycznych oraz para-kulinarnych żywią się ludźmi. A że dzieci stosunkowo łatwiej się chwyta – to one mają najbardziej przerąbane.

W Gulu mieliśmy również przygodę kulinarną, choć nie związaną z ludzkim mięsem. Natomiast znalezienie po 22:00 jadłodajni, w której byłoby jeszcze jedzenie, wcale nie okazało się takie proste. Do tego okazało się, że wszystkie trunki serwuje się tu na butelki i jak masz ochotę na Johny Walkera to musisz mieć ochotę na cały litr.

Dodam jeszcze parę zdań na temat Lord Resistance Army . Jest to urocza grupa ludzi, uznana przez Zachód za grupę terrorystyczną. Osobiście moja ulubiona. LRA pod dowództwem barwnej persony pana Kony (który pozostaje w bezpośrednim kontakcie z Bogiem) walczy o to, żeby w Ugandzie stworzyć państwo kościelne oparte na 10 przykazaniach. Droga do celu usłana jest porwaniami dzieci, morderstwami oraz barwnymi wierzeniami, że żołnierze LRA po wysmarowaniu się olejkiem z orzechów shea stają się kuloodporni, ponieważ wystrzelony ołów w zetknięciu z ich ciałem zamienia się w wodę. Więcej ciekawych faktów na ich temat oczywiście do znalezienia na Wikipedii. Polecam!

Nimule

Nimule jest w Sudanie. Brat bliźniak Ugandyjskiej Bibii (od Bibia). Jest to brama przez którą do Południowego Sudanu wkracza wszystko to, co nie może przylecieć. Najbardziej zaganiane przejście graniczne. Pełno tu tirów, oficerów Celników, Ugandyjczyków, Kenijczyków, Sudańczyków z każdego zakątka. Jest kilka przyzwoitych noclegowni-jadłodajni oraz cała masa przybytków o podobnych funkcjach, ale zdecydowanie bez jakości.

To tutaj oczywiście odbywają się wszelkie formalności związane z naszym zasysaniem towarów na potrzeby projektu.

Nimule zdecydowanie lepiej wygląda za dnia niż nocą, bo poprzednim razem przekraczając tutaj granicę było już ciemno że oko wykol (jak to w Afryce) i Nimule nie wyglądało w ogóle. Nie było go widać. Tymczasem teraz ukazało nam się w pełnej rozciągłości i okazało się, że to całkiem spora mieścina.

Ale! Nimule najpiękniej wygląda ze wzgórza na które trzeba się wspiąć jadąc bardzo nieciekawą drogą – jednak jedyną która łączy to miejsce z resztą Sudanu. Bowiem Nimule leży w dolinie, którą płynie Nil. I ten Nil płynie tam dość leniwie, szerokimi zakolami, pomiędzy dwiema ścianami gór. Niestety – zdjęcia brak. Gdy jechaliśmy DO Nimule, na tym wzgórzu, na tej nieciekawej drodze, rozwaliła się ciężarówka. Naczepa się oderwała. Kontener spadł z naczepy na drogę. Jeszcze jedna ciężarówka ucierpiała poprzez zderzenie z kontenerem. Bez rewelacji to wyglądało na początku. Jeszcze korek, który powstał (ponieważ wąska droga stała się zupełnie nie przejezdna), spowodował, że nie było jak zrobić zdjęcia temu pięknemu leniwemu Nilowi. A w drodze powrotnej – zaczęła się na dobre pora sucha w tak zwanym międzyczasie i cały ten kurz i pył z drogi unosił się nieustannie w powietrzu czyniąc widoczność BARDZO kiepską.
Wrócę jednak do tej ciężarówki!

Atmosfera była bardzo napięta, gdyż wszyscy chcieli wyjechać z Sudanu na święta do domów (w tym samym co my korku stało kilkanaście autobusów wypchanych pasażerami po brzegi). Wszyscy chcieli jak najszybciej pozbyć się przeszkody, która składała się z 2 elementów. Pierwszy to kontener, którego nawet bardzo duża ilość osób nie przeniesie w inne miejsce. Drugi element to wykolejona naczepa z urwaną osią, która leżąc na boku stanowiła gwóźdź do drogowej trumny. Ale znalazło się rozwiązanie. Kilkudziesięciu silnych i zdesperowanych mężczyzn najpierw przewróciło naczepę powrotem na koła, a potem wymyślili, że najłatwiej będzie zrzucić naczepę z urwiska.
Ja z aparatem już oczywiście stałam na zboczu jak tylko usłyszałam, że może koło mnie przelatywać jakaś naczepa (budząc zainteresowanie – Mzungu with camera! Look!). Niestety – kierowca zepsutego tira, a tym samym posiadacz naczepy stanowczo zaprotestował i po jakimś czasie udało się naczepę przeprakować w miejsce nie tamujące ruchu samochodowego.

My podówczas (po 2 godzinach czekania na rozwiązanie tego węzła gordyjskiego) byliśmy już tak głodni, że byliśmy 2 autem, które przejechało przez przeszkodę, co wiązało się z błyskawiczną akcją, cofaniem graniczącym ze zderzeniem z autobusem, wznoszeniem okrzyków oraz kibicowaniem całej załogi pasażerskiej dla kierowcy. Głód pcha człowieka do różnych zachowań.

wtorek, 5 stycznia 2010

Road Trip Zakończony!

Najpierw tak na szybko przedstawiam nasz rozkład jazdy:

Dzień 1 – Podróż z Juby (Sudan) do Gulu (Uganda) (wtorek, 22.12.2009)

Wyjechaliśmy o 8.00 rano i o 21:00 dojechaliśmy do Gulu. Zrobiliśmy tylko 300 km w ciągu tych wspaniałych 13 godzin, a to ze względu na dwa super ekstra wydarzenia – rozwalona ciężarówka na drodze i upierdliwość urzędników na granicy. 5 godzin zajęło nam zrobienie 30 km. Resztę (270) pyknęliśmy w pozostałe 8 godzin. Szokujące prędkości rozwijaliśmy – max 60 km/h.

Dzień 2 – Uganda – droga z Gulu do Kampali (300km) a potem z Kampali do Mbarara (350km) (środa, 23.12.2009)

Z Gulu wyjechaliśmy o 8:00 i o 12:00 byliśmy w Kampali. Tutaj zakupy, wymiany walut, lunch i o 14:00 wyruszyliśmy do Mbarara. Dotarliśmy około północy. Po drodze minęliśmy Równik.

Dzień 3 – Uganda i Rwanda (czwartek, 24.12.2009 – Wigilia)

Z Mbarara przejechaliśmy 150 km do Katuny i tam przekroczyliśmy granicę z Rwandą (szybko i bezboleśnie) i pojechaliśmy do Kigali (gdzie zrobiliśmy kolejny mały szoping i wymianę walut) a z Kigali, które jest stolicą Rwandy (dla niezorientowanych) wydarliśmy kapcia nad Jezioro Kivu, które oddziela Rwande od Kongo. Tutaj w pięknym hotelu nad brzegiem uroczego jeziora spędziliśmy Wigilię (kolacja wigilijna – Tilapia prosto z jeziora, a potem staropolskie ochlajmordsko)

Dzień 4 – Rwanda – Jezioro Kivu i Kigali (piątek, 25.12.2009 – I dzień Świąt)

Do 15:00 opalaliśmy się, kompaliśmy i ogólnie leniliśmy się nad pięknym jeziorem Kivu. Potem ruszyliśmy w drogę powrotną do Kigali. Droga przez góry (różnica poziomów pomiędzy Kigali a najwyższym punktem, przez który przejezadzalismy to jakies 2000m). Ogólnie Rwanda jest jak Szwajcaria, tylko mieszkańcy bardziej opaleni 

Dzień 5 – Kigali w Rwandzie (sobota, 26.12.2009 – II dzień Świąt)

Zwiedzajzing takich uroczych miejsc jak hotel Mille Collines (tysiąc wzgórz) – czyli Hotel Rwanda, o którym powstał film, lokalnych marketów z tańczącymi garnkami i śpiewającymi koszykami, niestety nie udało nam się zobaczyć Genocide Memorial, bo święta były. Ale przynajmniej mamy powód żeby wrócić. Ale za to na imprezkę poszliśmy

Dzień 6 – Z Kigali do Queen Elizabeth National Park (Uganda) (niedziela, 27.12.2009)

Z Kigali wyruszyliśmy o 11.30 i około 13:00 przekroczyliśmy granicę w Katunie. Z tamtąd powrotem do Mbarara, a potem przez góry do Bushenyi i dalej do Parku Narodowego imienia Eli, królowej Anglii (jak się słucha tych opowieści o tym jak to imię było nadane parkowi, to ma się nadzieję, że jak już ta stara pinda zejdzie z tego świata, to może powrotem nadadzą temu parkowi lokalną nazwę).

Dzień 7 – Safari w QENP (poniedziałek, 28.12.2009)

Słonie, Lwy, Antylopy, Guźce, Bawoły, Hipopotamy i cała reszta. 3 różne Game Drive’y – pierwszy o 6 rano – z lwami, słoniami itp., po pięknej płaskiej równinie jakby przez ludzi nie tykanej od setek lat. Drugi przez kratery wulkaniczne – zielono, górzyście, piękniś cie – nasz Land Cruiser w końcu pokazał na co go stać i w jakim terenie czuje się najlepiej. A potem podróż łódką po naturalnym kanale między dwoma jeziorami gdzie roiło się od hipopotamów, krokodyli, bawołów, słoni itp.
Wieczorkiem podróż do Fort Portal i nocleg

Dzień 8 – Kibale National Park (wtorek, 29.12.2009)

Do Parku dojechaliśmy kolo 11. Zakwaterowalismy się w Kibale Primate Lodge (mniam!) i o 14:00 poszliśmy na 3 godziny do lasu. Moja dendrofilia kwitła. Widzieliśmy z 5 różnych gatunków małp i w ogole dużo drzew i innych zielonych rzeczy. AAAaaaa! Kocham takie miejsca.

Dzień 9 – Kibale National Park i podróż do Jinja (przez Kampalę) (środa, 30.12.2009)

Rano poszliśmy na Chimpansee Tracking i widzieliśmy całą rodzinę szympansów pod przewodnictwem najsilniejszego samca o uroczym imieniu Mobutu (jak taki Kongijski dyktator, którym ostatnio jestem bardzo zafascynowana). A potem pojechaliśmy prosto do Kampali (ok. 300km), na kolacyjke, zakupy alkoholowo-przedsylwestrowe i ruszyliśmy do Jinja. Z Kampali to 100 km.

Dzień 10 – Jinja – White Nile Rafting (Grade 5) (czwartek, 31.12.2009 – Sylwester)

Od rana do 17:00 byliśmy na Raftingu. Nil jest jedną z niewielu rzek na świecie, gdzie można sobie pospływać na progach wodnych w skali 5 (najwyższej bezpiecznej dla ludzi – uznawanej za bezpieczna przez organizacje specjalizujące się w kajakarstwie górskim i innych wodno-kajakowych fristajlach). Generalnie WOW! A potem sylwestrowa imprezka do rana :)

Dzień 11 – Jinja – Kampala – Gulu (piątek, 01.01.2010 – Nowy Rok)

Powrót przez Kampalę w stronę domu, rozpoczęta w godzinach wczesno popołudniowych ze względu na nasze ciężkie kace i inne kontuzje (jak poparzone na raftingu kolana). Po drodze zaliczyliśmy przystanek w sklepie z koszykami i bębenkami (mam bębenek!), potem GIGA szoping w Nakumacie (Nakumatt to taki afrykański carrefour).

Dzień 12 – Gulu – Juba (Sudan)

I o 18:00 dotarliśmy do Juby. Po 9 godzinach jazdy. Z czego 6 godzin po sudańskich bezdrożach.

3333 km po afrykańskich drogach (i bezdrożach) - SZALEŃSTWO!

Najlepsze Święta Ever ;-)

poniedziałek, 19 października 2009

Kiwi w podróży - cz.2

W Bibii jemy kolację. Ja byłam już głodna mniej więcej w połowie drogi, nie wspominając o trójce głodomorów na tylnim siedzeniu. Peter (Ugandyjczyk), nalegał na dojechanie do Ugandy bo tam sprzedają ponadczasowe i nieporównywalne smakowo matoke – czyli zielone banany ugotowane tak, ze smakują jak ziemniaki. Pick-up odjeżdża, a my jemy. Ja wzięłam ryż po tym jak zobaczyłam jak prezentują się frytki oraz matoke. Ryż zobaczyłam dopiero na talerzu i byłam lekko przerażona, ale generalnie posiłek był regenerujący i całkiem smaczny.

Juba tak mnie rozpuściła pod względem jakości miejsc w których jadam, że zapomniałam już jak wygląda normalne miejsce, w którym spożywa się posiłki. Maurice w Nimule powiedział, że po drugiej stronie w Bibii jest mnóstwo sklepów i knajpek, więc ja głupia łudziłam się, że będzie to full wypas zachód. Oczywiście nie był. Ale full wypas jak na okolicę – bez wątpienia. Wciągneliśmy więc nasze kurczaki i inne banany na tradycyjnych plastikowych krzesełkach, przy za małym i za niskim drewnianym stoliku, na werandzie baru ogrodzonej bambusowym płotkiem, pod pięknie rozgwieżdżonym niebem.

Ruszyliśmy dalej, prowadząc nasze dyskusję o równouprawnieniu kobiet, poligamii i równoznacznej z kurestwem poliandrii a także o zwyczajach lokalnych, takich jak na przykład kanibalizm wśród niektórych ugandyjskich plemion, czy rzucanie na ludzi czarów pozwalających wykorzystywać ich do pracy bez ich świadomości (chciałam, żeby mnie chłopaki wysłali na szkolenie w zakresie rzucania tych czarów, wtedy znacznie zwiększylibyśmy efektywność pracowników na budowie, albo co najmniej znacznie zmniejszyli koszty robocizny – bo takiemu zaklętemu pracownikowi nie płaci się). Dowiedziałam się jak sprawdzić, czy ktoś jest pod wpływem uroku czy rzeczywiście nie żyje. Uslyszałam o miejscu, w którym kiedyś była wielka tradycyjna świątynia (tym razem w Sudanie), a teraz dzieją się tam straszne rzeczy i nie wolno przejeżdżać przez to miejsce po zmroku. Dowiedziałam się również co spotkało innych niedowiarków mojego pokroju (czyli innych białasów), którzy chcieli się przekonać co tam się dzieje, wzięli więc auto z lokalnym kierowcą i właśnie w tym miejscu wylądowali na drzewie w wypadku samochodowym. Dodam, że kierowca wierzył w te bajery i prawdopodobnie panika go ogarnęła, ale niewątpliwie jest to dowód na to, że nie wolno tam jeździć. Za dnia jest zupełnie bezpiecznie.

Wszystkie te i inne historie o rzucaniu uroków, życzeniu komuś śmierci i przekleństwach, a także o wiedźmach zaklętych w sowy, pada z ust ludzi, którzy podają się za śmiertelnie wierzących chrześcijan i na moje pytanie, czy te wszystkie zabobony nie kłócą się z wiarą chrześcijańską – odpowiadają chórem: Religia to Religia, a Kultura to Kultura. I masz biała babo placek!

W kwestii tej sowy – wiedźmy, to sytuacja była dość ciekawa i wywołała gęsią skórkę na plecach wszystkich. Zaczęło się to wszystko od jednego niefortunnego sowiego egzemplarza, który siedział sobie na drodze i ledwie uniknął przejechania przez nas bo miał słabszy refleks, jak również dlatego, że był wiedźmą, więc Maurice nie zwolnił nawet odrobinę, bo wiedźmy trzeba zabijać, bo wiedźmy są złe. Nie wolno ich zabijać pod postacią ludzi (bo przecież można iść siedzieć), ale pod postacią sowy – jak najbardziej. Sytuacja zagrożenia życia sowy wywołała mój głośny sprzeciw objawiony w postaci „Maurice, nie zabijaj sowy!”. Wtedy to dowiedziałam się o sowiej naturze i jej parszywej roli. Sowa jest bowiem zwiastunem śmierci. Gdy sowa pojawia się gdzieś, należy koniecznie powstrzymać ją przed wydawaniem dźwięków, bo jak zacznie huczeć, to gwarancja 100-procentowa – ktoś umrze.

Nie muszę wspominać rozbawienia, jakie wywołało uświadomienie mi o co kaman z sowami. W najlepsze jednak roześmiana, mówię do chłopaków w 2 rzędzie „No to musicie uważać, bo ostatnio widziałam huczącą sowę na Batch Plancie” (co w języku naszej gumbo-geografii – tuż obok campu pracowników). Z automatu padło pytanie „Kiedy”, na co roześmiana odpowiedziałam „w sobotę”, a następnie rozległ się dźwięk, który oznaczał jednocześnie ulgę, zrozumienie jak i potwierdzenie teorii. W sobotę sowa odwiedziła nasz camp, a w niedzielę Margaret została zastrzelona. Wszystko się zgadza.

Muszę przyznać, że nawet ja przez ułamek sekundy miałam gęsią skórkę na plecach, ale dość szybko mi przeszło.

Chwilę później lunął deszcz. Chłopcy stwierdzili, że Margaret jest już w domu i niebo płacze i inne takie tam. Prawda była taka, że przez całą drogę burza uciekała przed nami, więc w końcu się skropliła, ale mój racjonalny argument został odrzucony przez teorię, że Margaret chciała bezpiecznie dotrzeć do domu i dopiero teraz pada. Rzeczywiście może 2 minuty później zadzwonili krewni Margaret, żeby powiedzieć, że dojechali spokojnie i że teraz już piją herbatę i deszcz właśnie spadł, potwierdzili również teorię moich współpasażerów o interwencji sił zewnętrznych w powstrzymanie deszczu na czas drogi.

Szkoda, że siły zewnętrzne nie wytrzymały jeszcze z godzinę, zanim dotarliśmy do Gulu, bo sceneria w czasie deszczu zrobiła się jak żywcem z horroru. Czarna afrykańska noc (one są najczarniejsze na świecie, bo nie ma żadnych latarni ani innych świateł elektrycznych a świeczka w deszczu ma nieprzejednane tendencje do gaśnięcia), lejący deszcz, ale normalnie walący strumieniami, do tego porywisty wiatr kołyszący palmowymi liśćmi i innymi drzewiastymi formacjami. W charakterze przyprawy – czarne, niewidzialne postacie pojawiające się od czasu do czasu w światłach samochodu, ni stąd ni z owąd. Wszystko to napawające strachem i grozą. Aż tu nagle przejeżdżamy przez jakieś mniejsze, ledwo oświetlone miasteczko. Kilka skazanych na samotność żarówek rozświetla wnętrza sklepików. Jakaś latarnia ledwie świeci za bramą szpitala.

Aż tu nagle pada sformułowanie sezonu: „To miasteczko jest bardzo słynne w Ugandzie” – mówi Maurice, więc pytam „czemu?”, i dowiaduje się, że kilka lat temu w tym szpitalu kilkanaście osób zmarło na Ebolę, w tym lekarz, który pomagał chorym. Dowiaduję się również, że Ebola zdarza się tu tak po prostu. No i jeszcze muchy tse-tse. Przełykam głośno ślinę i mówię tylko do Maurice’a „wrzuć 5-tkę i dodaj gazu!”
W końcu dojeżdżamy do Gulu, szybko ładujemy się do hotelu i uderzamy w kimono. Rano trzeba wstać, kupić kozę i jechać na pogrzeb…

Tak też się dzieje. Następnego dnia wymieniamy waluty obce, kupujemy kozy, herbatę, cukier i inne pierdoły dla rodziny, oraz wieprzowinę (którą zabieramy do Gumbo dla białasów).

Dojeżdżamy do rodzinnego domu Margaret, tam trwają już uroczystości pogrzebowe, objawiające się dużym zgromadzeniem ludzi, rozstawionym przed domem rachitycznym zadaszeniem, wystawioną przed dom trumną. Osoby, która nie umarła śmiercią naturalną, nie można bowiem trzymać w domu. Dowiaduję się również, że dorosłych nie wolno chować przed południem (tylko dzieci), kobiety natomiast chowane są między południem a 15.00, mężczyźni od 15.00 do 18.00 (do zmroku). Im później, tym ważniejsza osoba. Margaret była pochowana po 14.00. Od południa zaczęły się lamenty. Grupa kobiet opłakiwała każde miejsce, w którym Margaret przebywała. I ten płacz nie był taki normalny, naturalny. To było rozdzierające serce i pulsujące w głowie zawodzenie. PO godzinie pękała mi również głowa.

Ze względu na daleką podróż, koło 13.00 wyruszyliśmy w drogę, zostawiając dla żałobników kozy i mały gotówkowy upominek dla sierot po Margaret.

O 21:00 dotarliśmy do Gumba.

Czwartek wieczór… A w sobotę Azja…

czwartek, 8 października 2009

Kiwi w podróży - cz.1

Moja wielka podróż zaczęła się tydzień wcześniej niż miała.

W poniedziałkowy poranek obudziły mnie wieści o śmierci jednej z naszych pracownic. Margaret, kobieta, która pracowała w kuchni i na Kampie w charakterze gosposi (nie znoszę tego sformułowania), po odłożeniu części swoich wypłat postanowiła otworzyć biznes, który by ją dokapitalizował. Mąż (bo każdy przyjaciel kobiety to jej mąż) zastrzelił ją i odebrał jej pieniądze. Była w 4 miesiącu ciąży.

W środę pojechałam do Ugandy, jako część pogrzebowej reprezentacji składającej się z 3 przedstawicieli „Trzech Narodów” – jak potocznie mówi się o składzie etnicznym moich pracowników budowlanych (choć przecież na budowie pracują jeszcze Etiopczycy i Polacy, ale co tam…) – po jednym z Kenii, Ugandy i Sudanu. Oprócz mnie, w aucie jeszcze nieprzejednany przebywacz trasy Juba-Nimule – Maurice Muki, który każdą dziurę na 180-kilometrowym odcinku zna na pamięć.

Po lunchu (czyli o 13.20) wyjechaliśmy z Juby, za cel mając miejscowość Keyo, 7 km od Gulu, w strone Bibii. Nic wam pewnie te nazwy nie mówią, wiec dodam tylko, że Bibia to ugandyjskie miasteczko graniczne. Po stronie sudańskiej odpowiednikiem Bibii jest Nimule. 180 km przebyliśmy w 4,5 godziny, co biorąc pod uwagę jakość dróg jest nie lada wyczynem.

Przejeżdżaliśmy przez krainę urodzaju. Cały widnokrąg okryty zielonym grubym płaszczem, wszelkiego rodzaju drzewa, „słoniowa trawa”, gdzie-niegdzie kukurydza, przy drodze od czasu do czasu rosły arbuzy, o których ktoś zapomniał. Na co drugim zakręcie miejsce wypalania węgla drzewnego i ustawione elegancko wielkie worki, czekające na transport, który wywiezie węgiel do Juby, przynosząc producentom kilka funtów dochodu.

Co kilka kilometrów mijaliśmy wioski tworzone z grup wybudowanych na planie koła tukulów, przykrytych słomą. Podwórka wokół wysprzątane tak, że wygrzana słońcem ubita ziemia niemal lśniła. W centrum wioski mangowiec, kilka ławek, które służą jako miejsce spotkań starszych, lub jako szkoła dla dzieci.

Nasz cel podróży ciągle majaczył przed nami w oddali. Pasmo górskie, które stanowi nieformalną granicę pomiędzy państwami. Za tymi górami, za tymi lasami i za tymi łąkami – Uganda.

W końcu dojechaliśmy do bram Nimule. Droga prowadzi na szczyt wzgórza, z którego rozpościera się niewiarygodny widok. Nil płynący leniwie zakolami, rozlewający się na boki, tworząc jakieś małe jeziorka. Rzeka zbiera swoje powolne zakręty w wielkiej dolinie (naprawdę wielkiej) pomiędzy ciemnozielonymi wzgórzami. Ja nie mogłam pozbyć się tej samej myśli, która dopadła mnie ponad rok temu w Masai Mara – tak ludzie powinni wyobrażać sobie rajski ogród. Piękny, bogaty, żyzny, zielony. Niestety nie aż tak rajski w tym wydaniu. I wyglądający jakby człowiek miał być dopiero stworzony przez tego gościa z góry, bo wszystko to trwa w swojej naturalnej formie, nie zostało w żaden sposób przetworzone.

A kilkaset kilometrów na północ (w północno-zachodnich stanach Południowego Sudanu – w okolicach Wau, Awil itp.) ludzie umierają z głodu. Kilkaset kilometrów na południe (w Kenii na północ od Eldoret) ludzie umierają z głodu.

Oczywiście po afrykańsku, sudańska granica już była zamknięta tego dnia, bo po 16 urzędy nie działają, a już szczególnie po zmroku. Ale eskortujemy ciało kobiety, która została zastrzelona przez męża. To zły omen, więc lepiej będzie jak jednak przejedziemy przez granicę. Oczywiście pełen non-legal. W Ugandzie to samo. Maurice odprawia swoje czary i odjeżdżamy z przejścia granicznego, za nami podąża pick-up, na którym złożona jest trumna z ciałem. A na tej trumnie, na tym pick-upie, siedzi kilkoro znajomych Margaret, którzy chcieli eskortować ciało.

Pick-up sam w sobie stanowi ciekawostkę motoryzacyjną – nie ma bowiem rozrusznika (odpalany tylko z popychu), w jednym tylnym kole nie ma hamulców, bo płyn hamulcowy wyciekał i trzeba było odłączyć przewód i zawiązać na supeł, żeby pozostałe 3 koła hamowały, a do tego wszystkiego nienajlepiej działa sprzęgło. Jednym słowem, jak już auto ruszy z popychu, z wrzucona na siłę jedynką, to potem można tylko wrzucić trójkę lub piątkę (parzyste biegi nie wysprzęglają się, czy coś), no i trzeba uważać na wyskakujące na drogę ruchome cele, bo hamulce nie działają. O dziury przejmować się nie trzeba – w tym zakresie już nic temu autu zaszkodzić nie może.

cdn...