Są takie miejsca gdzie zatrzymał się czas. W Afryce takich miejsc jest więcej niż tych, w których czas lokalny nadąża za zachodnimi kalendarzami itp. Najlepiej ilustrują to drogi, a raczej bezdroża, którymi pokryty jest czarny ląd. Acha! Od razu zaznaczam że czarny ląd jest w większości beżowy lub czerwonawo-brunatny. Czarny ląd to tylko w Europie i paru innych miejscach, tam gdzie czarnoziemy.
Także po przydługim wstępie, przechodzę do rzeczy. W najbliższych dniach wyruszam na kolejną podróż życia. Do Ugandy i Rwandy.
Uganda malowniczo przedstawiona została w filmie Ostatni Król Szkocji, Rwanda zaś znana jest wszystkim ze wzajemnej miłości plemion Tutsi i Hutu.
Nasza podróż ma na celu położenie kresu wszelkim tego rodzaju bzdurnym wspomnieniom i zakotwiczonym przesądom. Czy innym stereotypom.
22.12.2009 wyruszamy w naszą podróż z Juby (w Sudanie) i planujemy dotrzeć do Kampali (stolicy Ugandy), gdzie dokonamy tak zwanej „kimki” za parę Ugandyjskich Szylingów, wciągniemy jakąś tilapię, rybę znaczy bo Kampala leży prawie tuż nad samym jeziorem Wiktorii (o którym niededukowane dzieci mogą poczytać na Wikipedii. Jezioro Wiktorii jest GREAT!) i ruszymy potem dalej.
A teraz część drogowa. Otóż odległość dzieląca Jubę i Kampalę to w linii prostej 400 km. Z zakrętami, niech będzie 500. Na jednym baku wielki Land Cruiser z napędem na wszystkie koła jakie ma jest w stanie na lajciku dojechać do Kampali.
400 kilometrów. Odległość dzieląca Warszawę od... Zakopanego? Jeśli wszystko pójdzie dobrze w ciągu 15 godzin powinniśmy znaleźć się u celu. No pod warunkiem, że nie spotkają nas po drodze jakieś czadowe przygody i inne straże graniczne, przygraniczne lub bezgraniczne. Szczególnie w Sudanie :) Jednym słowem 100 km na 3 godziny. 30 km na godzinę, a dokładnie 33.
A wszystko to dzięki pięknym plenerom, nieprzejednanej naturze, wielkim starym mahoniowym i teakowym drzewom, akacjom rosnącym na pustych polanach, pięknym wzgórzom, rzece Nil i innym katastrofom, które przydarzyły się afrykańskim autostradom.
I właśnie za to Afryka jest najwspanialsza. Bo się nie dała zabetonować. Wszystkim więc tym, którzy chcieliby doświadczyć tego, co nigdzie indziej doświadczyć nikomu nie będzie dane – sugeruję czym prędzej.
Bo nawet w Jubie zaczął pojawiać się asfalt na ulicach…
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wewnętrznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wewnętrznie. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 grudnia 2009
Juba, Juba – One year in Juba
I tym magicznym sposobem upłynął rok od dnia, w którym po raz pierwszy postawiłam swoje białe stopy na tym spieczonym słońcem czarnym lądzie.
Juba nie zmieniła się jakoś przesadnie, choć powierzchowne zmiany widoczne są z dnia na dzień. Długość asfaltowych ulic i dróg rośnie w tempie, którego Polska mogłaby pozazdrościć (i to nie tylko w ujęciu procentowym względem tego co było tu rok temu, także w bezwzględnych wartościach jakimi są kilometry). Sklepy z alkoholem i bez alkoholu wyrastają jak grzyby po deszczu, pojawił się nawet drugi supermarket, w którym są sery! YEY!
Ale nadal jest to zapomniane przez świat miejsce, które krzyczy tylko i wyłącznie przez dwa okna – Chartum i Nairobi. A przecież na te okna nikt i tak uwagi nie zwraca.
Jak przyjechałam tu rok temu – nasz plac budowy to była ogrodzona siatką dziura pod fundamenty. Teraz w tej dziurze stanął 6 piętrowy budynek, który lada moment zaczniemy dekorować od wewnątrz.
Kiedy przyjechałam tu rok temu, miałam naiwną wiarę, że nie będę pisać rocznicowego wpisu z okazji kontynuacji budowy tego samego budynku. O głupia ja!
Ten rok to była droga przez wszelkie pułapki i chwyty poniżej pasa, wędrówka poprzez piękne momenty szczęśliwych zakończeń wielkich kryzysów. To wieczory pod krytym słomą daszkiem naszego „parasola” na Kampie przy piwku lub ulubionej whisky. To poranki w namiocie, z którego upalne słońce wygania najleniwszych. To sobotnie imprezy, nowi ludzie, starzy ludzie, ciągle ci sami ludzie… Często do znudzenia. Czasem asekurująco przewidywalni.
Rok dziwnych przygód międzyludzkich. To był rok nauki kultury arabskiej i islamu. Otworzył oczy mi bardzo! Nie wierzę już dzisiaj w terrorystów i innych 911. Nie wierzę w USA. W propagandę też nie wierzę.
To był rok w czasie którego zgubiłam siebie zupełnie po to, żeby znaleźć się na nowo.
Inną już, jakby odkształconą przez upał, kurz, znój i trud. Przez wszystkie łzy wylane z bezsilności.
Rok uśmiechu nad wszystkim czego dokonałam. Rok – w postępie geometrycznym, 10 stopni do góry, podróż w kosmos. Zupełnie inny świat.
Aż ciężko sformułować myśli…
Juba nie zmieniła się jakoś przesadnie, choć powierzchowne zmiany widoczne są z dnia na dzień. Długość asfaltowych ulic i dróg rośnie w tempie, którego Polska mogłaby pozazdrościć (i to nie tylko w ujęciu procentowym względem tego co było tu rok temu, także w bezwzględnych wartościach jakimi są kilometry). Sklepy z alkoholem i bez alkoholu wyrastają jak grzyby po deszczu, pojawił się nawet drugi supermarket, w którym są sery! YEY!
Ale nadal jest to zapomniane przez świat miejsce, które krzyczy tylko i wyłącznie przez dwa okna – Chartum i Nairobi. A przecież na te okna nikt i tak uwagi nie zwraca.
Jak przyjechałam tu rok temu – nasz plac budowy to była ogrodzona siatką dziura pod fundamenty. Teraz w tej dziurze stanął 6 piętrowy budynek, który lada moment zaczniemy dekorować od wewnątrz.
Kiedy przyjechałam tu rok temu, miałam naiwną wiarę, że nie będę pisać rocznicowego wpisu z okazji kontynuacji budowy tego samego budynku. O głupia ja!
Ten rok to była droga przez wszelkie pułapki i chwyty poniżej pasa, wędrówka poprzez piękne momenty szczęśliwych zakończeń wielkich kryzysów. To wieczory pod krytym słomą daszkiem naszego „parasola” na Kampie przy piwku lub ulubionej whisky. To poranki w namiocie, z którego upalne słońce wygania najleniwszych. To sobotnie imprezy, nowi ludzie, starzy ludzie, ciągle ci sami ludzie… Często do znudzenia. Czasem asekurująco przewidywalni.
Rok dziwnych przygód międzyludzkich. To był rok nauki kultury arabskiej i islamu. Otworzył oczy mi bardzo! Nie wierzę już dzisiaj w terrorystów i innych 911. Nie wierzę w USA. W propagandę też nie wierzę.
To był rok w czasie którego zgubiłam siebie zupełnie po to, żeby znaleźć się na nowo.
Inną już, jakby odkształconą przez upał, kurz, znój i trud. Przez wszystkie łzy wylane z bezsilności.
Rok uśmiechu nad wszystkim czego dokonałam. Rok – w postępie geometrycznym, 10 stopni do góry, podróż w kosmos. Zupełnie inny świat.
Aż ciężko sformułować myśli…
piątek, 2 października 2009
Afrykańska edukacja – Cz. 3.
„Lifestyle”
Kultura i postępowanie, priorytety w życiu, motory napędowe i to co powoduje, że budzisz się rano, wszystko to jest inne w Afryce od tego co na „zachodzie”. Czy lepsze? Czy gorsze? Nie sposób tego porównać. Bo jak stwierdzić czy lepsza jest gruszka czy ananas?
To co nas białasów budzi co rano to chęć posiadania, gromadzenia, bogacenia, zapewniania naszym dzieciom lepszej przyszłości. Kolejne samochody, wygodniejsze mieszkania, nowsze spodnie, smaczniejsze jedzenie, większe możliwości. WIĘCEJ, LEJPIEJ, BARDZIEJ.
A co budzi Afrykańczyka? Afrykańczyka budzi upał lub chłód. Budzi go burczenie w brzuchu, budzi go płacz dziecka lub pianie koguta. Budzi go to, co go otacza. Budzi go teraźniejszość. Afrykańczyk wstaje, rozgląda się i żyje chwilą obecną. Nie planuje, co nas białych tutaj wyprowadza z równowagi i doprowadza do szewskiej pasji, bo my chcemy mieć wszystko poukładane i widzieć przyszłość. Afrykańczyk nie musi planować. Ma przecież wszystko poukładane przez naturę. Jest pora deszczowa, więc pójdzie najzwyczajniej w świecie na swoje poletko. A jak jest pora sucha – to z krowami pójdzie nad rzekę, żeby je napoić. Gdy urodzi się ciele – sprzeda dorosłą krowę lub byka. Gdy zepsuje się dach jego tuluku, naprawi go, żeby nie lało mu się na głowę.
Ale Afrykańczyk wyśle swoje dziecko do szkoły, da mu możliwości do zmiany życia na inne. Nie będzie jednak zmieniał życia tego dziecka od razu.
Pytanie teraz czy lepiej żyje się w Europie? Gdzie codzienna gonitwa zabija tysiące ludzi zawałem serca. Czy nie lepiej usiąść w południe pod mangowcem, napić się herbaty i zapalić sziszę?
Na pewno jeszcze lepiej jest być białym w Afryce, gdzie czas płynie wolniej i leniwiej, a gdzie jednak jest się specjalnym, innym, lepszym bo białym (bo kolonialiści zostawili takie piętno w głowach lokalnych społeczności).
Kultura i postępowanie, priorytety w życiu, motory napędowe i to co powoduje, że budzisz się rano, wszystko to jest inne w Afryce od tego co na „zachodzie”. Czy lepsze? Czy gorsze? Nie sposób tego porównać. Bo jak stwierdzić czy lepsza jest gruszka czy ananas?
To co nas białasów budzi co rano to chęć posiadania, gromadzenia, bogacenia, zapewniania naszym dzieciom lepszej przyszłości. Kolejne samochody, wygodniejsze mieszkania, nowsze spodnie, smaczniejsze jedzenie, większe możliwości. WIĘCEJ, LEJPIEJ, BARDZIEJ.
A co budzi Afrykańczyka? Afrykańczyka budzi upał lub chłód. Budzi go burczenie w brzuchu, budzi go płacz dziecka lub pianie koguta. Budzi go to, co go otacza. Budzi go teraźniejszość. Afrykańczyk wstaje, rozgląda się i żyje chwilą obecną. Nie planuje, co nas białych tutaj wyprowadza z równowagi i doprowadza do szewskiej pasji, bo my chcemy mieć wszystko poukładane i widzieć przyszłość. Afrykańczyk nie musi planować. Ma przecież wszystko poukładane przez naturę. Jest pora deszczowa, więc pójdzie najzwyczajniej w świecie na swoje poletko. A jak jest pora sucha – to z krowami pójdzie nad rzekę, żeby je napoić. Gdy urodzi się ciele – sprzeda dorosłą krowę lub byka. Gdy zepsuje się dach jego tuluku, naprawi go, żeby nie lało mu się na głowę.
Ale Afrykańczyk wyśle swoje dziecko do szkoły, da mu możliwości do zmiany życia na inne. Nie będzie jednak zmieniał życia tego dziecka od razu.
Pytanie teraz czy lepiej żyje się w Europie? Gdzie codzienna gonitwa zabija tysiące ludzi zawałem serca. Czy nie lepiej usiąść w południe pod mangowcem, napić się herbaty i zapalić sziszę?
Na pewno jeszcze lepiej jest być białym w Afryce, gdzie czas płynie wolniej i leniwiej, a gdzie jednak jest się specjalnym, innym, lepszym bo białym (bo kolonialiści zostawili takie piętno w głowach lokalnych społeczności).
czwartek, 24 września 2009
Afrykańska edukacja – Cz. 2
„Pomoc (niedo)rozwojowa”
Na czarnym lądzie zupełnie zmienia się też podejście do pomocy rozwojowej, która nie bardzo rozwija. Większość pomocy oferowanej przez duże organizacje pomocowe jest bliższa formie „niedorozwojowej”. Rozdawanie żywności, robienie wszystkiego „za” lokalne państwowości rozwija w nich niedołężność administracyjną i uczy tego, że zawsze za płotem stoi UN lub World Bank, gotowy wyjąć z kieszeni parę milionów dolarów i wesprzeć.
Mało tego, podejście instytucji pomocowych ma w sobie zgnuśniały posmak negacji prywatnego sektora. Każda firma, która pojawia się na terytorium takiego kraju jak Sudan (czyli w tzw. Post Conflict Zone), dostaje od razu nalepkę „wyzyskiwacze”, podczas gdy wszyscy pracownicy NGO noszą dumnie na piersi napis „POMAGAM”. Ci „zachodni” wykształceni ludzie, których przodkowie nigdy nie musieli borykać się z takimi problemami, jakie można znaleźć lokalnie (lub borykali się z nimi tak dawno, że można dowiedzieć się o tym tylko z podręczników do historii), nie widzą w zupełności tego, że to właśnie sektor prywatny rozwija ten kraj najbardziej, wbudowując w niego stałe struktury, wprowadzając w życie rozbrzmiewające tu i ówdzie hasło „capacity building”. To w takich miejscach jak nasza budowa, mężczyźni którzy dotychczas znali tylko wojnę, zaczynają stawać się cieślami, zbrojarzami, murarzami. Uczą się zawodu innego niż zabijanie wroga.
To małe i większe firmy rozbudowują ten kraj w sposób najbardziej zrównoważony, bo naturalnym wynikający z potrzeb. Więcej nauczą się ode mnie moi współpracownicy, niż beneficjenci pomocy od pomagających, którzy nie nawiązują niemalże żadnej więzi z ludźmi o których piszą, zbierają dane lub rozwożą wodę, a następnie czym prędzej chowają się za murami swoich „campów” otoczonymi szczelnie drutem kolczastym, oświetlonych solarowymi latarniami, na których są baseny, korty do tenisa i boiska do siatkówki.
Rzekomy wyzysk prywatnego sektora i pracujących w nim wyzyskiwaczy jest zdecydowanie mniejszy od tego, który jednostkowo wywierają Pomagający. Daje sobie obciąć rękę, że rzadko która firma prywatna otacza tak szerokim pakietem socjalnym swoich pracowników, jak robi to UN, Czerwony Krzyż, czy inny pomocowy moloch.
Na czarnym lądzie zupełnie zmienia się też podejście do pomocy rozwojowej, która nie bardzo rozwija. Większość pomocy oferowanej przez duże organizacje pomocowe jest bliższa formie „niedorozwojowej”. Rozdawanie żywności, robienie wszystkiego „za” lokalne państwowości rozwija w nich niedołężność administracyjną i uczy tego, że zawsze za płotem stoi UN lub World Bank, gotowy wyjąć z kieszeni parę milionów dolarów i wesprzeć.
Mało tego, podejście instytucji pomocowych ma w sobie zgnuśniały posmak negacji prywatnego sektora. Każda firma, która pojawia się na terytorium takiego kraju jak Sudan (czyli w tzw. Post Conflict Zone), dostaje od razu nalepkę „wyzyskiwacze”, podczas gdy wszyscy pracownicy NGO noszą dumnie na piersi napis „POMAGAM”. Ci „zachodni” wykształceni ludzie, których przodkowie nigdy nie musieli borykać się z takimi problemami, jakie można znaleźć lokalnie (lub borykali się z nimi tak dawno, że można dowiedzieć się o tym tylko z podręczników do historii), nie widzą w zupełności tego, że to właśnie sektor prywatny rozwija ten kraj najbardziej, wbudowując w niego stałe struktury, wprowadzając w życie rozbrzmiewające tu i ówdzie hasło „capacity building”. To w takich miejscach jak nasza budowa, mężczyźni którzy dotychczas znali tylko wojnę, zaczynają stawać się cieślami, zbrojarzami, murarzami. Uczą się zawodu innego niż zabijanie wroga.
To małe i większe firmy rozbudowują ten kraj w sposób najbardziej zrównoważony, bo naturalnym wynikający z potrzeb. Więcej nauczą się ode mnie moi współpracownicy, niż beneficjenci pomocy od pomagających, którzy nie nawiązują niemalże żadnej więzi z ludźmi o których piszą, zbierają dane lub rozwożą wodę, a następnie czym prędzej chowają się za murami swoich „campów” otoczonymi szczelnie drutem kolczastym, oświetlonych solarowymi latarniami, na których są baseny, korty do tenisa i boiska do siatkówki.
Rzekomy wyzysk prywatnego sektora i pracujących w nim wyzyskiwaczy jest zdecydowanie mniejszy od tego, który jednostkowo wywierają Pomagający. Daje sobie obciąć rękę, że rzadko która firma prywatna otacza tak szerokim pakietem socjalnym swoich pracowników, jak robi to UN, Czerwony Krzyż, czy inny pomocowy moloch.
środa, 23 września 2009
Afrykańska edukacja – Część I
„Upadek stereotypów”
Afryka otwiera oczy na bardzo wiele rzeczy. Przebywanie tutaj zmienia zupełnie perspektywy i postrzeganie świata. Nie tylko tego, który aktualnie mnie otacza, ale również Świata jako ogółu.
Pierwszy bastion europejskiego zabobonizmu, wtłoczony do mojej głowy przez media i amerykańską propagandę (jak również pro-amerykańską lokalną propagandę w Polsce – kraju tak zamerykanizowanym i kochającym USA, że gdyby można było, dokleilibyśmy gwiazdki do naszej flagi), upadł gdy zetknęłam się ze społecznością arabską licznie reprezentowaną w Sudanie. Szczególnie przez Libańczyków.
Beirut – jako miasto, o którym wiemy tylko tyle, że jest siedzibą ekstremistów pod wodzą Homeiniego, z którego wystrzeliwuje się pociski wykierowane w biedny Izrael (naszego sojusznika w walce z wszechobecnym złem, którego źródło leży w roponośnych krajach Bliskiego Wschodu), okazał się być piękną (na razie tylko na zdjęciach) stolicą bogatego kulturowo i obyczajowo Libanu, który jak każde państwo ma swoje wewnętrzne problemy a do tego leży przypadkowo na „osi zła”. Libańczycy są zaś równie terrorystycznie nastawieni do świata co Polacy i Papuasi. Spoglądanie na nich przez pryzmat ekstremistów byłoby równie niewłaściwie co nazywanie wszystkich Polaków poplecznikami Rydzyka przyodzianymi w moherowe beretki.
Podobnie z resztą było z upadkiem kolejnego muzułmańskiego (czytaj: terrorystycznego) stereotypu – Dubaju i tych najprawdziwszych arabów z krwi i kości, ubranych w białe podomki, z ręcznikami na głowie. Moje pierwsze interakcje z tymi ludźmi podszyte były strachem, niepokojem jakimś, nieufnością i kołaczącym się gdzieś w tle sygnałem ostrzegawczym. Tak głęboko zakorzenione przeświadczenie o naszej zachodniej wyższości nad wszystkimi innymi nacjami wręcz mnie przeraziło. Bo szanowni rodacy – nie możemy się niestety nawet równać z tymi ludźmi pod kątem pomysłowości w robieniu kasy, w przewidywaniu, w wizjonerstwie. Oczywiście wszystko to ma swoje korzenie w polach naftowych, które w Polsce nie zakwitły, ale ta dyscyplina, uporządkowanie, dobrze zorganizowana mentalność jest godna pozazdroszczenia i niewątpliwie nie do osiągnięcia przez nasz ciekawie zdezorganizowany i ociężały naród.
Afryka otwiera oczy na bardzo wiele rzeczy. Przebywanie tutaj zmienia zupełnie perspektywy i postrzeganie świata. Nie tylko tego, który aktualnie mnie otacza, ale również Świata jako ogółu.
Pierwszy bastion europejskiego zabobonizmu, wtłoczony do mojej głowy przez media i amerykańską propagandę (jak również pro-amerykańską lokalną propagandę w Polsce – kraju tak zamerykanizowanym i kochającym USA, że gdyby można było, dokleilibyśmy gwiazdki do naszej flagi), upadł gdy zetknęłam się ze społecznością arabską licznie reprezentowaną w Sudanie. Szczególnie przez Libańczyków.
Beirut – jako miasto, o którym wiemy tylko tyle, że jest siedzibą ekstremistów pod wodzą Homeiniego, z którego wystrzeliwuje się pociski wykierowane w biedny Izrael (naszego sojusznika w walce z wszechobecnym złem, którego źródło leży w roponośnych krajach Bliskiego Wschodu), okazał się być piękną (na razie tylko na zdjęciach) stolicą bogatego kulturowo i obyczajowo Libanu, który jak każde państwo ma swoje wewnętrzne problemy a do tego leży przypadkowo na „osi zła”. Libańczycy są zaś równie terrorystycznie nastawieni do świata co Polacy i Papuasi. Spoglądanie na nich przez pryzmat ekstremistów byłoby równie niewłaściwie co nazywanie wszystkich Polaków poplecznikami Rydzyka przyodzianymi w moherowe beretki.
Podobnie z resztą było z upadkiem kolejnego muzułmańskiego (czytaj: terrorystycznego) stereotypu – Dubaju i tych najprawdziwszych arabów z krwi i kości, ubranych w białe podomki, z ręcznikami na głowie. Moje pierwsze interakcje z tymi ludźmi podszyte były strachem, niepokojem jakimś, nieufnością i kołaczącym się gdzieś w tle sygnałem ostrzegawczym. Tak głęboko zakorzenione przeświadczenie o naszej zachodniej wyższości nad wszystkimi innymi nacjami wręcz mnie przeraziło. Bo szanowni rodacy – nie możemy się niestety nawet równać z tymi ludźmi pod kątem pomysłowości w robieniu kasy, w przewidywaniu, w wizjonerstwie. Oczywiście wszystko to ma swoje korzenie w polach naftowych, które w Polsce nie zakwitły, ale ta dyscyplina, uporządkowanie, dobrze zorganizowana mentalność jest godna pozazdroszczenia i niewątpliwie nie do osiągnięcia przez nasz ciekawie zdezorganizowany i ociężały naród.
poniedziałek, 7 września 2009
United States of Southern Sudan
Niedzielne popołudnie, margherita sączona przez słomkę, ciemne okulary i leżak przy brzegu basenu.
W tle jakieś amerykańsko-red-neckie przeboje na zmiane z muzyką country. W basenie podstarzali kolesie pijący whisky i palący cygara, lub nie palący, bo im szkodzi. Wszyscy z zadupiastym amerykańskim akcentem przechwalają się swoimi poczynaniami w czasach zimnej wojny. Wszyscy oni – bohaterowie, sławni Marines albo inni Air Forces.
Kobiety z odpowiednimi wałkami tu i ówdzie. Wywyższające się ze względu na swą amerykańskość. Patronizująco poklepujące barmanów po ramionach wypowiadając jednocześnie zdania „oh, nie ma virgin bloody marry? mój drogi, trzeba było powiedzieć, ja mam tysiące litrów soku pomidorowego”. Lub patrzące na mnie wymownym spojrzeniem "biedna dziewczyna z biednej Europy wschodniej, pewnie komunistka albo katoliczka, fe"
Rozmowy w stylu: „Ohhh, jesteś z Polski? A co wiesz o Czechosłowacji?” lub „Jesteś z Polski – zdrastwujcie (czy jak to tam po rosyjsku by było)”.
Poor girl from Poland, what does she know?
Wie wiecej o Czechosłowacji niż wy i niż wy wiecie o Kanadzie czy Meksyku! Wie, że jej już nie ma. I nie mówi po Rosyjsku!
W niedzielę byłam w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. A właściwie na ich eksterytorialnym terytorium w Południowym Sudanie. W miejscu, w którym czas zatrzymał się gdzieś w latach 60-tych, podobnie jak rozwój intelektualny większości mieszkańców. W miejscu, które wygląda jak wspomnienie starych dobrych czasów, ale raczej wyblakłe i pożółkłe, jakieś zniszczone i sterane. I bardzo niechlujne.
Mimo, ze nie trzeba było wizy, ani nie dawali stempelka, security było jak na lotnisku, zaglądali nawet w dziurki od nosa!
Biedni, chorzy Amerykanie-Megalomanie…
W tle jakieś amerykańsko-red-neckie przeboje na zmiane z muzyką country. W basenie podstarzali kolesie pijący whisky i palący cygara, lub nie palący, bo im szkodzi. Wszyscy z zadupiastym amerykańskim akcentem przechwalają się swoimi poczynaniami w czasach zimnej wojny. Wszyscy oni – bohaterowie, sławni Marines albo inni Air Forces.
Kobiety z odpowiednimi wałkami tu i ówdzie. Wywyższające się ze względu na swą amerykańskość. Patronizująco poklepujące barmanów po ramionach wypowiadając jednocześnie zdania „oh, nie ma virgin bloody marry? mój drogi, trzeba było powiedzieć, ja mam tysiące litrów soku pomidorowego”. Lub patrzące na mnie wymownym spojrzeniem "biedna dziewczyna z biednej Europy wschodniej, pewnie komunistka albo katoliczka, fe"
Rozmowy w stylu: „Ohhh, jesteś z Polski? A co wiesz o Czechosłowacji?” lub „Jesteś z Polski – zdrastwujcie (czy jak to tam po rosyjsku by było)”.
Poor girl from Poland, what does she know?
Wie wiecej o Czechosłowacji niż wy i niż wy wiecie o Kanadzie czy Meksyku! Wie, że jej już nie ma. I nie mówi po Rosyjsku!
W niedzielę byłam w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. A właściwie na ich eksterytorialnym terytorium w Południowym Sudanie. W miejscu, w którym czas zatrzymał się gdzieś w latach 60-tych, podobnie jak rozwój intelektualny większości mieszkańców. W miejscu, które wygląda jak wspomnienie starych dobrych czasów, ale raczej wyblakłe i pożółkłe, jakieś zniszczone i sterane. I bardzo niechlujne.
Mimo, ze nie trzeba było wizy, ani nie dawali stempelka, security było jak na lotnisku, zaglądali nawet w dziurki od nosa!
Biedni, chorzy Amerykanie-Megalomanie…
czwartek, 13 sierpnia 2009
Kiwi na ścieżce do szczęścia
Oto gry plan.
(Naczytałam się bowiem książek wszelakich o pogoni za pasją, o dążeniu do perfekcjonizmu, o podążaniu do celu wybraną przez siebie ścieżką i o wewnętrznym sukcesie.)
1. Chciałabym być dobrym liderem
Znam takiego gościa, który wkurza mnie do bólu, potrafi doprowadzić mnie do stanu, w którym chciałabym usiąść i płakać nad swoją niezaradnością. Ale robi to w taki sposób, że zamiast siadać i płakać, myślę sobie „ja Ci pokaże!”. No i właśnie zaczynam drogę w stronę pokazywania.
Gościu ów podarował mi książkę, którą polecam wszystkim adeptom trudnej sztuki zarządzania ludźmi. Książka „Shackleton’s Way” autorstwa pań Margot Morrell i Stephanie Capparell. Nie wiem jak brzmi polski tytuł. Książka opowiada o człowieku, który na początku XX wieku organizował wyprawy na Antarktydę. Na jego przykładzie pokazuje jak powinno się budować zespół, jak powinno się temu zespołowi przewodzić.
Bo każdą rzecz da się zrobić na dwa sposoby: prosto i trudno. Gdy ma się wokół siebie ludzi, z którymi tworzy się jedną drużynę, wtedy zostaje tylko jedna droga – prosta. A tą drogą szybciej dochodzi się do celu. Jakikolwiek by on nie był. Jakkolwiek zawiłe koleje losu miałyby spotkać tę drużynę po drodze.
Oprócz drużyny ważny jest też jej lider. Czyli ktoś, kto dba o to, żeby te wszystkie elektrony, neutrony i protony stworzyły odpowiedni pierwiastek. No i to właśnie takie moje wymarzone miejsce.
Być liderem to nie tylko mieć zdolności przywódcze, choć pewnie bez nich się nie da. Ale to przede wszystkim umiejętność współpracowania z ludźmi i wydobywania z nich tego co najlepsze. Nie poprzez wyzysk, ale poprzez dawanie im możliwości do rozwoju, do przejęcia odpowiedzialności, do nauki.
Bycie liderem to też tak jakby bycie sędzią, bycie matką i ojcem, bycie starszym bratem. I księdzem (dla tych dla których ma to pozytywny aspekt). Bycie liderem to ciężki kawał chleba. Cokolwiek byś nie wymagała od ludzi – od siebie musisz wymagać 110%.
I tu pojawia się problem, szczególnie gdy się jest leniem… Ale pewnie da się jakoś to zmienić, w sobie, tego lenia… Będę was informować na bieżąco o postępach.
2. Chciałabym wiedzieć co i gdzie chciałabym w życiu robić.
To jest dopiero trudne zadanie związane z grzebaniem w sobie i zastanawianiem się nad tym co sprawia przyjemność, do czego ciągnie. No i muszę skapitulować.
Nie chcę robić niczego awangardowego. Nie potrzebuję być kimś, kto swoim zawodem wprawia ludzi w „łał”. Mam to troszkę jakby teraz. Gówniara budująca coś dużego jak na polskie warunki. I to w Sudanie… i cóż mi to daje? Oprócz poklepywania po plecach? Łał nie jest najważniejsze.
Ważniejsze w tym co robie jest to, że daje mi to DUŻO satysfakcji. Spełniam swoje marzenia rozmaite poprzez to – uczę się zarządzać naprawdę sporym projektem, robie to w Afryce, którą zawsze pragnęłam zobaczyć i poczuć, poprzez różne dziwne dziwactwa wróciłam do rodzinnej klątwy – budownictwa. To chyba geny mnie tu przyprowadziły.
No i tak robiąc rachunek sumienia – chciałabym jako menadżer takich lud ciut mniejszych/większych projektów jeździć po świecie i oglądać to, czego jeszcze nie widziałam. Chciałabym zrealizować jeszcze 3-4 projekty w Afryce, ale na dalszym Południu, na Zachodzie, już nie w Kenii, już nie w Sudanie. Coś nowego chciałabym spróbować. Poznać smak innych bananów.
Potem? Potem chcę wrócić do Europy. Ale mogę wyjeżdżać. Obiecuję :) Albo nie wrócę :)
Myślę sobie, ze na świecie jest przecież coś koło 170 państw. Chciałabym zobaczyć każde. Wszystkie. Nawet jeśli miałoby to oznaczać, że spędziłabym w każdym tylko kilka dni. Nie wszędzie chciałabym żyć. Ale wszystkie chciałabym zobaczyć.
Ale chciałabym budować. To daje takie fajne namacalne wspomnienia i ślady. To właśnie w ten budynek włożyłam swoje serce. To ta droga, która prowadzi do budowlanego pamiętnika z rocznika np. 2008. Tak jak Maji Moto, do którego chciałabym udać się na pielgrzymkę, jak do mojego Afrykańskiego sanktuarium. Jak do Mojego Afrykańskiego Betlejem – gdzie ten cały bałagan zaczął się dla mnie…
W związku z powyższą chęcią budowania z dniem 1 września wracam do szkoły. Chcę zgłębiać tajemnice architektury, planowania i takich tam. Chcę znać zasady. Nie będę nigdy projektować sama, bom beztalencie plastyczne. Ale są rzeczy, które można przyswoić i ja chcę je wszystkie zgromadzić w mojej głowie. Tymczasem przechodzę kurs praktyczny – uczę się jak wygląda budowa, jak należy lać żelbet, którędy należy prowadzić rury i czym SDS-Max różni się od SDS-Plus.
Poza tym – chcę odkryć tajemnice tworzenia harmonogramów i budżetów projektów. W sposób profesjonalny.
Chciałabym być taki omnibusem projektowo-budowlanym – choć pewnie to nie możliwe… Ale ważne, żeby dążyć do doskonałości.
A najważniejsze jest to, że po tych wszystkich SGH-owych „mogłabym być każdym, więc nie wiem kim jestem i właściwie nie jestem nikim” doszłam w końcu do miejsca w korytarzu możliwości, że jestem skłonna wybrać te drzwi, które już uchyliłam. I nie dlatego, że są uchylone. Ale dlatego, że fajnie jest za drzwiami!
3. Chciałabym być zadowolona i mieć czas dla siebie i ludzi – coraz to nowszych i coraz ciekawszych.
Mam plan żeby rozpocząć poważną przygodę z nurkowaniem. Chcę dać się ponieść pasji, którą może nieść jeżdżenie od plaży do plaży, od morza do morza i nurkowanie i oglądanie tego co pod wodą. A do tego chciałabym poznawać ludzi, którzy są równie nienormalni, żeby wydawać swoje oszczędności tak jak ja. Każdy nurek (człowiek lub zanurzenie) inspiruje mnie coraz bardziej. Nie chcę już oglądać tylko polskich jezior. Chcę czegoś więcej.
Pierwszy krok – Bali lub Malediwy. W zależności od mojej zamożności…
4. Nie chcę mieć – chcę być, chcę czuć, chcę wiedzieć, że odniosłam sukces.
Ale nie materialny. Chcę się budzić co rano i widzieć, że to co robię ma sens i cel. Że to jest krok na drodze która prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. I jeśli nawet tym celem miałoby być całkowite sprzedanie swojego ciała dla niekończącej się euforii płynącej z szalonych pomysłów i nieuczesanych myśli – chcę tego. Chcę żyć w przeświadczeniu, że to życie ma sens jakiś. Chcę żeby życie sprawiało mi przyjemność. Chcę żeby było mi dobrze. Chcę się uśmiechać o poranku.
A najpiękniejsze, że dzień pierwszy już za mną. Mimo, że jestem na końcu świata, mimo, że jestem daleko od wszystkiego, co mogłabym nazwać domem czy „swoim miejscem” w tradycyjnym pojęciu – żyję przygodą, żyję pełną piersią i robię najkosmiczniejszą rzecz, jaką mogłam sobie wymyślić.
Jest pięknie!
PS. W Swiss Airlines na pokładzie podają lody truskawkowe! Swiss moją ulubioną linią lotniczą :-)
(Naczytałam się bowiem książek wszelakich o pogoni za pasją, o dążeniu do perfekcjonizmu, o podążaniu do celu wybraną przez siebie ścieżką i o wewnętrznym sukcesie.)
1. Chciałabym być dobrym liderem
Znam takiego gościa, który wkurza mnie do bólu, potrafi doprowadzić mnie do stanu, w którym chciałabym usiąść i płakać nad swoją niezaradnością. Ale robi to w taki sposób, że zamiast siadać i płakać, myślę sobie „ja Ci pokaże!”. No i właśnie zaczynam drogę w stronę pokazywania.
Gościu ów podarował mi książkę, którą polecam wszystkim adeptom trudnej sztuki zarządzania ludźmi. Książka „Shackleton’s Way” autorstwa pań Margot Morrell i Stephanie Capparell. Nie wiem jak brzmi polski tytuł. Książka opowiada o człowieku, który na początku XX wieku organizował wyprawy na Antarktydę. Na jego przykładzie pokazuje jak powinno się budować zespół, jak powinno się temu zespołowi przewodzić.
Bo każdą rzecz da się zrobić na dwa sposoby: prosto i trudno. Gdy ma się wokół siebie ludzi, z którymi tworzy się jedną drużynę, wtedy zostaje tylko jedna droga – prosta. A tą drogą szybciej dochodzi się do celu. Jakikolwiek by on nie był. Jakkolwiek zawiłe koleje losu miałyby spotkać tę drużynę po drodze.
Oprócz drużyny ważny jest też jej lider. Czyli ktoś, kto dba o to, żeby te wszystkie elektrony, neutrony i protony stworzyły odpowiedni pierwiastek. No i to właśnie takie moje wymarzone miejsce.
Być liderem to nie tylko mieć zdolności przywódcze, choć pewnie bez nich się nie da. Ale to przede wszystkim umiejętność współpracowania z ludźmi i wydobywania z nich tego co najlepsze. Nie poprzez wyzysk, ale poprzez dawanie im możliwości do rozwoju, do przejęcia odpowiedzialności, do nauki.
Bycie liderem to też tak jakby bycie sędzią, bycie matką i ojcem, bycie starszym bratem. I księdzem (dla tych dla których ma to pozytywny aspekt). Bycie liderem to ciężki kawał chleba. Cokolwiek byś nie wymagała od ludzi – od siebie musisz wymagać 110%.
I tu pojawia się problem, szczególnie gdy się jest leniem… Ale pewnie da się jakoś to zmienić, w sobie, tego lenia… Będę was informować na bieżąco o postępach.
2. Chciałabym wiedzieć co i gdzie chciałabym w życiu robić.
To jest dopiero trudne zadanie związane z grzebaniem w sobie i zastanawianiem się nad tym co sprawia przyjemność, do czego ciągnie. No i muszę skapitulować.
Nie chcę robić niczego awangardowego. Nie potrzebuję być kimś, kto swoim zawodem wprawia ludzi w „łał”. Mam to troszkę jakby teraz. Gówniara budująca coś dużego jak na polskie warunki. I to w Sudanie… i cóż mi to daje? Oprócz poklepywania po plecach? Łał nie jest najważniejsze.
Ważniejsze w tym co robie jest to, że daje mi to DUŻO satysfakcji. Spełniam swoje marzenia rozmaite poprzez to – uczę się zarządzać naprawdę sporym projektem, robie to w Afryce, którą zawsze pragnęłam zobaczyć i poczuć, poprzez różne dziwne dziwactwa wróciłam do rodzinnej klątwy – budownictwa. To chyba geny mnie tu przyprowadziły.
No i tak robiąc rachunek sumienia – chciałabym jako menadżer takich lud ciut mniejszych/większych projektów jeździć po świecie i oglądać to, czego jeszcze nie widziałam. Chciałabym zrealizować jeszcze 3-4 projekty w Afryce, ale na dalszym Południu, na Zachodzie, już nie w Kenii, już nie w Sudanie. Coś nowego chciałabym spróbować. Poznać smak innych bananów.
Potem? Potem chcę wrócić do Europy. Ale mogę wyjeżdżać. Obiecuję :) Albo nie wrócę :)
Myślę sobie, ze na świecie jest przecież coś koło 170 państw. Chciałabym zobaczyć każde. Wszystkie. Nawet jeśli miałoby to oznaczać, że spędziłabym w każdym tylko kilka dni. Nie wszędzie chciałabym żyć. Ale wszystkie chciałabym zobaczyć.
Ale chciałabym budować. To daje takie fajne namacalne wspomnienia i ślady. To właśnie w ten budynek włożyłam swoje serce. To ta droga, która prowadzi do budowlanego pamiętnika z rocznika np. 2008. Tak jak Maji Moto, do którego chciałabym udać się na pielgrzymkę, jak do mojego Afrykańskiego sanktuarium. Jak do Mojego Afrykańskiego Betlejem – gdzie ten cały bałagan zaczął się dla mnie…
W związku z powyższą chęcią budowania z dniem 1 września wracam do szkoły. Chcę zgłębiać tajemnice architektury, planowania i takich tam. Chcę znać zasady. Nie będę nigdy projektować sama, bom beztalencie plastyczne. Ale są rzeczy, które można przyswoić i ja chcę je wszystkie zgromadzić w mojej głowie. Tymczasem przechodzę kurs praktyczny – uczę się jak wygląda budowa, jak należy lać żelbet, którędy należy prowadzić rury i czym SDS-Max różni się od SDS-Plus.
Poza tym – chcę odkryć tajemnice tworzenia harmonogramów i budżetów projektów. W sposób profesjonalny.
Chciałabym być taki omnibusem projektowo-budowlanym – choć pewnie to nie możliwe… Ale ważne, żeby dążyć do doskonałości.
A najważniejsze jest to, że po tych wszystkich SGH-owych „mogłabym być każdym, więc nie wiem kim jestem i właściwie nie jestem nikim” doszłam w końcu do miejsca w korytarzu możliwości, że jestem skłonna wybrać te drzwi, które już uchyliłam. I nie dlatego, że są uchylone. Ale dlatego, że fajnie jest za drzwiami!
3. Chciałabym być zadowolona i mieć czas dla siebie i ludzi – coraz to nowszych i coraz ciekawszych.
Mam plan żeby rozpocząć poważną przygodę z nurkowaniem. Chcę dać się ponieść pasji, którą może nieść jeżdżenie od plaży do plaży, od morza do morza i nurkowanie i oglądanie tego co pod wodą. A do tego chciałabym poznawać ludzi, którzy są równie nienormalni, żeby wydawać swoje oszczędności tak jak ja. Każdy nurek (człowiek lub zanurzenie) inspiruje mnie coraz bardziej. Nie chcę już oglądać tylko polskich jezior. Chcę czegoś więcej.
Pierwszy krok – Bali lub Malediwy. W zależności od mojej zamożności…
4. Nie chcę mieć – chcę być, chcę czuć, chcę wiedzieć, że odniosłam sukces.
Ale nie materialny. Chcę się budzić co rano i widzieć, że to co robię ma sens i cel. Że to jest krok na drodze która prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. I jeśli nawet tym celem miałoby być całkowite sprzedanie swojego ciała dla niekończącej się euforii płynącej z szalonych pomysłów i nieuczesanych myśli – chcę tego. Chcę żyć w przeświadczeniu, że to życie ma sens jakiś. Chcę żeby życie sprawiało mi przyjemność. Chcę żeby było mi dobrze. Chcę się uśmiechać o poranku.
A najpiękniejsze, że dzień pierwszy już za mną. Mimo, że jestem na końcu świata, mimo, że jestem daleko od wszystkiego, co mogłabym nazwać domem czy „swoim miejscem” w tradycyjnym pojęciu – żyję przygodą, żyję pełną piersią i robię najkosmiczniejszą rzecz, jaką mogłam sobie wymyślić.
Jest pięknie!
PS. W Swiss Airlines na pokładzie podają lody truskawkowe! Swiss moją ulubioną linią lotniczą :-)
Kolejny powrót do rzeczywistości
Znowu siedzę w samolocie! Ileż można? Zaczęłam zbierać mile, żeby nie mieć poczucia, że latam po nic. Zbieram w Star Alliance, w KLM-Air France i w Ethiopian. Będę potentatem milowym jak tak dalej pójdzie. W tym toku przyleciałam już 3 razy do Polski, 3 razy do Dubaju i ze 3 razy do Nairobi. No i w Addis Abebie będę teraz po raz 4. Kosmos jakiś…
Ale nie o tym miało być, nie o tym. Chciałam napisać, że świat się przeciwko mnie sprzysiągł. W kontekście jednego z poprzednich wpisów. Nawet horoskopy (w które nie wierze), uporczywie powtarzają we wszystkich kolorowych pisemkach, że nadszedł czas na ustatkowanie się i moje szanse matrymonialne rosną.
Czuję się osaczona. Dziś w samolocie słyszałam dwóch mężczyzn koło 40 roku życia, którzy ewidentnie musieli mieć problemy ze znalezieniem sobie odpowiedniej partnerki, bo jeden z nich rzekł, że w wieku 40 lat to ostatni gwizdek dla faceta na zakładanie rodziny. Drugi, żeby poprawić nastroje, dodał – całe szczęście u kobiet ostatni gwizdek to 25 lat…
No płacz i zgrzytanie zębami.
Ta prokreacyjno-rekreacyjno-rodzinna nagonka doprowadziła mnie do sytuacji, w której w piątek postanowiłam powrócić do mniej kobiecej wersji mnie – obcięłam włosy. Na chłopczyka. Teraz będę robić dużo więcej chłopczykowych rzeczy – np. będę pić piwo i bekać. Albo nosić włosy pod pachami (nie, no przesadziłam teraz). Byle by tylko odczarować ten zły urok, który został na mnie rzucony.
Myślę, że to właśnie takie sytuacje, jakaś ogólna psychoza wisząca w powietrzu doprowadza dziewczyny w moim wieku do rozpaczliwego łapania się brzytwy, niczym tonący i sprint z kimkolwiek do ołtarza, byleby miał penisa i mówił. No i ewentualnie zarabiał. Resztę się dopowie. Bo przecież to, że koleś rży jak koń do owsa, zawsze można przedstawić jako specyficzne poczucie humoru, a jego wielki zwisający brzuch, to przecież główna zaleta każdego „misia”… BLEEEE!
Kobiety! Gdzie wasze oczy!
Matko – jestem jakąś ryczącą feministką! (NIE!)
Koleżanki i koledzy – bądźcie szczęśliwi bo chcecie, a nie bo się od was tego oczekuje. Może nie jest dobrze samemu, ale nie jest lepiej z kimkolwiek…
Ale nie o tym miało być, nie o tym. Chciałam napisać, że świat się przeciwko mnie sprzysiągł. W kontekście jednego z poprzednich wpisów. Nawet horoskopy (w które nie wierze), uporczywie powtarzają we wszystkich kolorowych pisemkach, że nadszedł czas na ustatkowanie się i moje szanse matrymonialne rosną.
Czuję się osaczona. Dziś w samolocie słyszałam dwóch mężczyzn koło 40 roku życia, którzy ewidentnie musieli mieć problemy ze znalezieniem sobie odpowiedniej partnerki, bo jeden z nich rzekł, że w wieku 40 lat to ostatni gwizdek dla faceta na zakładanie rodziny. Drugi, żeby poprawić nastroje, dodał – całe szczęście u kobiet ostatni gwizdek to 25 lat…
No płacz i zgrzytanie zębami.
Ta prokreacyjno-rekreacyjno-rodzinna nagonka doprowadziła mnie do sytuacji, w której w piątek postanowiłam powrócić do mniej kobiecej wersji mnie – obcięłam włosy. Na chłopczyka. Teraz będę robić dużo więcej chłopczykowych rzeczy – np. będę pić piwo i bekać. Albo nosić włosy pod pachami (nie, no przesadziłam teraz). Byle by tylko odczarować ten zły urok, który został na mnie rzucony.
Myślę, że to właśnie takie sytuacje, jakaś ogólna psychoza wisząca w powietrzu doprowadza dziewczyny w moim wieku do rozpaczliwego łapania się brzytwy, niczym tonący i sprint z kimkolwiek do ołtarza, byleby miał penisa i mówił. No i ewentualnie zarabiał. Resztę się dopowie. Bo przecież to, że koleś rży jak koń do owsa, zawsze można przedstawić jako specyficzne poczucie humoru, a jego wielki zwisający brzuch, to przecież główna zaleta każdego „misia”… BLEEEE!
Kobiety! Gdzie wasze oczy!
Matko – jestem jakąś ryczącą feministką! (NIE!)
Koleżanki i koledzy – bądźcie szczęśliwi bo chcecie, a nie bo się od was tego oczekuje. Może nie jest dobrze samemu, ale nie jest lepiej z kimkolwiek…
wtorek, 28 lipca 2009
Homoseksualizm a sprawa ludzka…
Z kraju i ze świata dochodzą mnie wiadomości o tym, że wśród znajomych oraz krewnych szerzy się plaga paskudnej choroby toczącej społeczeństwa na całym świecie. Choroba ta, chyba dziedziczna, a na pewno przenoszona drogą kropelkową oraz płciową, nazywa się małżeństwo.
Moje koleżanki i kuzynki wychodzą nagminnie za mąż, zaręczają się lub „stabilizują”, co w przypadku substancji niechemicznych, oznacza tyle co jakby małżeństwo ale bez papieru lub powszechnie znane słowo-wytrych „partnerstwo”
Moi koledzy i krewni płci męskiej zaś w ramach pogoni za partnerkami obkupują się w zaręczynowe pierścionki i polują na co piękniejsze okazy płci … hm… piękniejszej. To znaczy tak by to wyglądało, gdyby dzisiejsi samcy buchali testosteronem… W rzeczywistości natomiast, znajomi faceci odkrywają w sobie potrzebę założenia rodziny, chęć wychowywania dzieci oraz niezgłębione pokłady miłości względem swych „stabilizujących się” partnerek.
W rezultacie wygląda to tak, że jak za parę miesięcy wrócę do Polski, to odnajdę się wśród tych samych ludzi, ale każdy z nich będzie miał swoją narośl, zwaną również drugą połówką.
Aaaaaa!!!!!
No niby fajnie z jednej strony, bo może chociaż na jakieś weselisko wyskoczę (z 10 lat nie byłam na żadnym!!!). Ale z drugiej strony – jak tak można…
Ja jestem aktualnie na etapie – jestem jeszcze strasznie młoda, prawie nic nie wiem o życiu, dopiero wszystkiego się uczę, raczkuję, nie chodzę jeszcze ani nie biegam. A co dopiero kłaść się w małżeńskim łożu, albo nie daj "bog" na łóżku na porodówce.
Ciągle słyszę, żem dziecko, odważne, ale dziecko. No bo raptem Pani Kijewska ma 25 lat a tu już próbuje z motyką na afrykańskie słońce się rzucać. Dla wszystkich, z którymi współpracuje szokujące jest połączenie tego Jubańskiego miejsca i zajęcia z moim wiekiem. Przecież ja nawet 30 lat nie mam. A do tego płeć nie taka :) Albo wręcz płeć nijaka – bo co to za stwór – baba z jajami?
No i w tych okolicznościach przyrody, zadaję sobie pytanie. A co jak kiedyś jednak zdecyduję się założyć rodzinę?
Wiecie jak to jest na wyprzedażach – po sezonie można dostać albo za małe albo za duże rozmiary i to w dodatku z modeli, w których wygląda się conajmniej niekorzystnie.
I niestety z potencjalnymi kandydatami na małżonków podobno jest podobnie. Towar może być przebrany… I co wtedy?
Wtedy właśnie trzeba mi będzie zmienić orientację seksualną i upolować jakąś młodą przyjemną partnerkę.
Ktoś mi ostatnio powiedział, że skoro mogę mieszkać 6 miesięcy w namiocie, to bycie lesbijką nie będzie dużo trudniejsze…
No ale nic to, drodzy koledzy i koleżanki – żeńcie się i wychodźcie za mąż, a potem w miarę rozsądnie się rozmnażajcie. Pamiętając jednak o tym, że 10% par rozwodzi się po 2 latach :)
A! Przypomniało mi się. Jest nadzieja! Mężczyźni z second-handu. To tak apropos rozwodów. Można podobno znaleźć naprawde fajne modele, w okazyjnych cenach. Bardzo często z pożądną metką od znanego projektanta… tylko na takiego to trzeba czekać do 40-tki :)
Kiwi
Moje koleżanki i kuzynki wychodzą nagminnie za mąż, zaręczają się lub „stabilizują”, co w przypadku substancji niechemicznych, oznacza tyle co jakby małżeństwo ale bez papieru lub powszechnie znane słowo-wytrych „partnerstwo”
Moi koledzy i krewni płci męskiej zaś w ramach pogoni za partnerkami obkupują się w zaręczynowe pierścionki i polują na co piękniejsze okazy płci … hm… piękniejszej. To znaczy tak by to wyglądało, gdyby dzisiejsi samcy buchali testosteronem… W rzeczywistości natomiast, znajomi faceci odkrywają w sobie potrzebę założenia rodziny, chęć wychowywania dzieci oraz niezgłębione pokłady miłości względem swych „stabilizujących się” partnerek.
W rezultacie wygląda to tak, że jak za parę miesięcy wrócę do Polski, to odnajdę się wśród tych samych ludzi, ale każdy z nich będzie miał swoją narośl, zwaną również drugą połówką.
Aaaaaa!!!!!
No niby fajnie z jednej strony, bo może chociaż na jakieś weselisko wyskoczę (z 10 lat nie byłam na żadnym!!!). Ale z drugiej strony – jak tak można…
Ja jestem aktualnie na etapie – jestem jeszcze strasznie młoda, prawie nic nie wiem o życiu, dopiero wszystkiego się uczę, raczkuję, nie chodzę jeszcze ani nie biegam. A co dopiero kłaść się w małżeńskim łożu, albo nie daj "bog" na łóżku na porodówce.
Ciągle słyszę, żem dziecko, odważne, ale dziecko. No bo raptem Pani Kijewska ma 25 lat a tu już próbuje z motyką na afrykańskie słońce się rzucać. Dla wszystkich, z którymi współpracuje szokujące jest połączenie tego Jubańskiego miejsca i zajęcia z moim wiekiem. Przecież ja nawet 30 lat nie mam. A do tego płeć nie taka :) Albo wręcz płeć nijaka – bo co to za stwór – baba z jajami?
No i w tych okolicznościach przyrody, zadaję sobie pytanie. A co jak kiedyś jednak zdecyduję się założyć rodzinę?
Wiecie jak to jest na wyprzedażach – po sezonie można dostać albo za małe albo za duże rozmiary i to w dodatku z modeli, w których wygląda się conajmniej niekorzystnie.
I niestety z potencjalnymi kandydatami na małżonków podobno jest podobnie. Towar może być przebrany… I co wtedy?
Wtedy właśnie trzeba mi będzie zmienić orientację seksualną i upolować jakąś młodą przyjemną partnerkę.
Ktoś mi ostatnio powiedział, że skoro mogę mieszkać 6 miesięcy w namiocie, to bycie lesbijką nie będzie dużo trudniejsze…
No ale nic to, drodzy koledzy i koleżanki – żeńcie się i wychodźcie za mąż, a potem w miarę rozsądnie się rozmnażajcie. Pamiętając jednak o tym, że 10% par rozwodzi się po 2 latach :)
A! Przypomniało mi się. Jest nadzieja! Mężczyźni z second-handu. To tak apropos rozwodów. Można podobno znaleźć naprawde fajne modele, w okazyjnych cenach. Bardzo często z pożądną metką od znanego projektanta… tylko na takiego to trzeba czekać do 40-tki :)
Kiwi
środa, 8 lipca 2009
PUSH TO FLUSH*
Odbywam doroczną rytualną całodzienną podróż do Afryki. W rok (bez 5 dni) po moim pierwszym afrykańskim odlocie, znów jestem w samolocie :-)
Tym razem lecę pewna tego co zastanę, jak to będzie wyglądać i co chcę z tym zrobić. Lecę do znajomych, których już tam mam, do moich współpracowników. Lecę do mojego szefa…
Ten rok przyniósł niemałe zmiany w moim życiu.
Skończył się najpoważniejszy w moim życiu związek. Zaczął się związek najbardziej skomplikowany. Zmienił się rozmiar moich spodni – na oszczędny :p Poznałam nowy sport (niedawno). Poznałam nowych ludzi. Poznałam zupełnie nowy, egzotyczny, pachnący mango i bananami smak życia.
I włosy mi urosły :-)
Gdy wylatywałam, w zeszłym roku, wiedziałam, że czeka mnie najważniejsza przygoda w moim życiu. Myślałam jednak początkowo, że owszem, odmieni ona moje życie, ale w najśmielszych i najbardziej szalonych snach nie przypuszczałam, że ta przygoda stanie się moim życiem. Stała się.
Wyjazd do Kenii to była całkiem szalona decyzja, ale to, co nastąpiło po powrocie z Kenii miało się okazać jeszcze bardziej szalone. Sudan – to miejsce powoduje, że wszystkich rodziców, dziadków i ciotków-pociotków przechodzą dreszcze. Miejsce, w którym jest wojna w Darfurze. Kraj, którego prezydent uznany jest przez świat zachodni (bo trybunał w Hadze to instytucja świata zachodniego –bez czarowania mi tutaj) za BANDYTĘ. No a do tego najbiedniejszy kraj na świecie. Najmniej rozwinięty.
Juba przywitała mnie w grudniu upałem, uśmiechami ludźmi, z którymi później bardzo blisko współpracowałam. Przywitała mnie okrutnie drogą coca-colą i kurzem i pyłem i syfem i ONZ-em wszędzie :-)
W styczniu (po przerwie bożo-narodzeniowo-sylwestrowej), przylatuję z powrotem, żeby tam żyć. Żeby tam mieszkać. Trochę to co innego niż przeświadczenie, że wpadłam na chwilę i zaraz spadam do domku, gdzie wszystko jest i o nic nie trzeba się martwić.
Pamiętam styczeń jako ogień z nieba, walkę ze sobą, przyspieszoną naukę, upominania Jamesa, jeszcze szybszą naukę. Zmęczenie. Praca. Praca i jeszcze trochę pracy.
Nastąpił luty, nastąpił przełom. Odkryłam życie prywatne na nowo. Za sprawą imprezy Vivacell. Za sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności. Najważniejsze, że teraz mam do kogo się odezwać, z kim pójść na piwo lub na pizzę. Jest dobrze. Jest coraz lepiej.
Zdarzają się co prawda momenty trudne, ale na szczęście coraz jest ich mniej i na coraz mniejszą skalę.
Właśnie przelatuję nad Południowym Sudanem, widzę chmury. Pora deszczowa zaczęła się na dobre. Ciekawe jak będzie to wyglądać z dołu… ale to dopiero jutro…
Ależ mi się na wspominki zebrało…
Jestem Kiwi, mam 25 lat, pochodzę z Polski, mieszkam w Sudanie. Moje serce skradła Afryka. Niestety ze względu na niewydolność służb prawa w większości krajów tego kontynentu, może się okazać, że moje serce pozostanie ukradzione i pozostanie w Afryce lub z Afryką na zawsze. Fajnie, bo mam taką swoją Mekkę, do której zawszę będę mogła pielgrzymować. Czy to we wspomnieniach, czy też fizycznie.
Ostatnio usłyszałam, że moje życie zostawi ślad na ziemi. Odbije się w czerwonej lepkiej afrykańskiej ziemi. Wśród ludzi, którzy są skrajnym przeciwieństwem nas – zepsutych konsumpcją i rozpasaniem, różowych jak prosiaki białasów. Mam nadzieję tylko, że ten ślad, który zostawiam po sobie teraz w Sudanie, będzie jednym z wielu i któregoś pięknego dnia, będę mogła powiedzieć, że przyłożyłam moją białą łapę do rozwoju tego najbogatszego we wszystko i zarazem najbiedniejszego kontynentu. Fajnie byłoby, gdyby ten mój wkład był choć odrobinę znaczący.
Ale to już przejaw próżności, prawda? Każdy chciałby być sławny i zarabiać miliony dolarów :-P Ja chwilowo mam swoją sławę i swoje prawie miliony. Pracuję jako Project Manager na największej budowie w Południowym Sudanie, w największej na tamtym rynku firmie budowlanej. Trochę nam brakuje do SKANSKA, ale pracujemy nad tym. Nie w jeden dzień Rzym zbudowano.
Dodam jeszcze, że każdy powinien mieć w życiu pasję, jakieś pragnienie, marzenie, coś, co będzie go ciągnęło do przodu. Bez czegoś takiego życie nie ma smaku, celu ani znaczenia. Upływa dzień za dniem na robieniu rzeczy bez sensu, bez ciągu dalszego.
Ja mam. Nie jest to może nic snobistycznego. Nie jestem malarzem czy pianistką. Nie umiem pobić rekordu świata w skoku o tyczce. Ale robię coś co daję mi siłę, odbierając ją czasem równocześnie. Walczę nie o kolejne auto, czy jeden metr mieszkania w Warszawie więcej. Nie pragnę kolejnych wczasów w Egipcie. Chciałabym, żeby ludzie na całym świecie mieli mniej więcej jednakowo. Wcale nie koniecznie aż tak jak w Europie, czy Stanach. Ale chociażby, żeby dzieci nie umierały z głodu (podczas gdy inne cierpią na chorobliwą otyłość) czy mogły nauczyć się czytać i pisać. Żeby kraj, w którym się rodzą nigdy nie był pułapką. No i może samej mi się tego nie da osiągnąć, ale czuję się fantastycznie wiedząc, że w moim życiu jest coś więcej niż tylko akumulacja dóbr i płodzenie potomstwa. Pięknie mi z tym. I pięknie się czuje. I uważam, że przez to staję się piękniejsza.
Gdzieś kiedyś w mojej głowie pojawiło się afrykańskie ziarno, które zaczęło kiełkować. Nie pamiętam kto i nie pamiętam jak je zasiał. Pamiętam natomiast kto umożliwił temu ziarnu rosnąć.
Wdzięczna bardzo jestem niejakiej Marcie Miłkowskiej, która otworzyła przede mną te drzwi.
No i dziękuję rodzicom!
I milionom fanów na całym świecie :-P
* Napis w toalecie w samolocie oznaczający mniej więcej tyle, co „naciśnij, żeby spłukać”, ale fajnie brzmi po angielsku (coś jak: pusz tu flusz).
Tym razem lecę pewna tego co zastanę, jak to będzie wyglądać i co chcę z tym zrobić. Lecę do znajomych, których już tam mam, do moich współpracowników. Lecę do mojego szefa…
Ten rok przyniósł niemałe zmiany w moim życiu.
Skończył się najpoważniejszy w moim życiu związek. Zaczął się związek najbardziej skomplikowany. Zmienił się rozmiar moich spodni – na oszczędny :p Poznałam nowy sport (niedawno). Poznałam nowych ludzi. Poznałam zupełnie nowy, egzotyczny, pachnący mango i bananami smak życia.
I włosy mi urosły :-)
Gdy wylatywałam, w zeszłym roku, wiedziałam, że czeka mnie najważniejsza przygoda w moim życiu. Myślałam jednak początkowo, że owszem, odmieni ona moje życie, ale w najśmielszych i najbardziej szalonych snach nie przypuszczałam, że ta przygoda stanie się moim życiem. Stała się.
Wyjazd do Kenii to była całkiem szalona decyzja, ale to, co nastąpiło po powrocie z Kenii miało się okazać jeszcze bardziej szalone. Sudan – to miejsce powoduje, że wszystkich rodziców, dziadków i ciotków-pociotków przechodzą dreszcze. Miejsce, w którym jest wojna w Darfurze. Kraj, którego prezydent uznany jest przez świat zachodni (bo trybunał w Hadze to instytucja świata zachodniego –bez czarowania mi tutaj) za BANDYTĘ. No a do tego najbiedniejszy kraj na świecie. Najmniej rozwinięty.
Juba przywitała mnie w grudniu upałem, uśmiechami ludźmi, z którymi później bardzo blisko współpracowałam. Przywitała mnie okrutnie drogą coca-colą i kurzem i pyłem i syfem i ONZ-em wszędzie :-)
W styczniu (po przerwie bożo-narodzeniowo-sylwestrowej), przylatuję z powrotem, żeby tam żyć. Żeby tam mieszkać. Trochę to co innego niż przeświadczenie, że wpadłam na chwilę i zaraz spadam do domku, gdzie wszystko jest i o nic nie trzeba się martwić.
Pamiętam styczeń jako ogień z nieba, walkę ze sobą, przyspieszoną naukę, upominania Jamesa, jeszcze szybszą naukę. Zmęczenie. Praca. Praca i jeszcze trochę pracy.
Nastąpił luty, nastąpił przełom. Odkryłam życie prywatne na nowo. Za sprawą imprezy Vivacell. Za sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności. Najważniejsze, że teraz mam do kogo się odezwać, z kim pójść na piwo lub na pizzę. Jest dobrze. Jest coraz lepiej.
Zdarzają się co prawda momenty trudne, ale na szczęście coraz jest ich mniej i na coraz mniejszą skalę.
Właśnie przelatuję nad Południowym Sudanem, widzę chmury. Pora deszczowa zaczęła się na dobre. Ciekawe jak będzie to wyglądać z dołu… ale to dopiero jutro…
Ależ mi się na wspominki zebrało…
Jestem Kiwi, mam 25 lat, pochodzę z Polski, mieszkam w Sudanie. Moje serce skradła Afryka. Niestety ze względu na niewydolność służb prawa w większości krajów tego kontynentu, może się okazać, że moje serce pozostanie ukradzione i pozostanie w Afryce lub z Afryką na zawsze. Fajnie, bo mam taką swoją Mekkę, do której zawszę będę mogła pielgrzymować. Czy to we wspomnieniach, czy też fizycznie.
Ostatnio usłyszałam, że moje życie zostawi ślad na ziemi. Odbije się w czerwonej lepkiej afrykańskiej ziemi. Wśród ludzi, którzy są skrajnym przeciwieństwem nas – zepsutych konsumpcją i rozpasaniem, różowych jak prosiaki białasów. Mam nadzieję tylko, że ten ślad, który zostawiam po sobie teraz w Sudanie, będzie jednym z wielu i któregoś pięknego dnia, będę mogła powiedzieć, że przyłożyłam moją białą łapę do rozwoju tego najbogatszego we wszystko i zarazem najbiedniejszego kontynentu. Fajnie byłoby, gdyby ten mój wkład był choć odrobinę znaczący.
Ale to już przejaw próżności, prawda? Każdy chciałby być sławny i zarabiać miliony dolarów :-P Ja chwilowo mam swoją sławę i swoje prawie miliony. Pracuję jako Project Manager na największej budowie w Południowym Sudanie, w największej na tamtym rynku firmie budowlanej. Trochę nam brakuje do SKANSKA, ale pracujemy nad tym. Nie w jeden dzień Rzym zbudowano.
Dodam jeszcze, że każdy powinien mieć w życiu pasję, jakieś pragnienie, marzenie, coś, co będzie go ciągnęło do przodu. Bez czegoś takiego życie nie ma smaku, celu ani znaczenia. Upływa dzień za dniem na robieniu rzeczy bez sensu, bez ciągu dalszego.
Ja mam. Nie jest to może nic snobistycznego. Nie jestem malarzem czy pianistką. Nie umiem pobić rekordu świata w skoku o tyczce. Ale robię coś co daję mi siłę, odbierając ją czasem równocześnie. Walczę nie o kolejne auto, czy jeden metr mieszkania w Warszawie więcej. Nie pragnę kolejnych wczasów w Egipcie. Chciałabym, żeby ludzie na całym świecie mieli mniej więcej jednakowo. Wcale nie koniecznie aż tak jak w Europie, czy Stanach. Ale chociażby, żeby dzieci nie umierały z głodu (podczas gdy inne cierpią na chorobliwą otyłość) czy mogły nauczyć się czytać i pisać. Żeby kraj, w którym się rodzą nigdy nie był pułapką. No i może samej mi się tego nie da osiągnąć, ale czuję się fantastycznie wiedząc, że w moim życiu jest coś więcej niż tylko akumulacja dóbr i płodzenie potomstwa. Pięknie mi z tym. I pięknie się czuje. I uważam, że przez to staję się piękniejsza.
Gdzieś kiedyś w mojej głowie pojawiło się afrykańskie ziarno, które zaczęło kiełkować. Nie pamiętam kto i nie pamiętam jak je zasiał. Pamiętam natomiast kto umożliwił temu ziarnu rosnąć.
Wdzięczna bardzo jestem niejakiej Marcie Miłkowskiej, która otworzyła przede mną te drzwi.
No i dziękuję rodzicom!
I milionom fanów na całym świecie :-P
* Napis w toalecie w samolocie oznaczający mniej więcej tyle, co „naciśnij, żeby spłukać”, ale fajnie brzmi po angielsku (coś jak: pusz tu flusz).
środa, 24 czerwca 2009
Och męczące te weekendy w Polsce…
Wróciłam do Ziemi Przodków, na Ojcowiznę, do Polski.
No i nie za długo mi zajęło trafienie nad wodę, bo jakoś jestem spragniona wilgoci. Woda i ja to jak ujemne bieguny w magnesie. No nie ma innej opcji – nurkujemy :-)
Nurkowanie to najwyższa forma obcowania z wodą. Nie ma kolejnych stopni wtajemniczenia. Nie ma nic bardziej mokrego niż woda w czasie nurkowania. No nie ma i już!
Pojechałam nad Jezioro Narty z ludkami z Underwater.pl (tu taka mała reklama – jak ktoś chce się zanurzyć, to z nimi, bo to ciekawa mieszanka ludzi… zapraszam na www.underwater.pl ). Dojechałam tam w piątek i męczący weekend rozpoczął się wraz z pierwszym drinkiem.
Bo w Polsce to trzeba pić. Nie pić w Polsce to jak pojechać do Rzymu i nie widzieć Watykanu. Albo jak być w Alpach i nie jeździć na nartach. No po prostu, Polska wódka nie smakuje nigdzie tak dobrze. Żadna wódka nie smakuje nigdzie tak dobrze. A już smak Premium to na Mazurach. Szczególnie, że o smaku Premium przypomina poranny brak kaca.
Tym razem po imprezie kaca nie było – była za to epidemia malarii, bo wszystkich bardzo intensywnie bolały głowy. Poza mną :-) Ja wszakże uodporniona na malarię :-P
Pojechałam na Mazury po to, żeby pozażywać. Głównie wody, ale również powietrza, zieleni, ciszy, ptaków, drzew, chmur. Tej Polskości w czystej formie. I zażywałam ją intensywnie od momentu, w którym wyjechałam poza Warszawę i jadąc drogą nr 58 wprost do Szczytna jechałam pięknymi krętymi drogami, przez wsie i miasteczka i patrzyłam na tę Polską letnią zieleń. W deszczu. Krowy pasące się na łąkach, zboże, które już wyrosło po pas, po pachy. Na lasy, które po deszczu pięknie pachną, szczególnie te sosnowe.
Polska mnie jakoś rozczula ostatnio. Potrafię się najzwyczajniej rozpłakać jadąc drogą pomiędzy dwoma szpalerami topól, widząc zielone łąki lub złote pola i lasy w oddali. Włącza mi się jakiś Weltschmertz czy inna przypadłość, na którą cierpieli znienawidzeni przeze mnie w liceum romantycy (w sensie, że poeci tego okresu). Ale teraz jakoś lepiej ich rozumiem, bo sama na takim niby wygnaniu, choć dobrowolnym.
Jak zacznę pisać wierszem tutaj, to znaczy, że jestem Adam Mickiewicz i tylko patrzeć jak zejdę na gruźlicę…
Mazury, jezioro, w którym raki nocą coś kombinują, okonie podpływają do nieruchomych nurków zaciekawione. Polska jest piękna. A jak ktoś nie wierzy, niech wyjedzie na parę miesięcy i potem wróci tutaj.
Dodatkowo w docenieniu kraju pomaga to, że jestem absolutnie nie-na-bieżąco z polityką i ekonomią tego czcigodnego kraju, więc nic nie psuje mi tego sielankowego obrazu :-)
No ale pojechałam. Miałam zanurkować 2 razy, nurkowałam 5 razy. I uprawnienia po drodze sobie podniosłam.
No i przeżyłam mojego pierwszego nocnego nurka. Ciekawe zjawisko. Śpiące ryby gdzieś na podwodnych łąkach, raki próbujące w tej ciszy odpracować cały dzień na nocną zmianę. I cisza…
Generalnie pod wodą jest dość cicho, ale w nocy ta cisza jest jakaś gęstsza. Bąble wydychanego powietrza są tak głośne jak tir przejeżdżający przed bramą Gumba o 6.00 rano. I płyniesz tak cichutko, żeby tych rybek nie pobudzić, oddychasz szeptem i nawet latarka szeptem świeci. Żeby ciszy nocnej w jeziorze nie zakłócać. Ciekawe zjawisko. Zupełnie inny nurek, z takim posmakiem tajemnicy, bo widzisz tylko tyle ile latarka pozwala Ci zobaczyć i nie wiesz czy ta czerń przed tobą to stok dna, toń jeziora, jakaś podwodna zielenina czy lokalny kuzyn potwora z Loch Ness. A jak masz wyobraźnię, to w ogóle masz dość intensywne wrażenia, bo w nocy w wodzie widać wszystko. Może być piękne to wszystko, albo nie koniecznie. A do tego musisz pamiętać, że jak się ekscytujesz, to hałasujesz bąblami.
Szkoda, że nie da się słowami opisać tego co czuć pod wodą.
Wszystko to co dzieje się wokół ciebie czujesz wszystkimi zmysłami. No może poza węchem. Ale za to wzrok, dotyk, słuch. Wszystko to działa inaczej. A najciekawiej działa zmysł równowagi. Jak zamkniesz oczy i pozwolisz sobie swobodnie dryfować, to na bank w pewnym momencie stracisz poczucie, czy ty już głową w dół, w górę czy na bok.
Nurkowanie jest jak latanie. Tylko lepsze, bo jest co oglądać pod wodą. A mnie na ten przykład ptaki nie fascynują zupełnie. Uważam je za raczej odrażające kreatury. Takie pierzaste śmierdziele srające na szyby samochodów. Co innego rybki. Rybki mają miliony kolorów, tysiące rozmiarów i w ogóle jest ich taka różnorodność, że szok. A oprócz rybek w wodzie są inne kreaturki.
Oprócz rybek w wodzie są nurkowie :-) Nurek to taki ssak, który z braku skrzeli nakupił towaru (na Okopowej ;-p ), założył te kilogramy ołowiu, butle, bajery, pianki i płetwy i wszedł do wody. I stał się czymś pomiędzy rybą a człowiekiem. Nurek to taka zmechanizowana forma syrenki. Nie auta, tylko takiego mitycznego czegoś – pół ryba – pół człowiek. Tylko biusty i torsy nurkowie mają pochowane :-)
Nurek po wyjściu z wody traci swoją rybiość. Zaczyna powoli podsychać, aż wyschnie tak bardzo, że musi wejść pod wodę koniecznie raz jeszcze, żeby skorzystać z tego swojego drugiego ja, pozwolić swojej schizofrenicznej, drugiej, rybiej osobowości pobyć przez chwilę tą siłą wiodącą.
Tylko choroba psychiczna może bowiem zmusić do nurkowania w 14 stopniowej wodzie, 5 razy w ciągu weekendu, w niedoschniętym i lodowatym sprzęcie. I tylko choroba psychiczna może powodować, że czujesz RADOŚĆ po zmarznięciu na kość.
Podsumowując – chora psychicznie Kiwi (której się wydaje czasem, że jest rybą) wzrusza się na widok pola pszenicy…
Ktoś zna lekarstwo na taką chorobę?
No i nie za długo mi zajęło trafienie nad wodę, bo jakoś jestem spragniona wilgoci. Woda i ja to jak ujemne bieguny w magnesie. No nie ma innej opcji – nurkujemy :-)
Nurkowanie to najwyższa forma obcowania z wodą. Nie ma kolejnych stopni wtajemniczenia. Nie ma nic bardziej mokrego niż woda w czasie nurkowania. No nie ma i już!
Pojechałam nad Jezioro Narty z ludkami z Underwater.pl (tu taka mała reklama – jak ktoś chce się zanurzyć, to z nimi, bo to ciekawa mieszanka ludzi… zapraszam na www.underwater.pl ). Dojechałam tam w piątek i męczący weekend rozpoczął się wraz z pierwszym drinkiem.
Bo w Polsce to trzeba pić. Nie pić w Polsce to jak pojechać do Rzymu i nie widzieć Watykanu. Albo jak być w Alpach i nie jeździć na nartach. No po prostu, Polska wódka nie smakuje nigdzie tak dobrze. Żadna wódka nie smakuje nigdzie tak dobrze. A już smak Premium to na Mazurach. Szczególnie, że o smaku Premium przypomina poranny brak kaca.
Tym razem po imprezie kaca nie było – była za to epidemia malarii, bo wszystkich bardzo intensywnie bolały głowy. Poza mną :-) Ja wszakże uodporniona na malarię :-P
Pojechałam na Mazury po to, żeby pozażywać. Głównie wody, ale również powietrza, zieleni, ciszy, ptaków, drzew, chmur. Tej Polskości w czystej formie. I zażywałam ją intensywnie od momentu, w którym wyjechałam poza Warszawę i jadąc drogą nr 58 wprost do Szczytna jechałam pięknymi krętymi drogami, przez wsie i miasteczka i patrzyłam na tę Polską letnią zieleń. W deszczu. Krowy pasące się na łąkach, zboże, które już wyrosło po pas, po pachy. Na lasy, które po deszczu pięknie pachną, szczególnie te sosnowe.
Polska mnie jakoś rozczula ostatnio. Potrafię się najzwyczajniej rozpłakać jadąc drogą pomiędzy dwoma szpalerami topól, widząc zielone łąki lub złote pola i lasy w oddali. Włącza mi się jakiś Weltschmertz czy inna przypadłość, na którą cierpieli znienawidzeni przeze mnie w liceum romantycy (w sensie, że poeci tego okresu). Ale teraz jakoś lepiej ich rozumiem, bo sama na takim niby wygnaniu, choć dobrowolnym.
Jak zacznę pisać wierszem tutaj, to znaczy, że jestem Adam Mickiewicz i tylko patrzeć jak zejdę na gruźlicę…
Mazury, jezioro, w którym raki nocą coś kombinują, okonie podpływają do nieruchomych nurków zaciekawione. Polska jest piękna. A jak ktoś nie wierzy, niech wyjedzie na parę miesięcy i potem wróci tutaj.
Dodatkowo w docenieniu kraju pomaga to, że jestem absolutnie nie-na-bieżąco z polityką i ekonomią tego czcigodnego kraju, więc nic nie psuje mi tego sielankowego obrazu :-)
No ale pojechałam. Miałam zanurkować 2 razy, nurkowałam 5 razy. I uprawnienia po drodze sobie podniosłam.
No i przeżyłam mojego pierwszego nocnego nurka. Ciekawe zjawisko. Śpiące ryby gdzieś na podwodnych łąkach, raki próbujące w tej ciszy odpracować cały dzień na nocną zmianę. I cisza…
Generalnie pod wodą jest dość cicho, ale w nocy ta cisza jest jakaś gęstsza. Bąble wydychanego powietrza są tak głośne jak tir przejeżdżający przed bramą Gumba o 6.00 rano. I płyniesz tak cichutko, żeby tych rybek nie pobudzić, oddychasz szeptem i nawet latarka szeptem świeci. Żeby ciszy nocnej w jeziorze nie zakłócać. Ciekawe zjawisko. Zupełnie inny nurek, z takim posmakiem tajemnicy, bo widzisz tylko tyle ile latarka pozwala Ci zobaczyć i nie wiesz czy ta czerń przed tobą to stok dna, toń jeziora, jakaś podwodna zielenina czy lokalny kuzyn potwora z Loch Ness. A jak masz wyobraźnię, to w ogóle masz dość intensywne wrażenia, bo w nocy w wodzie widać wszystko. Może być piękne to wszystko, albo nie koniecznie. A do tego musisz pamiętać, że jak się ekscytujesz, to hałasujesz bąblami.
Szkoda, że nie da się słowami opisać tego co czuć pod wodą.
Wszystko to co dzieje się wokół ciebie czujesz wszystkimi zmysłami. No może poza węchem. Ale za to wzrok, dotyk, słuch. Wszystko to działa inaczej. A najciekawiej działa zmysł równowagi. Jak zamkniesz oczy i pozwolisz sobie swobodnie dryfować, to na bank w pewnym momencie stracisz poczucie, czy ty już głową w dół, w górę czy na bok.
Nurkowanie jest jak latanie. Tylko lepsze, bo jest co oglądać pod wodą. A mnie na ten przykład ptaki nie fascynują zupełnie. Uważam je za raczej odrażające kreatury. Takie pierzaste śmierdziele srające na szyby samochodów. Co innego rybki. Rybki mają miliony kolorów, tysiące rozmiarów i w ogóle jest ich taka różnorodność, że szok. A oprócz rybek w wodzie są inne kreaturki.
Oprócz rybek w wodzie są nurkowie :-) Nurek to taki ssak, który z braku skrzeli nakupił towaru (na Okopowej ;-p ), założył te kilogramy ołowiu, butle, bajery, pianki i płetwy i wszedł do wody. I stał się czymś pomiędzy rybą a człowiekiem. Nurek to taka zmechanizowana forma syrenki. Nie auta, tylko takiego mitycznego czegoś – pół ryba – pół człowiek. Tylko biusty i torsy nurkowie mają pochowane :-)
Nurek po wyjściu z wody traci swoją rybiość. Zaczyna powoli podsychać, aż wyschnie tak bardzo, że musi wejść pod wodę koniecznie raz jeszcze, żeby skorzystać z tego swojego drugiego ja, pozwolić swojej schizofrenicznej, drugiej, rybiej osobowości pobyć przez chwilę tą siłą wiodącą.
Tylko choroba psychiczna może bowiem zmusić do nurkowania w 14 stopniowej wodzie, 5 razy w ciągu weekendu, w niedoschniętym i lodowatym sprzęcie. I tylko choroba psychiczna może powodować, że czujesz RADOŚĆ po zmarznięciu na kość.
Podsumowując – chora psychicznie Kiwi (której się wydaje czasem, że jest rybą) wzrusza się na widok pola pszenicy…
Ktoś zna lekarstwo na taką chorobę?
wtorek, 31 marca 2009
Podróż do domu
Wyruszyłam na spotkanie z moja dawną znajomą, Europą.
Piątek spędziłam w Nairobi. Wylądowałam tam o 11.00 absolutnie pozbawiona tych emocji, ze w Kenii jestem i to takie szczególne doświadczenie. Teraz Kenia jest takim przedsionkiem Europy (gdy lecisz w stronę domu), lub przedsmakiem Afryki (lecąc do Juby). Miasto, które wydawało mi się brudne, ze smogiem, strasznie nie poukładane i ogólnie nie fajne, nabrało nowych barw. Innych odcieni. Bo już nie jest absolutem. Straciło pozycje Afrykańskiego miasta na rzecz Juby. Teraz Nairobi jest mieszańcem. Bękartem ze związku Kenijczyków z Anglikami.
Nairobi tętni jakimś zupełnie innym rytmem niż Juba. Jeździ inaczej (a raczej stoi w korku), rozwija się inaczej (teraz to już nie przyrost ilościowy, zaczynam zauważać, że pojawia się dążenie do przyrostu jakościowego). Nairobi jest fajnym substytutem europy. Pomyślałby kto ? :P
W Nairobi jest wszystko. W Nairobi jest mięso i ser. Nairobi jest poza Afryką.
Z Nairobi poleciałam do Amsterdamu, żeby w końcu zobaczyć to sławne miasto. Siedzę teraz w jakiejś ukrytej przed światem kawiarni i piję kawę z Kongo (nie da się uciec od fascynacji czarnym lądem, przepadłam…). Przyleciałam tu niemiłosiernie wcześnie rano. Zanim wyruszyłam w tournee po miescie, odprowadziłam mojego towarzysza podróży na samolot po uprzednim wypiciu Heinekena. W końcu bycie w Amsterdamie zobowiązuje.
O 9.30 rozpoczęłam mój spacer po mieście. Zaczęłam od piekarni, w której przygotowują kanapki. Kawa, pełnoziarnisty chleb, twarożek, suszone pomidory i pasta z oliwek. Czy istnieje cos piękniejszego? MNIAM. Kocham Europę.
Choć tak naprawdę kocham ją tylko za to jedzenie jak na chwilę obecną. Za łatwość dostępu do wszystkiego czego zapragniesz, że w końcu nie musze walczyć z jakąś obcą kosmiczną siłą, tylko się mogę kawy napić :) Nienawidzę jej za zimno, za deszcz, który mnie tu przywitał, za wiatr, za paskudną ponurą pochmurną pogodę. Nie lubię tego. Wole mój upalik +50 stopni niż -2 :)
Amsterdam poza tym, że przywitał mnie deszczem (no nie miał dobrego wejścia chłopak), to jeszcze jest dzisiaj pełen Szkotów. W Europie bowiem gra się w piłkę nożną i ona budzi dziwne emocje oraz pragnienie podróżowania po świecie w kilcie (tu w przypadku Szkotów). I tak zamiast tych śmiesznych duńskich twarzy, tych wszystkich kolorów, gejów, mieszańców i dziwolągów, widzę tu wciąż i wszędzie różowe ryje wrzeszczących lub bulgocących śmiechem kolesi w skarpetach do kolan i spódniczkach w szkocką kratkę. No nie ukrywam, że lekko mi to mąci obraz. Ale trzeba wziąć głęboki oddech i uciekać od miejsc w których serwują piwo i jointy, bo to właśnie tu gromadzą się te urocze grupy. I tak zeszłam to miasto w kilku różnych kierunkach, marsz przez 4 godziny bez przerwy. Po dobrym śniadaniu (chleb!) wszystko jest do zrobienia. Teraz zawędrowałam w jakiś zaułek, ukryty przed Szkotami. Miejsce pachnące kawą i herbatą, w którym tę kawę i herbatę się sprzedaje, parzy, serwuje i pije z namaszczeniem. Bo kawa może być napojem, który się smakuje. Jak wino. Nauczyłam się tego w Jubie. Nie ma tam miejsca na smakowanie wina, ani innych frykasów. Ale kawę można zaparzyć, można napić się jej o poranku i dodać sobie sił, albo zrelaksować się, albo zapomnieć, albo powspominać przy niej. Kawa może mieć różne smaki. I ma. I uczę się poznawać je :)
Teraz w tym zaułku piję kawę z Kongo i uciekam przed Europą w Europie. Z jednej strony cieszę się, że już tu dotarłam, że tak blisko do domu. Ze są tu sklepy w których jest tyle żółtego sera, że można dostać zawrotu głowy.
A z drugiej – jest zimno, nie ma walki, nie ma wyzwań, wszystko łatwo, wszyscy mili, czuję się bezpiecznie… to chyba nie jest moje naturalne środowisko…
Tak mi się apropos tego sera przypomniało. Nie przypuszczałam, że Holendrzy przykładają taką wagę do jedzenia. Tutaj miejsc w których serwuje się nietypowe w EU smakołyki jest pełno. Sklepy z serem i sklepy z wędlinami i mięsem (wyglądające z daleka jak luksusowe perfumerie) powaliły mnie na kolana. Holendrzy zyskali szacunek w moich oczach. Bo jak ktoś przyklada wagę do tego co je, to wie, że jest się tym co się je :)
Ja jestem wołowiną, w związku z powyższym, bo w Jubie tylko to było dostępne. Ale jestem też ananasem i mango. I pomidorami i ziemniakami…
Czas ruszać w dalszą podróż.
No i przeszłam Amsterdam wzdłuż i wszerz. A przynajmniej centrum i to na tyle na ile starczyło mi nóg. Chodziłam tak do 16.30. zmęczyły się moje nogi bardzo.
Byłam na pięknym ryneczku, taki targ na którym sprzedawane jest wszystko – mydło i powidło (dosłownie), ryby, bakalie, suszone owoce, mięso, warzywa, zioła i kwiaty. Holandia to przeciez kraj kwiatów. Przeszłam przez ten targ w jedną stronę i byłam tak zauroczona tym co zobaczyłam, że po prostu szłam i uśmiechałam się do tych kolorowych, czystych, pachnących straganów. Chciałam kupić kwiaty dla mamy, ale postanowiłam zrobić to w drodze powrotnej i był to błąd, bo w drodze powrotnej nie było już tych kwiatów. Takie życie. Kupiłam mamie tusz do rzęs :)
Po Afrykańskich targowiskach to co zobaczyłam mnie urzekło. Wszystko czyste, wszystko świeże, wszystko piękne. Jak z obrazka. Jak z filmu. I ludzie inni jacyś, jeszcze wszyscy na rowerach. No piękny romantyczny obrazek. Po przejściu przez ten rynek postanowiłam wejść do takiej zwyczajnej nie za pełnej włoskiej knajpki. Wyglądała na taką, w której ludzie po prostu jedzą, a nie turyści się przewalają. I tak rzeczywiście było. Przyszła jakaś para dziadków na pizzę, więc właściciel podszedł do nich, przywitał się, widocznie starzy znajomi. A potem cała obsługa jadła obiad razem przy jednym stole. Była 3 z minutami, więc czas najwyższy na obiad. Naprawdę super sprawa. No i właściciel, mały drobny ale z brzuszkiem – Włoch. Jego angielski zdradzał wszystko. Super miejsce, czuć taką włoską rodzinną atmosferę. Zjadłam sobie makaron, napiłam się stołowego winka w kolorze różowym a na deser spałaszowałam tirami su. I wtedy właśnie dotarło do mnie, że się odprężyłam, zrelaksowałam i w głębi duszy gdzieś jestem spokojna, uśmiechnięta i zadowolona.
Szczęśliwa, bo do domu coraz bliżej…
Jeszcze tylko 2 i pół godziny do lądowania w Polsce.
Piątek spędziłam w Nairobi. Wylądowałam tam o 11.00 absolutnie pozbawiona tych emocji, ze w Kenii jestem i to takie szczególne doświadczenie. Teraz Kenia jest takim przedsionkiem Europy (gdy lecisz w stronę domu), lub przedsmakiem Afryki (lecąc do Juby). Miasto, które wydawało mi się brudne, ze smogiem, strasznie nie poukładane i ogólnie nie fajne, nabrało nowych barw. Innych odcieni. Bo już nie jest absolutem. Straciło pozycje Afrykańskiego miasta na rzecz Juby. Teraz Nairobi jest mieszańcem. Bękartem ze związku Kenijczyków z Anglikami.
Nairobi tętni jakimś zupełnie innym rytmem niż Juba. Jeździ inaczej (a raczej stoi w korku), rozwija się inaczej (teraz to już nie przyrost ilościowy, zaczynam zauważać, że pojawia się dążenie do przyrostu jakościowego). Nairobi jest fajnym substytutem europy. Pomyślałby kto ? :P
W Nairobi jest wszystko. W Nairobi jest mięso i ser. Nairobi jest poza Afryką.
Z Nairobi poleciałam do Amsterdamu, żeby w końcu zobaczyć to sławne miasto. Siedzę teraz w jakiejś ukrytej przed światem kawiarni i piję kawę z Kongo (nie da się uciec od fascynacji czarnym lądem, przepadłam…). Przyleciałam tu niemiłosiernie wcześnie rano. Zanim wyruszyłam w tournee po miescie, odprowadziłam mojego towarzysza podróży na samolot po uprzednim wypiciu Heinekena. W końcu bycie w Amsterdamie zobowiązuje.
O 9.30 rozpoczęłam mój spacer po mieście. Zaczęłam od piekarni, w której przygotowują kanapki. Kawa, pełnoziarnisty chleb, twarożek, suszone pomidory i pasta z oliwek. Czy istnieje cos piękniejszego? MNIAM. Kocham Europę.
Choć tak naprawdę kocham ją tylko za to jedzenie jak na chwilę obecną. Za łatwość dostępu do wszystkiego czego zapragniesz, że w końcu nie musze walczyć z jakąś obcą kosmiczną siłą, tylko się mogę kawy napić :) Nienawidzę jej za zimno, za deszcz, który mnie tu przywitał, za wiatr, za paskudną ponurą pochmurną pogodę. Nie lubię tego. Wole mój upalik +50 stopni niż -2 :)
Amsterdam poza tym, że przywitał mnie deszczem (no nie miał dobrego wejścia chłopak), to jeszcze jest dzisiaj pełen Szkotów. W Europie bowiem gra się w piłkę nożną i ona budzi dziwne emocje oraz pragnienie podróżowania po świecie w kilcie (tu w przypadku Szkotów). I tak zamiast tych śmiesznych duńskich twarzy, tych wszystkich kolorów, gejów, mieszańców i dziwolągów, widzę tu wciąż i wszędzie różowe ryje wrzeszczących lub bulgocących śmiechem kolesi w skarpetach do kolan i spódniczkach w szkocką kratkę. No nie ukrywam, że lekko mi to mąci obraz. Ale trzeba wziąć głęboki oddech i uciekać od miejsc w których serwują piwo i jointy, bo to właśnie tu gromadzą się te urocze grupy. I tak zeszłam to miasto w kilku różnych kierunkach, marsz przez 4 godziny bez przerwy. Po dobrym śniadaniu (chleb!) wszystko jest do zrobienia. Teraz zawędrowałam w jakiś zaułek, ukryty przed Szkotami. Miejsce pachnące kawą i herbatą, w którym tę kawę i herbatę się sprzedaje, parzy, serwuje i pije z namaszczeniem. Bo kawa może być napojem, który się smakuje. Jak wino. Nauczyłam się tego w Jubie. Nie ma tam miejsca na smakowanie wina, ani innych frykasów. Ale kawę można zaparzyć, można napić się jej o poranku i dodać sobie sił, albo zrelaksować się, albo zapomnieć, albo powspominać przy niej. Kawa może mieć różne smaki. I ma. I uczę się poznawać je :)
Teraz w tym zaułku piję kawę z Kongo i uciekam przed Europą w Europie. Z jednej strony cieszę się, że już tu dotarłam, że tak blisko do domu. Ze są tu sklepy w których jest tyle żółtego sera, że można dostać zawrotu głowy.
A z drugiej – jest zimno, nie ma walki, nie ma wyzwań, wszystko łatwo, wszyscy mili, czuję się bezpiecznie… to chyba nie jest moje naturalne środowisko…
Tak mi się apropos tego sera przypomniało. Nie przypuszczałam, że Holendrzy przykładają taką wagę do jedzenia. Tutaj miejsc w których serwuje się nietypowe w EU smakołyki jest pełno. Sklepy z serem i sklepy z wędlinami i mięsem (wyglądające z daleka jak luksusowe perfumerie) powaliły mnie na kolana. Holendrzy zyskali szacunek w moich oczach. Bo jak ktoś przyklada wagę do tego co je, to wie, że jest się tym co się je :)
Ja jestem wołowiną, w związku z powyższym, bo w Jubie tylko to było dostępne. Ale jestem też ananasem i mango. I pomidorami i ziemniakami…
Czas ruszać w dalszą podróż.
No i przeszłam Amsterdam wzdłuż i wszerz. A przynajmniej centrum i to na tyle na ile starczyło mi nóg. Chodziłam tak do 16.30. zmęczyły się moje nogi bardzo.
Byłam na pięknym ryneczku, taki targ na którym sprzedawane jest wszystko – mydło i powidło (dosłownie), ryby, bakalie, suszone owoce, mięso, warzywa, zioła i kwiaty. Holandia to przeciez kraj kwiatów. Przeszłam przez ten targ w jedną stronę i byłam tak zauroczona tym co zobaczyłam, że po prostu szłam i uśmiechałam się do tych kolorowych, czystych, pachnących straganów. Chciałam kupić kwiaty dla mamy, ale postanowiłam zrobić to w drodze powrotnej i był to błąd, bo w drodze powrotnej nie było już tych kwiatów. Takie życie. Kupiłam mamie tusz do rzęs :)
Po Afrykańskich targowiskach to co zobaczyłam mnie urzekło. Wszystko czyste, wszystko świeże, wszystko piękne. Jak z obrazka. Jak z filmu. I ludzie inni jacyś, jeszcze wszyscy na rowerach. No piękny romantyczny obrazek. Po przejściu przez ten rynek postanowiłam wejść do takiej zwyczajnej nie za pełnej włoskiej knajpki. Wyglądała na taką, w której ludzie po prostu jedzą, a nie turyści się przewalają. I tak rzeczywiście było. Przyszła jakaś para dziadków na pizzę, więc właściciel podszedł do nich, przywitał się, widocznie starzy znajomi. A potem cała obsługa jadła obiad razem przy jednym stole. Była 3 z minutami, więc czas najwyższy na obiad. Naprawdę super sprawa. No i właściciel, mały drobny ale z brzuszkiem – Włoch. Jego angielski zdradzał wszystko. Super miejsce, czuć taką włoską rodzinną atmosferę. Zjadłam sobie makaron, napiłam się stołowego winka w kolorze różowym a na deser spałaszowałam tirami su. I wtedy właśnie dotarło do mnie, że się odprężyłam, zrelaksowałam i w głębi duszy gdzieś jestem spokojna, uśmiechnięta i zadowolona.
Szczęśliwa, bo do domu coraz bliżej…
Jeszcze tylko 2 i pół godziny do lądowania w Polsce.
poniedziałek, 23 marca 2009
Mniammmm
Subskrybuj:
Posty (Atom)