Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2009

Różne foty

 
Pani Project Manager i jej zaktualizowany harmonogram prac


 
Kiwi i Minister Gier Chuang Aluong (aktualnie Minister Spraw Wewnętrznych) wskazują kierunek: Nowy Lepszy Południowy Sudan


 
Burj Dubai - czyli najwyższy budynek swiata. Spory.


 
Jeszcze raz - wieża księżniczki :)


 
A to takie centrum handlowe, tuż obok najdroższego hotelu na swiecie. Madinat.


 
Widok ze sztucznej wyspy w ksztalcie Palmy na hotel Burj-Al-Arab (w ksztalcie zagla).


 
A ja mam psa na desce rozdzielczej. Tylko zdechł...


 
A to Amsterdam, 27 marca 2009...


 
Amsterdamski bicykl w deszczu

 
Samo się przedstawia to zdjęcie.

środa, 24 czerwca 2009

Och męczące te weekendy w Polsce…

Wróciłam do Ziemi Przodków, na Ojcowiznę, do Polski.

No i nie za długo mi zajęło trafienie nad wodę, bo jakoś jestem spragniona wilgoci. Woda i ja to jak ujemne bieguny w magnesie. No nie ma innej opcji – nurkujemy :-)

Nurkowanie to najwyższa forma obcowania z wodą. Nie ma kolejnych stopni wtajemniczenia. Nie ma nic bardziej mokrego niż woda w czasie nurkowania. No nie ma i już!

Pojechałam nad Jezioro Narty z ludkami z Underwater.pl (tu taka mała reklama – jak ktoś chce się zanurzyć, to z nimi, bo to ciekawa mieszanka ludzi… zapraszam na www.underwater.pl ). Dojechałam tam w piątek i męczący weekend rozpoczął się wraz z pierwszym drinkiem.

Bo w Polsce to trzeba pić. Nie pić w Polsce to jak pojechać do Rzymu i nie widzieć Watykanu. Albo jak być w Alpach i nie jeździć na nartach. No po prostu, Polska wódka nie smakuje nigdzie tak dobrze. Żadna wódka nie smakuje nigdzie tak dobrze. A już smak Premium to na Mazurach. Szczególnie, że o smaku Premium przypomina poranny brak kaca.

Tym razem po imprezie kaca nie było – była za to epidemia malarii, bo wszystkich bardzo intensywnie bolały głowy. Poza mną :-) Ja wszakże uodporniona na malarię :-P

Pojechałam na Mazury po to, żeby pozażywać. Głównie wody, ale również powietrza, zieleni, ciszy, ptaków, drzew, chmur. Tej Polskości w czystej formie. I zażywałam ją intensywnie od momentu, w którym wyjechałam poza Warszawę i jadąc drogą nr 58 wprost do Szczytna jechałam pięknymi krętymi drogami, przez wsie i miasteczka i patrzyłam na tę Polską letnią zieleń. W deszczu. Krowy pasące się na łąkach, zboże, które już wyrosło po pas, po pachy. Na lasy, które po deszczu pięknie pachną, szczególnie te sosnowe.

Polska mnie jakoś rozczula ostatnio. Potrafię się najzwyczajniej rozpłakać jadąc drogą pomiędzy dwoma szpalerami topól, widząc zielone łąki lub złote pola i lasy w oddali. Włącza mi się jakiś Weltschmertz czy inna przypadłość, na którą cierpieli znienawidzeni przeze mnie w liceum romantycy (w sensie, że poeci tego okresu). Ale teraz jakoś lepiej ich rozumiem, bo sama na takim niby wygnaniu, choć dobrowolnym.

Jak zacznę pisać wierszem tutaj, to znaczy, że jestem Adam Mickiewicz i tylko patrzeć jak zejdę na gruźlicę…

Mazury, jezioro, w którym raki nocą coś kombinują, okonie podpływają do nieruchomych nurków zaciekawione. Polska jest piękna. A jak ktoś nie wierzy, niech wyjedzie na parę miesięcy i potem wróci tutaj.

Dodatkowo w docenieniu kraju pomaga to, że jestem absolutnie nie-na-bieżąco z polityką i ekonomią tego czcigodnego kraju, więc nic nie psuje mi tego sielankowego obrazu :-)

No ale pojechałam. Miałam zanurkować 2 razy, nurkowałam 5 razy. I uprawnienia po drodze sobie podniosłam.

No i przeżyłam mojego pierwszego nocnego nurka. Ciekawe zjawisko. Śpiące ryby gdzieś na podwodnych łąkach, raki próbujące w tej ciszy odpracować cały dzień na nocną zmianę. I cisza…

Generalnie pod wodą jest dość cicho, ale w nocy ta cisza jest jakaś gęstsza. Bąble wydychanego powietrza są tak głośne jak tir przejeżdżający przed bramą Gumba o 6.00 rano. I płyniesz tak cichutko, żeby tych rybek nie pobudzić, oddychasz szeptem i nawet latarka szeptem świeci. Żeby ciszy nocnej w jeziorze nie zakłócać. Ciekawe zjawisko. Zupełnie inny nurek, z takim posmakiem tajemnicy, bo widzisz tylko tyle ile latarka pozwala Ci zobaczyć i nie wiesz czy ta czerń przed tobą to stok dna, toń jeziora, jakaś podwodna zielenina czy lokalny kuzyn potwora z Loch Ness. A jak masz wyobraźnię, to w ogóle masz dość intensywne wrażenia, bo w nocy w wodzie widać wszystko. Może być piękne to wszystko, albo nie koniecznie. A do tego musisz pamiętać, że jak się ekscytujesz, to hałasujesz bąblami.

Szkoda, że nie da się słowami opisać tego co czuć pod wodą.

Wszystko to co dzieje się wokół ciebie czujesz wszystkimi zmysłami. No może poza węchem. Ale za to wzrok, dotyk, słuch. Wszystko to działa inaczej. A najciekawiej działa zmysł równowagi. Jak zamkniesz oczy i pozwolisz sobie swobodnie dryfować, to na bank w pewnym momencie stracisz poczucie, czy ty już głową w dół, w górę czy na bok.

Nurkowanie jest jak latanie. Tylko lepsze, bo jest co oglądać pod wodą. A mnie na ten przykład ptaki nie fascynują zupełnie. Uważam je za raczej odrażające kreatury. Takie pierzaste śmierdziele srające na szyby samochodów. Co innego rybki. Rybki mają miliony kolorów, tysiące rozmiarów i w ogóle jest ich taka różnorodność, że szok. A oprócz rybek w wodzie są inne kreaturki.

Oprócz rybek w wodzie są nurkowie :-) Nurek to taki ssak, który z braku skrzeli nakupił towaru (na Okopowej ;-p ), założył te kilogramy ołowiu, butle, bajery, pianki i płetwy i wszedł do wody. I stał się czymś pomiędzy rybą a człowiekiem. Nurek to taka zmechanizowana forma syrenki. Nie auta, tylko takiego mitycznego czegoś – pół ryba – pół człowiek. Tylko biusty i torsy nurkowie mają pochowane :-)
Nurek po wyjściu z wody traci swoją rybiość. Zaczyna powoli podsychać, aż wyschnie tak bardzo, że musi wejść pod wodę koniecznie raz jeszcze, żeby skorzystać z tego swojego drugiego ja, pozwolić swojej schizofrenicznej, drugiej, rybiej osobowości pobyć przez chwilę tą siłą wiodącą.

Tylko choroba psychiczna może bowiem zmusić do nurkowania w 14 stopniowej wodzie, 5 razy w ciągu weekendu, w niedoschniętym i lodowatym sprzęcie. I tylko choroba psychiczna może powodować, że czujesz RADOŚĆ po zmarznięciu na kość.

Podsumowując – chora psychicznie Kiwi (której się wydaje czasem, że jest rybą) wzrusza się na widok pola pszenicy…

Ktoś zna lekarstwo na taką chorobę?

wtorek, 31 marca 2009

Podróż do domu

Wyruszyłam na spotkanie z moja dawną znajomą, Europą.

Piątek spędziłam w Nairobi. Wylądowałam tam o 11.00 absolutnie pozbawiona tych emocji, ze w Kenii jestem i to takie szczególne doświadczenie. Teraz Kenia jest takim przedsionkiem Europy (gdy lecisz w stronę domu), lub przedsmakiem Afryki (lecąc do Juby). Miasto, które wydawało mi się brudne, ze smogiem, strasznie nie poukładane i ogólnie nie fajne, nabrało nowych barw. Innych odcieni. Bo już nie jest absolutem. Straciło pozycje Afrykańskiego miasta na rzecz Juby. Teraz Nairobi jest mieszańcem. Bękartem ze związku Kenijczyków z Anglikami.

Nairobi tętni jakimś zupełnie innym rytmem niż Juba. Jeździ inaczej (a raczej stoi w korku), rozwija się inaczej (teraz to już nie przyrost ilościowy, zaczynam zauważać, że pojawia się dążenie do przyrostu jakościowego). Nairobi jest fajnym substytutem europy. Pomyślałby kto ? :P

W Nairobi jest wszystko. W Nairobi jest mięso i ser. Nairobi jest poza Afryką.
Z Nairobi poleciałam do Amsterdamu, żeby w końcu zobaczyć to sławne miasto. Siedzę teraz w jakiejś ukrytej przed światem kawiarni i piję kawę z Kongo (nie da się uciec od fascynacji czarnym lądem, przepadłam…). Przyleciałam tu niemiłosiernie wcześnie rano. Zanim wyruszyłam w tournee po miescie, odprowadziłam mojego towarzysza podróży na samolot po uprzednim wypiciu Heinekena. W końcu bycie w Amsterdamie zobowiązuje.
O 9.30 rozpoczęłam mój spacer po mieście. Zaczęłam od piekarni, w której przygotowują kanapki. Kawa, pełnoziarnisty chleb, twarożek, suszone pomidory i pasta z oliwek. Czy istnieje cos piękniejszego? MNIAM. Kocham Europę.

Choć tak naprawdę kocham ją tylko za to jedzenie jak na chwilę obecną. Za łatwość dostępu do wszystkiego czego zapragniesz, że w końcu nie musze walczyć z jakąś obcą kosmiczną siłą, tylko się mogę kawy napić :) Nienawidzę jej za zimno, za deszcz, który mnie tu przywitał, za wiatr, za paskudną ponurą pochmurną pogodę. Nie lubię tego. Wole mój upalik +50 stopni niż -2 :)

Amsterdam poza tym, że przywitał mnie deszczem (no nie miał dobrego wejścia chłopak), to jeszcze jest dzisiaj pełen Szkotów. W Europie bowiem gra się w piłkę nożną i ona budzi dziwne emocje oraz pragnienie podróżowania po świecie w kilcie (tu w przypadku Szkotów). I tak zamiast tych śmiesznych duńskich twarzy, tych wszystkich kolorów, gejów, mieszańców i dziwolągów, widzę tu wciąż i wszędzie różowe ryje wrzeszczących lub bulgocących śmiechem kolesi w skarpetach do kolan i spódniczkach w szkocką kratkę. No nie ukrywam, że lekko mi to mąci obraz. Ale trzeba wziąć głęboki oddech i uciekać od miejsc w których serwują piwo i jointy, bo to właśnie tu gromadzą się te urocze grupy. I tak zeszłam to miasto w kilku różnych kierunkach, marsz przez 4 godziny bez przerwy. Po dobrym śniadaniu (chleb!) wszystko jest do zrobienia. Teraz zawędrowałam w jakiś zaułek, ukryty przed Szkotami. Miejsce pachnące kawą i herbatą, w którym tę kawę i herbatę się sprzedaje, parzy, serwuje i pije z namaszczeniem. Bo kawa może być napojem, który się smakuje. Jak wino. Nauczyłam się tego w Jubie. Nie ma tam miejsca na smakowanie wina, ani innych frykasów. Ale kawę można zaparzyć, można napić się jej o poranku i dodać sobie sił, albo zrelaksować się, albo zapomnieć, albo powspominać przy niej. Kawa może mieć różne smaki. I ma. I uczę się poznawać je :)

Teraz w tym zaułku piję kawę z Kongo i uciekam przed Europą w Europie. Z jednej strony cieszę się, że już tu dotarłam, że tak blisko do domu. Ze są tu sklepy w których jest tyle żółtego sera, że można dostać zawrotu głowy.
A z drugiej – jest zimno, nie ma walki, nie ma wyzwań, wszystko łatwo, wszyscy mili, czuję się bezpiecznie… to chyba nie jest moje naturalne środowisko…
Tak mi się apropos tego sera przypomniało. Nie przypuszczałam, że Holendrzy przykładają taką wagę do jedzenia. Tutaj miejsc w których serwuje się nietypowe w EU smakołyki jest pełno. Sklepy z serem i sklepy z wędlinami i mięsem (wyglądające z daleka jak luksusowe perfumerie) powaliły mnie na kolana. Holendrzy zyskali szacunek w moich oczach. Bo jak ktoś przyklada wagę do tego co je, to wie, że jest się tym co się je :)

Ja jestem wołowiną, w związku z powyższym, bo w Jubie tylko to było dostępne. Ale jestem też ananasem i mango. I pomidorami i ziemniakami…
Czas ruszać w dalszą podróż.

No i przeszłam Amsterdam wzdłuż i wszerz. A przynajmniej centrum i to na tyle na ile starczyło mi nóg. Chodziłam tak do 16.30. zmęczyły się moje nogi bardzo.
Byłam na pięknym ryneczku, taki targ na którym sprzedawane jest wszystko – mydło i powidło (dosłownie), ryby, bakalie, suszone owoce, mięso, warzywa, zioła i kwiaty. Holandia to przeciez kraj kwiatów. Przeszłam przez ten targ w jedną stronę i byłam tak zauroczona tym co zobaczyłam, że po prostu szłam i uśmiechałam się do tych kolorowych, czystych, pachnących straganów. Chciałam kupić kwiaty dla mamy, ale postanowiłam zrobić to w drodze powrotnej i był to błąd, bo w drodze powrotnej nie było już tych kwiatów. Takie życie. Kupiłam mamie tusz do rzęs :)

Po Afrykańskich targowiskach to co zobaczyłam mnie urzekło. Wszystko czyste, wszystko świeże, wszystko piękne. Jak z obrazka. Jak z filmu. I ludzie inni jacyś, jeszcze wszyscy na rowerach. No piękny romantyczny obrazek. Po przejściu przez ten rynek postanowiłam wejść do takiej zwyczajnej nie za pełnej włoskiej knajpki. Wyglądała na taką, w której ludzie po prostu jedzą, a nie turyści się przewalają. I tak rzeczywiście było. Przyszła jakaś para dziadków na pizzę, więc właściciel podszedł do nich, przywitał się, widocznie starzy znajomi. A potem cała obsługa jadła obiad razem przy jednym stole. Była 3 z minutami, więc czas najwyższy na obiad. Naprawdę super sprawa. No i właściciel, mały drobny ale z brzuszkiem – Włoch. Jego angielski zdradzał wszystko. Super miejsce, czuć taką włoską rodzinną atmosferę. Zjadłam sobie makaron, napiłam się stołowego winka w kolorze różowym a na deser spałaszowałam tirami su. I wtedy właśnie dotarło do mnie, że się odprężyłam, zrelaksowałam i w głębi duszy gdzieś jestem spokojna, uśmiechnięta i zadowolona.
Szczęśliwa, bo do domu coraz bliżej…

Jeszcze tylko 2 i pół godziny do lądowania w Polsce.