„Upadek stereotypów”
Afryka otwiera oczy na bardzo wiele rzeczy. Przebywanie tutaj zmienia zupełnie perspektywy i postrzeganie świata. Nie tylko tego, który aktualnie mnie otacza, ale również Świata jako ogółu.
Pierwszy bastion europejskiego zabobonizmu, wtłoczony do mojej głowy przez media i amerykańską propagandę (jak również pro-amerykańską lokalną propagandę w Polsce – kraju tak zamerykanizowanym i kochającym USA, że gdyby można było, dokleilibyśmy gwiazdki do naszej flagi), upadł gdy zetknęłam się ze społecznością arabską licznie reprezentowaną w Sudanie. Szczególnie przez Libańczyków.
Beirut – jako miasto, o którym wiemy tylko tyle, że jest siedzibą ekstremistów pod wodzą Homeiniego, z którego wystrzeliwuje się pociski wykierowane w biedny Izrael (naszego sojusznika w walce z wszechobecnym złem, którego źródło leży w roponośnych krajach Bliskiego Wschodu), okazał się być piękną (na razie tylko na zdjęciach) stolicą bogatego kulturowo i obyczajowo Libanu, który jak każde państwo ma swoje wewnętrzne problemy a do tego leży przypadkowo na „osi zła”. Libańczycy są zaś równie terrorystycznie nastawieni do świata co Polacy i Papuasi. Spoglądanie na nich przez pryzmat ekstremistów byłoby równie niewłaściwie co nazywanie wszystkich Polaków poplecznikami Rydzyka przyodzianymi w moherowe beretki.
Podobnie z resztą było z upadkiem kolejnego muzułmańskiego (czytaj: terrorystycznego) stereotypu – Dubaju i tych najprawdziwszych arabów z krwi i kości, ubranych w białe podomki, z ręcznikami na głowie. Moje pierwsze interakcje z tymi ludźmi podszyte były strachem, niepokojem jakimś, nieufnością i kołaczącym się gdzieś w tle sygnałem ostrzegawczym. Tak głęboko zakorzenione przeświadczenie o naszej zachodniej wyższości nad wszystkimi innymi nacjami wręcz mnie przeraziło. Bo szanowni rodacy – nie możemy się niestety nawet równać z tymi ludźmi pod kątem pomysłowości w robieniu kasy, w przewidywaniu, w wizjonerstwie. Oczywiście wszystko to ma swoje korzenie w polach naftowych, które w Polsce nie zakwitły, ale ta dyscyplina, uporządkowanie, dobrze zorganizowana mentalność jest godna pozazdroszczenia i niewątpliwie nie do osiągnięcia przez nasz ciekawie zdezorganizowany i ociężały naród.
środa, 23 września 2009
piątek, 18 września 2009
Wakacji nadszedł czas!
Kiwi wyrusza na swoją pierwszą podróż do Azji (bo Dubaju jako Azji nie liczę, choć chyba geograficznie powinnam, ale jedyna azjatyckość tego miejsca przejawia się w postaci setek Filipińczyków i innych żółtych kurdupli). Toteż Dubaju nie liczę.
Lecę wprost z Afrykańskiego serca ciemności (no, prawie) do Azjatyckiego punktu G, bo do Bangkoku. I mimo, że staram się wtłoczyć do swojego umysłu jak najwięcej informacji o tej części świata, nic nie przemawia do mnie tak barwnie jak wizja wystrzałowych mięśni Kegla :) Na hasło Bangkok widzę rozchylone uda i wyskakujące spomiędzy nich obłe przedmioty. Mam nadzieję, że moja wizja Azji się odmieni z lekka.
Poza Bangkokiem mam w planach 10 dni słodkiego nic-nieróbstwa połączonego z przebywaniem pod wodą w ilościach graniczących z chorobą umysłową. Znaczy – nurkować jadę. Nurkować jadę na Bali, ale już sobie postanowiłam, że następna wycieczka do Azji to Phuket i Kambodża… O ile będziemy się podobało tym razem.
No ale ale – wracamy do sedna sprawy.
3. października 2009 o godzinie 13.30 (o ile Ethiopian Airlines postanowią wyjątkowo się nie spóźnić) lecę z Juby (Sudan) do Addis Abeba. Tam tradycyjna wycieczka na Injerę lub do Sheratona na ciastko, powrót na lotnisko i wylot o północy z Addis Abeba do Bangkoku (znów widzę te uda rozchylone!). Jeden dzień orientacyjno zapoznawczy z Bangkokiem i wylot na Bali. A tam jak wszyscy wiemy – NURY, impry, plaża, masaże i drinki z palemką. Nic innego nie przewiduję. Czyste lenistwo w najbardziej prymitywnej formie okraszone tylko zejściami w wodne czeluście. Żadnego zwiedzania, podróżowania, wysilania się, myślenia czy odbierania telefonów (jak BB będzie działać, to się zaszczelę :) ). NIC! I tak przez 10 dni.
Potem powrót do Bangkoku na 4 i pół dnia. I tutaj zacznie się szał. Na liście do zobaczenia, przeżycia, poczucia lub w ogóle doświadczenia mam już:
1. Sto milionów pomników i świątyń Buddy i inne jakieś azjatyckie budowle.
2. OWOCE MORZA – co najmniej pół tony
3. Tajski masaż i inne formy relaksacji połączonej z pielęgnacją ciała
4. Ping-pong szoł – czyli te uda rozchylone
5. Co najmniej jedna wycieczka za Bangkok gdzieś dalej, żeby sobie zobaczyć przez okno pociągu jak wygląda lajf w Azji, np. w porównaniu z Afryką
6. Pływający market gdzieś tam ;-)
7. ZAKUPY – ciuchy, pierdoły, bajery, jedwabie, kamienie półszlachetne, PRZYPRAWY, buddy małe i duże, świeczki, kadzidła i lampiony. I wszystko inne co się może spodobać lub w łapy wpaść.
8. JEDZENIE inne niż owoce morza – drugie pół tony :)
9. Zwierzęta w formie naturalnej, albo w jakimś parku, albo w formie mniej naturalnej.
Z tego wynika, że musze co najmniej 2 rzeczy dziennie robić :) to będzie czelendżujące :)
Ale Państwo Drodzy!
Zwracam się z apelem do was – mówcie mi tu szybko lub piszcie (ekijewska@gmail.com), co warto zobaczyć, zrobić lub wogle-gogle, jak już będę tam daleko, daleko tam.
Czekam na wszystkie możliwe sugestie wraz z instrukcją obsługi (gdzie, jak, z kim i za ile).
CZEKAM!
Lecę wprost z Afrykańskiego serca ciemności (no, prawie) do Azjatyckiego punktu G, bo do Bangkoku. I mimo, że staram się wtłoczyć do swojego umysłu jak najwięcej informacji o tej części świata, nic nie przemawia do mnie tak barwnie jak wizja wystrzałowych mięśni Kegla :) Na hasło Bangkok widzę rozchylone uda i wyskakujące spomiędzy nich obłe przedmioty. Mam nadzieję, że moja wizja Azji się odmieni z lekka.
Poza Bangkokiem mam w planach 10 dni słodkiego nic-nieróbstwa połączonego z przebywaniem pod wodą w ilościach graniczących z chorobą umysłową. Znaczy – nurkować jadę. Nurkować jadę na Bali, ale już sobie postanowiłam, że następna wycieczka do Azji to Phuket i Kambodża… O ile będziemy się podobało tym razem.
No ale ale – wracamy do sedna sprawy.
3. października 2009 o godzinie 13.30 (o ile Ethiopian Airlines postanowią wyjątkowo się nie spóźnić) lecę z Juby (Sudan) do Addis Abeba. Tam tradycyjna wycieczka na Injerę lub do Sheratona na ciastko, powrót na lotnisko i wylot o północy z Addis Abeba do Bangkoku (znów widzę te uda rozchylone!). Jeden dzień orientacyjno zapoznawczy z Bangkokiem i wylot na Bali. A tam jak wszyscy wiemy – NURY, impry, plaża, masaże i drinki z palemką. Nic innego nie przewiduję. Czyste lenistwo w najbardziej prymitywnej formie okraszone tylko zejściami w wodne czeluście. Żadnego zwiedzania, podróżowania, wysilania się, myślenia czy odbierania telefonów (jak BB będzie działać, to się zaszczelę :) ). NIC! I tak przez 10 dni.
Potem powrót do Bangkoku na 4 i pół dnia. I tutaj zacznie się szał. Na liście do zobaczenia, przeżycia, poczucia lub w ogóle doświadczenia mam już:
1. Sto milionów pomników i świątyń Buddy i inne jakieś azjatyckie budowle.
2. OWOCE MORZA – co najmniej pół tony
3. Tajski masaż i inne formy relaksacji połączonej z pielęgnacją ciała
4. Ping-pong szoł – czyli te uda rozchylone
5. Co najmniej jedna wycieczka za Bangkok gdzieś dalej, żeby sobie zobaczyć przez okno pociągu jak wygląda lajf w Azji, np. w porównaniu z Afryką
6. Pływający market gdzieś tam ;-)
7. ZAKUPY – ciuchy, pierdoły, bajery, jedwabie, kamienie półszlachetne, PRZYPRAWY, buddy małe i duże, świeczki, kadzidła i lampiony. I wszystko inne co się może spodobać lub w łapy wpaść.
8. JEDZENIE inne niż owoce morza – drugie pół tony :)
9. Zwierzęta w formie naturalnej, albo w jakimś parku, albo w formie mniej naturalnej.
Z tego wynika, że musze co najmniej 2 rzeczy dziennie robić :) to będzie czelendżujące :)
Ale Państwo Drodzy!
Zwracam się z apelem do was – mówcie mi tu szybko lub piszcie (ekijewska@gmail.com), co warto zobaczyć, zrobić lub wogle-gogle, jak już będę tam daleko, daleko tam.
Czekam na wszystkie możliwe sugestie wraz z instrukcją obsługi (gdzie, jak, z kim i za ile).
CZEKAM!
poniedziałek, 14 września 2009
Back 2 the Bank
Dawno nie odwiedzałam banku. Z pół roku będzie:) jak była z nami Ola, to świat był piękny i prosty, Ola stawała w kolejce, szczerzyła zęby i mrużyła oczy zalotnie.
Ja w tym czasie mogłam oddawać sie innym zupełnie niezbędnym czynnościom.
Skończyły sie czasy prosperity:) Ola wyjechała, w Bulok Branch padł system i wszyscy dzisiaj stoją w kolejce w Juba Branch. W chuj ludzi. Kolejka długa jak amazońska anakonda tylko w bankowym wydaniu. Albo jak tory kolei transsyberyjska. Albo mur chiński. Albo cos innego długiego i w sumie prawie nieruchomego.
No i ja stoję. Nuda sześcienna. Wszystko sie tu poci i śmierdzi, a ja wraz ze wszystkim.
W takich chwilach człowiek zastanawia sie jak to jest możliwe, ze w tym kamieniu łupanym, w tym mega-ciemnogrodzie, w tej szczytowej formie dezorganizacji cos takiego jak ten bank może w ogóle funkcjonować. Jak to możliwe, ze w tym syfie, pocie i smrodzie ludzie przemaglowywują tysiące, miliony dolarów. I ze to jeszcze nie splajtowało.
Taka afrykańska syfiastość, powolność i rozlazłość wychodzi tu z każdego rogu. Ludzie, którzy chyba dopiero z drzew poschodzili, bo nawet w przyzwoita kolejkę nie umieją sie ustawić, nie mówiąc o jakiejś potrzebie zachowania porządku czy tez uznania czyjegoś pierwszeństwa przed tobą z tytułu odstania juz swojego czasu w tym parszywym ogonku, który na swojej długości z każda minuta dorabia sie jakiś pobocznych narośli.
Ale to klienci. Oni nie mają czasu, wiec łokcie w ruch i dzida do przodu. Wszystko zrozumiale.
Nasuwa sie tylko pytanie - co za patałach zarządza tym bankiem. Co z niego za gudłaj :)
Dlaczego w klitce 3x2 usilnie próbuje zmieścić kasy, przelewy, corporate banking a nawet cos tak prestiżowego jak private banking (na private banking wyznaczona jest szklana kanciapa wielkości budki telefonicznej).
Do każdego bankiera, a właściwie urzędnika bankowego, tłoczy sie kilkanaście osób, i żeby zmniejszyć swoja wydajność pan-bankowiec obsługuje wszystkich na raz, wiec tak naprawdę w sumie nikogo dobrze. Twoje informacje finansowe dostępne są dla 13 innych osób, których informacje dostępne są dla ciebie. Od razu wiesz czy twój sąsiad w tym tłumie ma konto puste czy pełne, i jak pełne, to do jakiego stopnia i w jakiej walucie.
Oczywiście stan konta na drodze oficjalnej może otrzymać tylko osoba upoważniona - i na drodze oficjalnej oznacza tutaj skrawek papieru z nagryzmolonymi cyferkami. Natomiast monitory odwrócone w połowie do klientów mówią same za siebie.
Pełna transparentność. Nic sie nie da ukryć.
Ale to jeszcze nie "the end".
W Juba Branch są aż cale 3 okienka kasowe, w tym w jednym z nich jest western union, wiec tak na prawdę działają tylko 2. Jedno z tych 2 jest okienkiem pierwszeństwa dla takich, co chcą zdeponować czek, a nie go zrealizować, wiec co jakiś czas mamy do czynienia z jednym okienkiem. W dodatku w tym okienku zazwyczaj siedzą 2 osoby, których głównym zainteresowaniem jest prowadzenie ze sobą pogłębionej konwersacji, a wiec ta kolejka-mur chiński utwierdza sie w swojej murowości i ani drgnie.
A to wszystko jest dzisiaj udekorowane pięknym, powtarzanym niczym hasło nadchodzących wyborów parlamentarnych, stwierdzeniem "system is down", co oznacza ze wszystko, co sie dzisiaj odbywa ma spowolnione tempo. Spowolnione do granic bólu. Wszystko robi sie tu dzisiaj manualnie, pisemnie, w zeszytach i na karteluszkach. Wszystko trwa wiecznie (mimo, ze niebezpiecznie jest myśleć ze cokolwiek trwa wiecznie). W juba branch czas tez postanowił, ze pierdoli nie robi i sie zatrzymał. Szkoda tylko, ze za drzwiami pędzi juz w całkiem normalnym tempie.
Szkoda, ze nie widzicie jak pan na nienazwanym stoisku chyba przelewów trzyma w zębach plik bardzo ważnych dokumentów, z czekiem na wierzchu. Chcecie wiedzieć, jaka jest kwota na czeku? Niech no sie przyjrzę się...
Kolejka nawet odrobinę drgnęła. Jeszcze tylko 6425562 osoby przede mną.
Chyba będę kończyć, bo mi wszystko opada, poza adrenalina...
Ja w tym czasie mogłam oddawać sie innym zupełnie niezbędnym czynnościom.
Skończyły sie czasy prosperity:) Ola wyjechała, w Bulok Branch padł system i wszyscy dzisiaj stoją w kolejce w Juba Branch. W chuj ludzi. Kolejka długa jak amazońska anakonda tylko w bankowym wydaniu. Albo jak tory kolei transsyberyjska. Albo mur chiński. Albo cos innego długiego i w sumie prawie nieruchomego.
No i ja stoję. Nuda sześcienna. Wszystko sie tu poci i śmierdzi, a ja wraz ze wszystkim.
W takich chwilach człowiek zastanawia sie jak to jest możliwe, ze w tym kamieniu łupanym, w tym mega-ciemnogrodzie, w tej szczytowej formie dezorganizacji cos takiego jak ten bank może w ogóle funkcjonować. Jak to możliwe, ze w tym syfie, pocie i smrodzie ludzie przemaglowywują tysiące, miliony dolarów. I ze to jeszcze nie splajtowało.
Taka afrykańska syfiastość, powolność i rozlazłość wychodzi tu z każdego rogu. Ludzie, którzy chyba dopiero z drzew poschodzili, bo nawet w przyzwoita kolejkę nie umieją sie ustawić, nie mówiąc o jakiejś potrzebie zachowania porządku czy tez uznania czyjegoś pierwszeństwa przed tobą z tytułu odstania juz swojego czasu w tym parszywym ogonku, który na swojej długości z każda minuta dorabia sie jakiś pobocznych narośli.
Ale to klienci. Oni nie mają czasu, wiec łokcie w ruch i dzida do przodu. Wszystko zrozumiale.
Nasuwa sie tylko pytanie - co za patałach zarządza tym bankiem. Co z niego za gudłaj :)
Dlaczego w klitce 3x2 usilnie próbuje zmieścić kasy, przelewy, corporate banking a nawet cos tak prestiżowego jak private banking (na private banking wyznaczona jest szklana kanciapa wielkości budki telefonicznej).
Do każdego bankiera, a właściwie urzędnika bankowego, tłoczy sie kilkanaście osób, i żeby zmniejszyć swoja wydajność pan-bankowiec obsługuje wszystkich na raz, wiec tak naprawdę w sumie nikogo dobrze. Twoje informacje finansowe dostępne są dla 13 innych osób, których informacje dostępne są dla ciebie. Od razu wiesz czy twój sąsiad w tym tłumie ma konto puste czy pełne, i jak pełne, to do jakiego stopnia i w jakiej walucie.
Oczywiście stan konta na drodze oficjalnej może otrzymać tylko osoba upoważniona - i na drodze oficjalnej oznacza tutaj skrawek papieru z nagryzmolonymi cyferkami. Natomiast monitory odwrócone w połowie do klientów mówią same za siebie.
Pełna transparentność. Nic sie nie da ukryć.
Ale to jeszcze nie "the end".
W Juba Branch są aż cale 3 okienka kasowe, w tym w jednym z nich jest western union, wiec tak na prawdę działają tylko 2. Jedno z tych 2 jest okienkiem pierwszeństwa dla takich, co chcą zdeponować czek, a nie go zrealizować, wiec co jakiś czas mamy do czynienia z jednym okienkiem. W dodatku w tym okienku zazwyczaj siedzą 2 osoby, których głównym zainteresowaniem jest prowadzenie ze sobą pogłębionej konwersacji, a wiec ta kolejka-mur chiński utwierdza sie w swojej murowości i ani drgnie.
A to wszystko jest dzisiaj udekorowane pięknym, powtarzanym niczym hasło nadchodzących wyborów parlamentarnych, stwierdzeniem "system is down", co oznacza ze wszystko, co sie dzisiaj odbywa ma spowolnione tempo. Spowolnione do granic bólu. Wszystko robi sie tu dzisiaj manualnie, pisemnie, w zeszytach i na karteluszkach. Wszystko trwa wiecznie (mimo, ze niebezpiecznie jest myśleć ze cokolwiek trwa wiecznie). W juba branch czas tez postanowił, ze pierdoli nie robi i sie zatrzymał. Szkoda tylko, ze za drzwiami pędzi juz w całkiem normalnym tempie.
Szkoda, ze nie widzicie jak pan na nienazwanym stoisku chyba przelewów trzyma w zębach plik bardzo ważnych dokumentów, z czekiem na wierzchu. Chcecie wiedzieć, jaka jest kwota na czeku? Niech no sie przyjrzę się...
Kolejka nawet odrobinę drgnęła. Jeszcze tylko 6425562 osoby przede mną.
Chyba będę kończyć, bo mi wszystko opada, poza adrenalina...
poniedziałek, 7 września 2009
United States of Southern Sudan
Niedzielne popołudnie, margherita sączona przez słomkę, ciemne okulary i leżak przy brzegu basenu.
W tle jakieś amerykańsko-red-neckie przeboje na zmiane z muzyką country. W basenie podstarzali kolesie pijący whisky i palący cygara, lub nie palący, bo im szkodzi. Wszyscy z zadupiastym amerykańskim akcentem przechwalają się swoimi poczynaniami w czasach zimnej wojny. Wszyscy oni – bohaterowie, sławni Marines albo inni Air Forces.
Kobiety z odpowiednimi wałkami tu i ówdzie. Wywyższające się ze względu na swą amerykańskość. Patronizująco poklepujące barmanów po ramionach wypowiadając jednocześnie zdania „oh, nie ma virgin bloody marry? mój drogi, trzeba było powiedzieć, ja mam tysiące litrów soku pomidorowego”. Lub patrzące na mnie wymownym spojrzeniem "biedna dziewczyna z biednej Europy wschodniej, pewnie komunistka albo katoliczka, fe"
Rozmowy w stylu: „Ohhh, jesteś z Polski? A co wiesz o Czechosłowacji?” lub „Jesteś z Polski – zdrastwujcie (czy jak to tam po rosyjsku by było)”.
Poor girl from Poland, what does she know?
Wie wiecej o Czechosłowacji niż wy i niż wy wiecie o Kanadzie czy Meksyku! Wie, że jej już nie ma. I nie mówi po Rosyjsku!
W niedzielę byłam w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. A właściwie na ich eksterytorialnym terytorium w Południowym Sudanie. W miejscu, w którym czas zatrzymał się gdzieś w latach 60-tych, podobnie jak rozwój intelektualny większości mieszkańców. W miejscu, które wygląda jak wspomnienie starych dobrych czasów, ale raczej wyblakłe i pożółkłe, jakieś zniszczone i sterane. I bardzo niechlujne.
Mimo, ze nie trzeba było wizy, ani nie dawali stempelka, security było jak na lotnisku, zaglądali nawet w dziurki od nosa!
Biedni, chorzy Amerykanie-Megalomanie…
W tle jakieś amerykańsko-red-neckie przeboje na zmiane z muzyką country. W basenie podstarzali kolesie pijący whisky i palący cygara, lub nie palący, bo im szkodzi. Wszyscy z zadupiastym amerykańskim akcentem przechwalają się swoimi poczynaniami w czasach zimnej wojny. Wszyscy oni – bohaterowie, sławni Marines albo inni Air Forces.
Kobiety z odpowiednimi wałkami tu i ówdzie. Wywyższające się ze względu na swą amerykańskość. Patronizująco poklepujące barmanów po ramionach wypowiadając jednocześnie zdania „oh, nie ma virgin bloody marry? mój drogi, trzeba było powiedzieć, ja mam tysiące litrów soku pomidorowego”. Lub patrzące na mnie wymownym spojrzeniem "biedna dziewczyna z biednej Europy wschodniej, pewnie komunistka albo katoliczka, fe"
Rozmowy w stylu: „Ohhh, jesteś z Polski? A co wiesz o Czechosłowacji?” lub „Jesteś z Polski – zdrastwujcie (czy jak to tam po rosyjsku by było)”.
Poor girl from Poland, what does she know?
Wie wiecej o Czechosłowacji niż wy i niż wy wiecie o Kanadzie czy Meksyku! Wie, że jej już nie ma. I nie mówi po Rosyjsku!
W niedzielę byłam w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. A właściwie na ich eksterytorialnym terytorium w Południowym Sudanie. W miejscu, w którym czas zatrzymał się gdzieś w latach 60-tych, podobnie jak rozwój intelektualny większości mieszkańców. W miejscu, które wygląda jak wspomnienie starych dobrych czasów, ale raczej wyblakłe i pożółkłe, jakieś zniszczone i sterane. I bardzo niechlujne.
Mimo, ze nie trzeba było wizy, ani nie dawali stempelka, security było jak na lotnisku, zaglądali nawet w dziurki od nosa!
Biedni, chorzy Amerykanie-Megalomanie…
środa, 2 września 2009
Olaboga!
Dawno nie latałam samolotem i mi się nie nudziło, toteż dawno nie pisałam :) Ale oto jestem, wracam, już piszę piszę piszę…
Od czego by tu zacząć. A może, że jakiś czas temu w nudną sobotę (jedyną do tej pory w którą nie było baletu), podczas gry w kości z niejakim Maćkiem Trawką (w które parszywie mnie ograł, świnia), dostałam prezent…
Jest na naszej pięknej budowie dużo ludzi, wszelakich rodzajów. Ludzie Ci są rozmaici, a wśród rozmaitych są i egzemplarze ciekawe. Przykładem jest Peter Wamoya. Taki sympatyczny murzyński kurdupel (bo mojego wzrostu i w porównaniu z większością lokalesów, którzy mają po 12398702039m wzrostu wypada blado :p), jak się koleś kiedyś obnażył w pełnym słońcu od pasa w górę i jego czarne ciałko lśniło od potu, i dźwigał jakieś kawałki szalunków, to wyglądał… apetycznie. Ale nie o tym, nie o tym… Peterowi bardzo się podobają białe dupcie, co ja, Ola i Iwona odczułyśmy już. Ja kiedyś dostałam od niego miłosny list w którym współczuł mi jakie to moje życie musi być trudne, a do tego to „unfavourable sunshine”… ubaw po pachy. No a ostatnio Peter dostał promocję, to znaczy został promowany i ze stanowiska „helper” awansował na stanowisko „formwork Carpenter”, i podwyżkę dostał, o jakieś 30% (moim zdaniem całkiem miło z mojej strony, ze aż tyle tej podwyżki mu dałam). No i Peter w końcu upolował moment, w którym byłam w kampie w sobotnią noc i przyszedł. Przyszedł z… tortem. W podziękowaniu za podwyżkę i awans.
Aż się człowiekowi ciepło na duszy robi i chciałoby się więcej ich promować. Szkoda tylko, że się nie da, bo większość jednak elokwencją nie odstaje od przeciętnie inteligentnego kubka na kawę :P Straszna jestem, nie?
No ale jak można inaczej, jak się w czwartkową noc walczy z pompą do betonu ponieważ pan operator, najlepiej opłacany robotnik na budowie, zapomniał wlać do pompy beton, a jak mu się przypomniało, to coś się zapchało i pompa się zabetonowała i trzeba było ją rozłożyć na części a potem rozkuć… Naprawdę zajebista impreza :P
taki lajf afrykański
Od czego by tu zacząć. A może, że jakiś czas temu w nudną sobotę (jedyną do tej pory w którą nie było baletu), podczas gry w kości z niejakim Maćkiem Trawką (w które parszywie mnie ograł, świnia), dostałam prezent…
Jest na naszej pięknej budowie dużo ludzi, wszelakich rodzajów. Ludzie Ci są rozmaici, a wśród rozmaitych są i egzemplarze ciekawe. Przykładem jest Peter Wamoya. Taki sympatyczny murzyński kurdupel (bo mojego wzrostu i w porównaniu z większością lokalesów, którzy mają po 12398702039m wzrostu wypada blado :p), jak się koleś kiedyś obnażył w pełnym słońcu od pasa w górę i jego czarne ciałko lśniło od potu, i dźwigał jakieś kawałki szalunków, to wyglądał… apetycznie. Ale nie o tym, nie o tym… Peterowi bardzo się podobają białe dupcie, co ja, Ola i Iwona odczułyśmy już. Ja kiedyś dostałam od niego miłosny list w którym współczuł mi jakie to moje życie musi być trudne, a do tego to „unfavourable sunshine”… ubaw po pachy. No a ostatnio Peter dostał promocję, to znaczy został promowany i ze stanowiska „helper” awansował na stanowisko „formwork Carpenter”, i podwyżkę dostał, o jakieś 30% (moim zdaniem całkiem miło z mojej strony, ze aż tyle tej podwyżki mu dałam). No i Peter w końcu upolował moment, w którym byłam w kampie w sobotnią noc i przyszedł. Przyszedł z… tortem. W podziękowaniu za podwyżkę i awans.
Aż się człowiekowi ciepło na duszy robi i chciałoby się więcej ich promować. Szkoda tylko, że się nie da, bo większość jednak elokwencją nie odstaje od przeciętnie inteligentnego kubka na kawę :P Straszna jestem, nie?
No ale jak można inaczej, jak się w czwartkową noc walczy z pompą do betonu ponieważ pan operator, najlepiej opłacany robotnik na budowie, zapomniał wlać do pompy beton, a jak mu się przypomniało, to coś się zapchało i pompa się zabetonowała i trzeba było ją rozłożyć na części a potem rozkuć… Naprawdę zajebista impreza :P
taki lajf afrykański
czwartek, 13 sierpnia 2009
Kiwi na ścieżce do szczęścia
Oto gry plan.
(Naczytałam się bowiem książek wszelakich o pogoni za pasją, o dążeniu do perfekcjonizmu, o podążaniu do celu wybraną przez siebie ścieżką i o wewnętrznym sukcesie.)
1. Chciałabym być dobrym liderem
Znam takiego gościa, który wkurza mnie do bólu, potrafi doprowadzić mnie do stanu, w którym chciałabym usiąść i płakać nad swoją niezaradnością. Ale robi to w taki sposób, że zamiast siadać i płakać, myślę sobie „ja Ci pokaże!”. No i właśnie zaczynam drogę w stronę pokazywania.
Gościu ów podarował mi książkę, którą polecam wszystkim adeptom trudnej sztuki zarządzania ludźmi. Książka „Shackleton’s Way” autorstwa pań Margot Morrell i Stephanie Capparell. Nie wiem jak brzmi polski tytuł. Książka opowiada o człowieku, który na początku XX wieku organizował wyprawy na Antarktydę. Na jego przykładzie pokazuje jak powinno się budować zespół, jak powinno się temu zespołowi przewodzić.
Bo każdą rzecz da się zrobić na dwa sposoby: prosto i trudno. Gdy ma się wokół siebie ludzi, z którymi tworzy się jedną drużynę, wtedy zostaje tylko jedna droga – prosta. A tą drogą szybciej dochodzi się do celu. Jakikolwiek by on nie był. Jakkolwiek zawiłe koleje losu miałyby spotkać tę drużynę po drodze.
Oprócz drużyny ważny jest też jej lider. Czyli ktoś, kto dba o to, żeby te wszystkie elektrony, neutrony i protony stworzyły odpowiedni pierwiastek. No i to właśnie takie moje wymarzone miejsce.
Być liderem to nie tylko mieć zdolności przywódcze, choć pewnie bez nich się nie da. Ale to przede wszystkim umiejętność współpracowania z ludźmi i wydobywania z nich tego co najlepsze. Nie poprzez wyzysk, ale poprzez dawanie im możliwości do rozwoju, do przejęcia odpowiedzialności, do nauki.
Bycie liderem to też tak jakby bycie sędzią, bycie matką i ojcem, bycie starszym bratem. I księdzem (dla tych dla których ma to pozytywny aspekt). Bycie liderem to ciężki kawał chleba. Cokolwiek byś nie wymagała od ludzi – od siebie musisz wymagać 110%.
I tu pojawia się problem, szczególnie gdy się jest leniem… Ale pewnie da się jakoś to zmienić, w sobie, tego lenia… Będę was informować na bieżąco o postępach.
2. Chciałabym wiedzieć co i gdzie chciałabym w życiu robić.
To jest dopiero trudne zadanie związane z grzebaniem w sobie i zastanawianiem się nad tym co sprawia przyjemność, do czego ciągnie. No i muszę skapitulować.
Nie chcę robić niczego awangardowego. Nie potrzebuję być kimś, kto swoim zawodem wprawia ludzi w „łał”. Mam to troszkę jakby teraz. Gówniara budująca coś dużego jak na polskie warunki. I to w Sudanie… i cóż mi to daje? Oprócz poklepywania po plecach? Łał nie jest najważniejsze.
Ważniejsze w tym co robie jest to, że daje mi to DUŻO satysfakcji. Spełniam swoje marzenia rozmaite poprzez to – uczę się zarządzać naprawdę sporym projektem, robie to w Afryce, którą zawsze pragnęłam zobaczyć i poczuć, poprzez różne dziwne dziwactwa wróciłam do rodzinnej klątwy – budownictwa. To chyba geny mnie tu przyprowadziły.
No i tak robiąc rachunek sumienia – chciałabym jako menadżer takich lud ciut mniejszych/większych projektów jeździć po świecie i oglądać to, czego jeszcze nie widziałam. Chciałabym zrealizować jeszcze 3-4 projekty w Afryce, ale na dalszym Południu, na Zachodzie, już nie w Kenii, już nie w Sudanie. Coś nowego chciałabym spróbować. Poznać smak innych bananów.
Potem? Potem chcę wrócić do Europy. Ale mogę wyjeżdżać. Obiecuję :) Albo nie wrócę :)
Myślę sobie, ze na świecie jest przecież coś koło 170 państw. Chciałabym zobaczyć każde. Wszystkie. Nawet jeśli miałoby to oznaczać, że spędziłabym w każdym tylko kilka dni. Nie wszędzie chciałabym żyć. Ale wszystkie chciałabym zobaczyć.
Ale chciałabym budować. To daje takie fajne namacalne wspomnienia i ślady. To właśnie w ten budynek włożyłam swoje serce. To ta droga, która prowadzi do budowlanego pamiętnika z rocznika np. 2008. Tak jak Maji Moto, do którego chciałabym udać się na pielgrzymkę, jak do mojego Afrykańskiego sanktuarium. Jak do Mojego Afrykańskiego Betlejem – gdzie ten cały bałagan zaczął się dla mnie…
W związku z powyższą chęcią budowania z dniem 1 września wracam do szkoły. Chcę zgłębiać tajemnice architektury, planowania i takich tam. Chcę znać zasady. Nie będę nigdy projektować sama, bom beztalencie plastyczne. Ale są rzeczy, które można przyswoić i ja chcę je wszystkie zgromadzić w mojej głowie. Tymczasem przechodzę kurs praktyczny – uczę się jak wygląda budowa, jak należy lać żelbet, którędy należy prowadzić rury i czym SDS-Max różni się od SDS-Plus.
Poza tym – chcę odkryć tajemnice tworzenia harmonogramów i budżetów projektów. W sposób profesjonalny.
Chciałabym być taki omnibusem projektowo-budowlanym – choć pewnie to nie możliwe… Ale ważne, żeby dążyć do doskonałości.
A najważniejsze jest to, że po tych wszystkich SGH-owych „mogłabym być każdym, więc nie wiem kim jestem i właściwie nie jestem nikim” doszłam w końcu do miejsca w korytarzu możliwości, że jestem skłonna wybrać te drzwi, które już uchyliłam. I nie dlatego, że są uchylone. Ale dlatego, że fajnie jest za drzwiami!
3. Chciałabym być zadowolona i mieć czas dla siebie i ludzi – coraz to nowszych i coraz ciekawszych.
Mam plan żeby rozpocząć poważną przygodę z nurkowaniem. Chcę dać się ponieść pasji, którą może nieść jeżdżenie od plaży do plaży, od morza do morza i nurkowanie i oglądanie tego co pod wodą. A do tego chciałabym poznawać ludzi, którzy są równie nienormalni, żeby wydawać swoje oszczędności tak jak ja. Każdy nurek (człowiek lub zanurzenie) inspiruje mnie coraz bardziej. Nie chcę już oglądać tylko polskich jezior. Chcę czegoś więcej.
Pierwszy krok – Bali lub Malediwy. W zależności od mojej zamożności…
4. Nie chcę mieć – chcę być, chcę czuć, chcę wiedzieć, że odniosłam sukces.
Ale nie materialny. Chcę się budzić co rano i widzieć, że to co robię ma sens i cel. Że to jest krok na drodze która prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. I jeśli nawet tym celem miałoby być całkowite sprzedanie swojego ciała dla niekończącej się euforii płynącej z szalonych pomysłów i nieuczesanych myśli – chcę tego. Chcę żyć w przeświadczeniu, że to życie ma sens jakiś. Chcę żeby życie sprawiało mi przyjemność. Chcę żeby było mi dobrze. Chcę się uśmiechać o poranku.
A najpiękniejsze, że dzień pierwszy już za mną. Mimo, że jestem na końcu świata, mimo, że jestem daleko od wszystkiego, co mogłabym nazwać domem czy „swoim miejscem” w tradycyjnym pojęciu – żyję przygodą, żyję pełną piersią i robię najkosmiczniejszą rzecz, jaką mogłam sobie wymyślić.
Jest pięknie!
PS. W Swiss Airlines na pokładzie podają lody truskawkowe! Swiss moją ulubioną linią lotniczą :-)
(Naczytałam się bowiem książek wszelakich o pogoni za pasją, o dążeniu do perfekcjonizmu, o podążaniu do celu wybraną przez siebie ścieżką i o wewnętrznym sukcesie.)
1. Chciałabym być dobrym liderem
Znam takiego gościa, który wkurza mnie do bólu, potrafi doprowadzić mnie do stanu, w którym chciałabym usiąść i płakać nad swoją niezaradnością. Ale robi to w taki sposób, że zamiast siadać i płakać, myślę sobie „ja Ci pokaże!”. No i właśnie zaczynam drogę w stronę pokazywania.
Gościu ów podarował mi książkę, którą polecam wszystkim adeptom trudnej sztuki zarządzania ludźmi. Książka „Shackleton’s Way” autorstwa pań Margot Morrell i Stephanie Capparell. Nie wiem jak brzmi polski tytuł. Książka opowiada o człowieku, który na początku XX wieku organizował wyprawy na Antarktydę. Na jego przykładzie pokazuje jak powinno się budować zespół, jak powinno się temu zespołowi przewodzić.
Bo każdą rzecz da się zrobić na dwa sposoby: prosto i trudno. Gdy ma się wokół siebie ludzi, z którymi tworzy się jedną drużynę, wtedy zostaje tylko jedna droga – prosta. A tą drogą szybciej dochodzi się do celu. Jakikolwiek by on nie był. Jakkolwiek zawiłe koleje losu miałyby spotkać tę drużynę po drodze.
Oprócz drużyny ważny jest też jej lider. Czyli ktoś, kto dba o to, żeby te wszystkie elektrony, neutrony i protony stworzyły odpowiedni pierwiastek. No i to właśnie takie moje wymarzone miejsce.
Być liderem to nie tylko mieć zdolności przywódcze, choć pewnie bez nich się nie da. Ale to przede wszystkim umiejętność współpracowania z ludźmi i wydobywania z nich tego co najlepsze. Nie poprzez wyzysk, ale poprzez dawanie im możliwości do rozwoju, do przejęcia odpowiedzialności, do nauki.
Bycie liderem to też tak jakby bycie sędzią, bycie matką i ojcem, bycie starszym bratem. I księdzem (dla tych dla których ma to pozytywny aspekt). Bycie liderem to ciężki kawał chleba. Cokolwiek byś nie wymagała od ludzi – od siebie musisz wymagać 110%.
I tu pojawia się problem, szczególnie gdy się jest leniem… Ale pewnie da się jakoś to zmienić, w sobie, tego lenia… Będę was informować na bieżąco o postępach.
2. Chciałabym wiedzieć co i gdzie chciałabym w życiu robić.
To jest dopiero trudne zadanie związane z grzebaniem w sobie i zastanawianiem się nad tym co sprawia przyjemność, do czego ciągnie. No i muszę skapitulować.
Nie chcę robić niczego awangardowego. Nie potrzebuję być kimś, kto swoim zawodem wprawia ludzi w „łał”. Mam to troszkę jakby teraz. Gówniara budująca coś dużego jak na polskie warunki. I to w Sudanie… i cóż mi to daje? Oprócz poklepywania po plecach? Łał nie jest najważniejsze.
Ważniejsze w tym co robie jest to, że daje mi to DUŻO satysfakcji. Spełniam swoje marzenia rozmaite poprzez to – uczę się zarządzać naprawdę sporym projektem, robie to w Afryce, którą zawsze pragnęłam zobaczyć i poczuć, poprzez różne dziwne dziwactwa wróciłam do rodzinnej klątwy – budownictwa. To chyba geny mnie tu przyprowadziły.
No i tak robiąc rachunek sumienia – chciałabym jako menadżer takich lud ciut mniejszych/większych projektów jeździć po świecie i oglądać to, czego jeszcze nie widziałam. Chciałabym zrealizować jeszcze 3-4 projekty w Afryce, ale na dalszym Południu, na Zachodzie, już nie w Kenii, już nie w Sudanie. Coś nowego chciałabym spróbować. Poznać smak innych bananów.
Potem? Potem chcę wrócić do Europy. Ale mogę wyjeżdżać. Obiecuję :) Albo nie wrócę :)
Myślę sobie, ze na świecie jest przecież coś koło 170 państw. Chciałabym zobaczyć każde. Wszystkie. Nawet jeśli miałoby to oznaczać, że spędziłabym w każdym tylko kilka dni. Nie wszędzie chciałabym żyć. Ale wszystkie chciałabym zobaczyć.
Ale chciałabym budować. To daje takie fajne namacalne wspomnienia i ślady. To właśnie w ten budynek włożyłam swoje serce. To ta droga, która prowadzi do budowlanego pamiętnika z rocznika np. 2008. Tak jak Maji Moto, do którego chciałabym udać się na pielgrzymkę, jak do mojego Afrykańskiego sanktuarium. Jak do Mojego Afrykańskiego Betlejem – gdzie ten cały bałagan zaczął się dla mnie…
W związku z powyższą chęcią budowania z dniem 1 września wracam do szkoły. Chcę zgłębiać tajemnice architektury, planowania i takich tam. Chcę znać zasady. Nie będę nigdy projektować sama, bom beztalencie plastyczne. Ale są rzeczy, które można przyswoić i ja chcę je wszystkie zgromadzić w mojej głowie. Tymczasem przechodzę kurs praktyczny – uczę się jak wygląda budowa, jak należy lać żelbet, którędy należy prowadzić rury i czym SDS-Max różni się od SDS-Plus.
Poza tym – chcę odkryć tajemnice tworzenia harmonogramów i budżetów projektów. W sposób profesjonalny.
Chciałabym być taki omnibusem projektowo-budowlanym – choć pewnie to nie możliwe… Ale ważne, żeby dążyć do doskonałości.
A najważniejsze jest to, że po tych wszystkich SGH-owych „mogłabym być każdym, więc nie wiem kim jestem i właściwie nie jestem nikim” doszłam w końcu do miejsca w korytarzu możliwości, że jestem skłonna wybrać te drzwi, które już uchyliłam. I nie dlatego, że są uchylone. Ale dlatego, że fajnie jest za drzwiami!
3. Chciałabym być zadowolona i mieć czas dla siebie i ludzi – coraz to nowszych i coraz ciekawszych.
Mam plan żeby rozpocząć poważną przygodę z nurkowaniem. Chcę dać się ponieść pasji, którą może nieść jeżdżenie od plaży do plaży, od morza do morza i nurkowanie i oglądanie tego co pod wodą. A do tego chciałabym poznawać ludzi, którzy są równie nienormalni, żeby wydawać swoje oszczędności tak jak ja. Każdy nurek (człowiek lub zanurzenie) inspiruje mnie coraz bardziej. Nie chcę już oglądać tylko polskich jezior. Chcę czegoś więcej.
Pierwszy krok – Bali lub Malediwy. W zależności od mojej zamożności…
4. Nie chcę mieć – chcę być, chcę czuć, chcę wiedzieć, że odniosłam sukces.
Ale nie materialny. Chcę się budzić co rano i widzieć, że to co robię ma sens i cel. Że to jest krok na drodze która prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. I jeśli nawet tym celem miałoby być całkowite sprzedanie swojego ciała dla niekończącej się euforii płynącej z szalonych pomysłów i nieuczesanych myśli – chcę tego. Chcę żyć w przeświadczeniu, że to życie ma sens jakiś. Chcę żeby życie sprawiało mi przyjemność. Chcę żeby było mi dobrze. Chcę się uśmiechać o poranku.
A najpiękniejsze, że dzień pierwszy już za mną. Mimo, że jestem na końcu świata, mimo, że jestem daleko od wszystkiego, co mogłabym nazwać domem czy „swoim miejscem” w tradycyjnym pojęciu – żyję przygodą, żyję pełną piersią i robię najkosmiczniejszą rzecz, jaką mogłam sobie wymyślić.
Jest pięknie!
PS. W Swiss Airlines na pokładzie podają lody truskawkowe! Swiss moją ulubioną linią lotniczą :-)
Kolejny powrót do rzeczywistości
Znowu siedzę w samolocie! Ileż można? Zaczęłam zbierać mile, żeby nie mieć poczucia, że latam po nic. Zbieram w Star Alliance, w KLM-Air France i w Ethiopian. Będę potentatem milowym jak tak dalej pójdzie. W tym toku przyleciałam już 3 razy do Polski, 3 razy do Dubaju i ze 3 razy do Nairobi. No i w Addis Abebie będę teraz po raz 4. Kosmos jakiś…
Ale nie o tym miało być, nie o tym. Chciałam napisać, że świat się przeciwko mnie sprzysiągł. W kontekście jednego z poprzednich wpisów. Nawet horoskopy (w które nie wierze), uporczywie powtarzają we wszystkich kolorowych pisemkach, że nadszedł czas na ustatkowanie się i moje szanse matrymonialne rosną.
Czuję się osaczona. Dziś w samolocie słyszałam dwóch mężczyzn koło 40 roku życia, którzy ewidentnie musieli mieć problemy ze znalezieniem sobie odpowiedniej partnerki, bo jeden z nich rzekł, że w wieku 40 lat to ostatni gwizdek dla faceta na zakładanie rodziny. Drugi, żeby poprawić nastroje, dodał – całe szczęście u kobiet ostatni gwizdek to 25 lat…
No płacz i zgrzytanie zębami.
Ta prokreacyjno-rekreacyjno-rodzinna nagonka doprowadziła mnie do sytuacji, w której w piątek postanowiłam powrócić do mniej kobiecej wersji mnie – obcięłam włosy. Na chłopczyka. Teraz będę robić dużo więcej chłopczykowych rzeczy – np. będę pić piwo i bekać. Albo nosić włosy pod pachami (nie, no przesadziłam teraz). Byle by tylko odczarować ten zły urok, który został na mnie rzucony.
Myślę, że to właśnie takie sytuacje, jakaś ogólna psychoza wisząca w powietrzu doprowadza dziewczyny w moim wieku do rozpaczliwego łapania się brzytwy, niczym tonący i sprint z kimkolwiek do ołtarza, byleby miał penisa i mówił. No i ewentualnie zarabiał. Resztę się dopowie. Bo przecież to, że koleś rży jak koń do owsa, zawsze można przedstawić jako specyficzne poczucie humoru, a jego wielki zwisający brzuch, to przecież główna zaleta każdego „misia”… BLEEEE!
Kobiety! Gdzie wasze oczy!
Matko – jestem jakąś ryczącą feministką! (NIE!)
Koleżanki i koledzy – bądźcie szczęśliwi bo chcecie, a nie bo się od was tego oczekuje. Może nie jest dobrze samemu, ale nie jest lepiej z kimkolwiek…
Ale nie o tym miało być, nie o tym. Chciałam napisać, że świat się przeciwko mnie sprzysiągł. W kontekście jednego z poprzednich wpisów. Nawet horoskopy (w które nie wierze), uporczywie powtarzają we wszystkich kolorowych pisemkach, że nadszedł czas na ustatkowanie się i moje szanse matrymonialne rosną.
Czuję się osaczona. Dziś w samolocie słyszałam dwóch mężczyzn koło 40 roku życia, którzy ewidentnie musieli mieć problemy ze znalezieniem sobie odpowiedniej partnerki, bo jeden z nich rzekł, że w wieku 40 lat to ostatni gwizdek dla faceta na zakładanie rodziny. Drugi, żeby poprawić nastroje, dodał – całe szczęście u kobiet ostatni gwizdek to 25 lat…
No płacz i zgrzytanie zębami.
Ta prokreacyjno-rekreacyjno-rodzinna nagonka doprowadziła mnie do sytuacji, w której w piątek postanowiłam powrócić do mniej kobiecej wersji mnie – obcięłam włosy. Na chłopczyka. Teraz będę robić dużo więcej chłopczykowych rzeczy – np. będę pić piwo i bekać. Albo nosić włosy pod pachami (nie, no przesadziłam teraz). Byle by tylko odczarować ten zły urok, który został na mnie rzucony.
Myślę, że to właśnie takie sytuacje, jakaś ogólna psychoza wisząca w powietrzu doprowadza dziewczyny w moim wieku do rozpaczliwego łapania się brzytwy, niczym tonący i sprint z kimkolwiek do ołtarza, byleby miał penisa i mówił. No i ewentualnie zarabiał. Resztę się dopowie. Bo przecież to, że koleś rży jak koń do owsa, zawsze można przedstawić jako specyficzne poczucie humoru, a jego wielki zwisający brzuch, to przecież główna zaleta każdego „misia”… BLEEEE!
Kobiety! Gdzie wasze oczy!
Matko – jestem jakąś ryczącą feministką! (NIE!)
Koleżanki i koledzy – bądźcie szczęśliwi bo chcecie, a nie bo się od was tego oczekuje. Może nie jest dobrze samemu, ale nie jest lepiej z kimkolwiek…
Subskrybuj:
Posty (Atom)