Wyruszyłam na spotkanie z moja dawną znajomą, Europą.
Piątek spędziłam w Nairobi. Wylądowałam tam o 11.00 absolutnie pozbawiona tych emocji, ze w Kenii jestem i to takie szczególne doświadczenie. Teraz Kenia jest takim przedsionkiem Europy (gdy lecisz w stronę domu), lub przedsmakiem Afryki (lecąc do Juby). Miasto, które wydawało mi się brudne, ze smogiem, strasznie nie poukładane i ogólnie nie fajne, nabrało nowych barw. Innych odcieni. Bo już nie jest absolutem. Straciło pozycje Afrykańskiego miasta na rzecz Juby. Teraz Nairobi jest mieszańcem. Bękartem ze związku Kenijczyków z Anglikami.
Nairobi tętni jakimś zupełnie innym rytmem niż Juba. Jeździ inaczej (a raczej stoi w korku), rozwija się inaczej (teraz to już nie przyrost ilościowy, zaczynam zauważać, że pojawia się dążenie do przyrostu jakościowego). Nairobi jest fajnym substytutem europy. Pomyślałby kto ? :P
W Nairobi jest wszystko. W Nairobi jest mięso i ser. Nairobi jest poza Afryką.
Z Nairobi poleciałam do Amsterdamu, żeby w końcu zobaczyć to sławne miasto. Siedzę teraz w jakiejś ukrytej przed światem kawiarni i piję kawę z Kongo (nie da się uciec od fascynacji czarnym lądem, przepadłam…). Przyleciałam tu niemiłosiernie wcześnie rano. Zanim wyruszyłam w tournee po miescie, odprowadziłam mojego towarzysza podróży na samolot po uprzednim wypiciu Heinekena. W końcu bycie w Amsterdamie zobowiązuje.
O 9.30 rozpoczęłam mój spacer po mieście. Zaczęłam od piekarni, w której przygotowują kanapki. Kawa, pełnoziarnisty chleb, twarożek, suszone pomidory i pasta z oliwek. Czy istnieje cos piękniejszego? MNIAM. Kocham Europę.
Choć tak naprawdę kocham ją tylko za to jedzenie jak na chwilę obecną. Za łatwość dostępu do wszystkiego czego zapragniesz, że w końcu nie musze walczyć z jakąś obcą kosmiczną siłą, tylko się mogę kawy napić :) Nienawidzę jej za zimno, za deszcz, który mnie tu przywitał, za wiatr, za paskudną ponurą pochmurną pogodę. Nie lubię tego. Wole mój upalik +50 stopni niż -2 :)
Amsterdam poza tym, że przywitał mnie deszczem (no nie miał dobrego wejścia chłopak), to jeszcze jest dzisiaj pełen Szkotów. W Europie bowiem gra się w piłkę nożną i ona budzi dziwne emocje oraz pragnienie podróżowania po świecie w kilcie (tu w przypadku Szkotów). I tak zamiast tych śmiesznych duńskich twarzy, tych wszystkich kolorów, gejów, mieszańców i dziwolągów, widzę tu wciąż i wszędzie różowe ryje wrzeszczących lub bulgocących śmiechem kolesi w skarpetach do kolan i spódniczkach w szkocką kratkę. No nie ukrywam, że lekko mi to mąci obraz. Ale trzeba wziąć głęboki oddech i uciekać od miejsc w których serwują piwo i jointy, bo to właśnie tu gromadzą się te urocze grupy. I tak zeszłam to miasto w kilku różnych kierunkach, marsz przez 4 godziny bez przerwy. Po dobrym śniadaniu (chleb!) wszystko jest do zrobienia. Teraz zawędrowałam w jakiś zaułek, ukryty przed Szkotami. Miejsce pachnące kawą i herbatą, w którym tę kawę i herbatę się sprzedaje, parzy, serwuje i pije z namaszczeniem. Bo kawa może być napojem, który się smakuje. Jak wino. Nauczyłam się tego w Jubie. Nie ma tam miejsca na smakowanie wina, ani innych frykasów. Ale kawę można zaparzyć, można napić się jej o poranku i dodać sobie sił, albo zrelaksować się, albo zapomnieć, albo powspominać przy niej. Kawa może mieć różne smaki. I ma. I uczę się poznawać je :)
Teraz w tym zaułku piję kawę z Kongo i uciekam przed Europą w Europie. Z jednej strony cieszę się, że już tu dotarłam, że tak blisko do domu. Ze są tu sklepy w których jest tyle żółtego sera, że można dostać zawrotu głowy.
A z drugiej – jest zimno, nie ma walki, nie ma wyzwań, wszystko łatwo, wszyscy mili, czuję się bezpiecznie… to chyba nie jest moje naturalne środowisko…
Tak mi się apropos tego sera przypomniało. Nie przypuszczałam, że Holendrzy przykładają taką wagę do jedzenia. Tutaj miejsc w których serwuje się nietypowe w EU smakołyki jest pełno. Sklepy z serem i sklepy z wędlinami i mięsem (wyglądające z daleka jak luksusowe perfumerie) powaliły mnie na kolana. Holendrzy zyskali szacunek w moich oczach. Bo jak ktoś przyklada wagę do tego co je, to wie, że jest się tym co się je :)
Ja jestem wołowiną, w związku z powyższym, bo w Jubie tylko to było dostępne. Ale jestem też ananasem i mango. I pomidorami i ziemniakami…
Czas ruszać w dalszą podróż.
No i przeszłam Amsterdam wzdłuż i wszerz. A przynajmniej centrum i to na tyle na ile starczyło mi nóg. Chodziłam tak do 16.30. zmęczyły się moje nogi bardzo.
Byłam na pięknym ryneczku, taki targ na którym sprzedawane jest wszystko – mydło i powidło (dosłownie), ryby, bakalie, suszone owoce, mięso, warzywa, zioła i kwiaty. Holandia to przeciez kraj kwiatów. Przeszłam przez ten targ w jedną stronę i byłam tak zauroczona tym co zobaczyłam, że po prostu szłam i uśmiechałam się do tych kolorowych, czystych, pachnących straganów. Chciałam kupić kwiaty dla mamy, ale postanowiłam zrobić to w drodze powrotnej i był to błąd, bo w drodze powrotnej nie było już tych kwiatów. Takie życie. Kupiłam mamie tusz do rzęs :)
Po Afrykańskich targowiskach to co zobaczyłam mnie urzekło. Wszystko czyste, wszystko świeże, wszystko piękne. Jak z obrazka. Jak z filmu. I ludzie inni jacyś, jeszcze wszyscy na rowerach. No piękny romantyczny obrazek. Po przejściu przez ten rynek postanowiłam wejść do takiej zwyczajnej nie za pełnej włoskiej knajpki. Wyglądała na taką, w której ludzie po prostu jedzą, a nie turyści się przewalają. I tak rzeczywiście było. Przyszła jakaś para dziadków na pizzę, więc właściciel podszedł do nich, przywitał się, widocznie starzy znajomi. A potem cała obsługa jadła obiad razem przy jednym stole. Była 3 z minutami, więc czas najwyższy na obiad. Naprawdę super sprawa. No i właściciel, mały drobny ale z brzuszkiem – Włoch. Jego angielski zdradzał wszystko. Super miejsce, czuć taką włoską rodzinną atmosferę. Zjadłam sobie makaron, napiłam się stołowego winka w kolorze różowym a na deser spałaszowałam tirami su. I wtedy właśnie dotarło do mnie, że się odprężyłam, zrelaksowałam i w głębi duszy gdzieś jestem spokojna, uśmiechnięta i zadowolona.
Szczęśliwa, bo do domu coraz bliżej…
Jeszcze tylko 2 i pół godziny do lądowania w Polsce.
wtorek, 31 marca 2009
poniedziałek, 23 marca 2009
Mniammmm
niedziela, 22 marca 2009
Kiwi i ministrzy :P
Jak nie pisałam to przez miesiąc, a teraz jak mnie nagle wzięło to będę do was strzelać jak z kałasznikowa (który jest tutaj codziennością, ale o tym to już wam pisałam).
Opiszę wam jak robię międzynarodową karierę polityczną.
Ten mój projekt to podobno ważny jest, bo to dla kraju i to nowego i w ogole… No i co rusz to jakieś kartofle przyjeżdżają oglądać to co my tu wyrabiamy.
***
w ogóle to zdjęcia na pikasie są, oto linki:
częsc 1
częsc 2
częsc 3
częsc 4
***
Oprócz naszego ministra Giera, który pojawiał się już w naszej bajce i generalnie nie jest już dla nas żadną atrakcją, ostatnio do bandy ministrów doszedł jeszcze jego odpowiednik z Kenii. Ewidentnie inny kolo. Ale całkiem nie głupi. Przyjechał, posłuchał, pooglądał, pożartował sobie. Bardzo miło było. Stałam się mistrzynią w opowiadaniu czego my tu nie robimy na tej naszej budowie i jakiej finezyjnej technologii nie używamy. Jacy to my ogólnie przezajebiści jesteśmy, ale to nie trzeba długo się zastanawiać, bo przecież widać :)
To był wtorek wieczór, dowiedziałam się wtedy, że w środę o 12.00 mam wygłosić prezentację na temat projektu. AAAAA!!! Całe szczęście, ze była prezentacja która była przygotowywana na przyjazd prezydenta, to miałam jakąś bazę, ale większość tego bla bla to była pełna improwizacja. I treeeema jak dawno. Dwóch ministrów, masa jakiś ważnych ICT (telekomunikacyjnych w sensie) bobków w Afryce, menadżerowie firm operatorów, wielkie sudańskie wydarzenie – a w nim Kiwunia, dziewczynka z nikąd mająca pojęcie o telekomunikacji takie jak żadne… no szał był. Potem był lunchyk, ściskanie dłoni, „och jak pięknie”, „och jak cudownie” i zaproszenie na kolacje z notablami, na której byłam jedyną białą osobą. Cieszyłam się odpowiednio dużym zainteresowaniem a z moją małomównością to w ogóle zrobiłam szał :)
I tym magicznym sposobem liczba afrykańskich notabli w mojej książce telefonicznej wzrosła o 50%. Teraz znam ich już 3 (nie 2), licząc tylko ministrów i prezydentów. Liczba ich przydupasów, których znam, wzrosła proporcjonalnie :)
Życie jak w Madrycie, Kiwi tańczy na politycznym parkiecie…
Opiszę wam jak robię międzynarodową karierę polityczną.
Ten mój projekt to podobno ważny jest, bo to dla kraju i to nowego i w ogole… No i co rusz to jakieś kartofle przyjeżdżają oglądać to co my tu wyrabiamy.
***
w ogóle to zdjęcia na pikasie są, oto linki:
częsc 1
częsc 2
częsc 3
częsc 4
***
Oprócz naszego ministra Giera, który pojawiał się już w naszej bajce i generalnie nie jest już dla nas żadną atrakcją, ostatnio do bandy ministrów doszedł jeszcze jego odpowiednik z Kenii. Ewidentnie inny kolo. Ale całkiem nie głupi. Przyjechał, posłuchał, pooglądał, pożartował sobie. Bardzo miło było. Stałam się mistrzynią w opowiadaniu czego my tu nie robimy na tej naszej budowie i jakiej finezyjnej technologii nie używamy. Jacy to my ogólnie przezajebiści jesteśmy, ale to nie trzeba długo się zastanawiać, bo przecież widać :)
To był wtorek wieczór, dowiedziałam się wtedy, że w środę o 12.00 mam wygłosić prezentację na temat projektu. AAAAA!!! Całe szczęście, ze była prezentacja która była przygotowywana na przyjazd prezydenta, to miałam jakąś bazę, ale większość tego bla bla to była pełna improwizacja. I treeeema jak dawno. Dwóch ministrów, masa jakiś ważnych ICT (telekomunikacyjnych w sensie) bobków w Afryce, menadżerowie firm operatorów, wielkie sudańskie wydarzenie – a w nim Kiwunia, dziewczynka z nikąd mająca pojęcie o telekomunikacji takie jak żadne… no szał był. Potem był lunchyk, ściskanie dłoni, „och jak pięknie”, „och jak cudownie” i zaproszenie na kolacje z notablami, na której byłam jedyną białą osobą. Cieszyłam się odpowiednio dużym zainteresowaniem a z moją małomównością to w ogóle zrobiłam szał :)
I tym magicznym sposobem liczba afrykańskich notabli w mojej książce telefonicznej wzrosła o 50%. Teraz znam ich już 3 (nie 2), licząc tylko ministrów i prezydentów. Liczba ich przydupasów, których znam, wzrosła proporcjonalnie :)
Życie jak w Madrycie, Kiwi tańczy na politycznym parkiecie…
sobota, 21 marca 2009
Miesiąc bez słowa…
Jak tak można popadać w wir pracy, żeby nie mieć czasu na to, żeby dać upust tym wszystkim słowom, które narodziły się w głowie mojej.
Jak można myśleć ciągle tylko o tym, że nie ma stali, cementu, piasku, agregatu, generatorów, water tanków i innych rzeczy.
Jak można nie umieć tak szybko liczyć, żeby objąć jakoś liczbę chwil i wydarzeń, które miały miejsce.
Można, wystarczy przyjechać do Juby… Wystarczy stanąć tutaj na dwóch nogach (na jednej to zbyt niebezpiecznie lub zbyt asekuracyjnie) i zaczerpnąć tego narkotycznego powietrza. W Jubie jest wszystko i nie ma niczego…
To chyba najbardziej fascynujące miejsce w jakim do tej pory byłam.
Juba to kontrast
Z jednej strony setki ekspatów wysyłanych przez miedzynarodowe organizacje lub firmy do serca Nowego Sudanu, którzy mają kucharzy, sprzątaczki, praczki, tysiące dolarów, klimatyzacje, samochody i wystawne kolacje. No i życie dzięki temu całkiem wystawne. Daje to nieustający posmak wakacji.
Z drugiej strony jest bieda, ludzie koczujący na ulicach, fruwające śmieci, syf, malaria, gruźlica, AIDS i inne paskudne choroby. Dzieci z wydętymi brzuszkami (pierwszy raz w życiu widziałam dziecko, które miało autentycznie puchlinę głodową, łzy w oczach się zbierają). Z tej strony wszystko co najpaskudniejsze w Afryce kumuluje się tutaj, jak wrzód…
Ale idziemy do przodu, każdy coś buduje, kombinuje, rozwija, zatrudnia, szuka, znajduje, imigruje lub emigruje. Juba ewoluuje w oka mgnieniu. Rośnie, rozwija się, bogaci. Samochody na tutejszych drogach są godne pozazdroszczenia. W Polsce nie ma tylu luksusowych Land Cruiserów ile jest w Jubie.
A ja w tym wszystkim, utaplana we wszystko po kolana… trochę zmęczona. Bo tutaj życie jest jak na ciągłej amfetaminie, 500 000 obrotów na minutę, a wszystko to na częściowo jałowym biegu. Więc ty pchasz i pchasz do przodu, a to i tak w miejscu stoi lub porusza się wolniej. To znaczy wysiłek, żeby coś tu zmienić jest kilka tysięcy większy niż w Europie. Ten amfetaminowy high uzależnia, wciąga, nie pozwala Ci nawet pomyśleć o tym, że miałabyś dobrowolnie z tego zrezygnować. Nie ma szansy, trzeba chłonąć tę kosmiczną energię, bo drugiego takiego miejsca nie ma. Tutaj właśnie ma się wrażenie, że tworzy się państwo od zera. Od kamienia. A trzeba w kilka miesięcy z prehistorii przeskoczyć do 21 wieku… piękne wyzwanie…
Oczywiście psioczę każdego dnia, budzę się rano mówiąc sobie „no k*, kolejny dzien w piekle przede mną”. Ale to miejsce jest dla mnie wielką lekcją.
Czuję się jak w matrixie. Jak Neo miał zainstalowane kung-fu w mózgu i już umiał. Tutaj wszystkiego człowiek uczy się własnie w takim tempie. Wiedza przyrasta z dnia na dzien o setki procent. Rozwijają się umiejętności, rozpościerają się skrzydła w zakresie finezji relacji międzyludzkich. Piękne psychologiczne studium. Ludzie zamknięci w pięknym piekle, każdy nienawidzi tego miejsca, każdy to miejsce kocha na swój sposób.
Można uczyć się wiele lat, można uczyć się bardzo systematycznie. Można też rzucić się na głęboką wodę i w wieku 25 lat zarządzać projektem w którym bierze udział 80 osób różnych narodowości i profesji. Z czego w tych 80 osobach 78 to starsi ode mnie mężczyźni budowlańcy. Już niczego się nie boje :)
PS. Wiecie jak to jest wypocić całą wodę z organizmu, tak że nawet oczy są suche? Tańczcie 6 godzin w Jubie.
Jak można myśleć ciągle tylko o tym, że nie ma stali, cementu, piasku, agregatu, generatorów, water tanków i innych rzeczy.
Jak można nie umieć tak szybko liczyć, żeby objąć jakoś liczbę chwil i wydarzeń, które miały miejsce.
Można, wystarczy przyjechać do Juby… Wystarczy stanąć tutaj na dwóch nogach (na jednej to zbyt niebezpiecznie lub zbyt asekuracyjnie) i zaczerpnąć tego narkotycznego powietrza. W Jubie jest wszystko i nie ma niczego…
To chyba najbardziej fascynujące miejsce w jakim do tej pory byłam.
Juba to kontrast
Z jednej strony setki ekspatów wysyłanych przez miedzynarodowe organizacje lub firmy do serca Nowego Sudanu, którzy mają kucharzy, sprzątaczki, praczki, tysiące dolarów, klimatyzacje, samochody i wystawne kolacje. No i życie dzięki temu całkiem wystawne. Daje to nieustający posmak wakacji.
Z drugiej strony jest bieda, ludzie koczujący na ulicach, fruwające śmieci, syf, malaria, gruźlica, AIDS i inne paskudne choroby. Dzieci z wydętymi brzuszkami (pierwszy raz w życiu widziałam dziecko, które miało autentycznie puchlinę głodową, łzy w oczach się zbierają). Z tej strony wszystko co najpaskudniejsze w Afryce kumuluje się tutaj, jak wrzód…
Ale idziemy do przodu, każdy coś buduje, kombinuje, rozwija, zatrudnia, szuka, znajduje, imigruje lub emigruje. Juba ewoluuje w oka mgnieniu. Rośnie, rozwija się, bogaci. Samochody na tutejszych drogach są godne pozazdroszczenia. W Polsce nie ma tylu luksusowych Land Cruiserów ile jest w Jubie.
A ja w tym wszystkim, utaplana we wszystko po kolana… trochę zmęczona. Bo tutaj życie jest jak na ciągłej amfetaminie, 500 000 obrotów na minutę, a wszystko to na częściowo jałowym biegu. Więc ty pchasz i pchasz do przodu, a to i tak w miejscu stoi lub porusza się wolniej. To znaczy wysiłek, żeby coś tu zmienić jest kilka tysięcy większy niż w Europie. Ten amfetaminowy high uzależnia, wciąga, nie pozwala Ci nawet pomyśleć o tym, że miałabyś dobrowolnie z tego zrezygnować. Nie ma szansy, trzeba chłonąć tę kosmiczną energię, bo drugiego takiego miejsca nie ma. Tutaj właśnie ma się wrażenie, że tworzy się państwo od zera. Od kamienia. A trzeba w kilka miesięcy z prehistorii przeskoczyć do 21 wieku… piękne wyzwanie…
Oczywiście psioczę każdego dnia, budzę się rano mówiąc sobie „no k*, kolejny dzien w piekle przede mną”. Ale to miejsce jest dla mnie wielką lekcją.
Czuję się jak w matrixie. Jak Neo miał zainstalowane kung-fu w mózgu i już umiał. Tutaj wszystkiego człowiek uczy się własnie w takim tempie. Wiedza przyrasta z dnia na dzien o setki procent. Rozwijają się umiejętności, rozpościerają się skrzydła w zakresie finezji relacji międzyludzkich. Piękne psychologiczne studium. Ludzie zamknięci w pięknym piekle, każdy nienawidzi tego miejsca, każdy to miejsce kocha na swój sposób.
Można uczyć się wiele lat, można uczyć się bardzo systematycznie. Można też rzucić się na głęboką wodę i w wieku 25 lat zarządzać projektem w którym bierze udział 80 osób różnych narodowości i profesji. Z czego w tych 80 osobach 78 to starsi ode mnie mężczyźni budowlańcy. Już niczego się nie boje :)
PS. Wiecie jak to jest wypocić całą wodę z organizmu, tak że nawet oczy są suche? Tańczcie 6 godzin w Jubie.
wtorek, 17 lutego 2009
W Jubie jest życie wieczorne… a nawet nocne!
Odkryłam to co prawda dopiero w ubiegłą sobotę, ale odkryłam to z taką siłą, że hoho!
W Walentynki zostałam zaproszona (razem z Olka Florys), na bankiet – otwarcie nowej sieci komórkowej – Vivacell. No impreza jak ta lala. Dużo politycznego pieprzenia, cała masa bzdur, ale za to dobre jedzonko, duuuuuużo białego wina i całe stado różnych expatów lokalnych, którzy kochają białe kobiety. I tym pięknym sposobem mój fanklub rozrósł się do rozmiarów mojego ego. Albo jest zbliżony :)
I tak mnie naszło po tym wszystkim – jak to pięknie być białą kobietą w Afryce. Nie ma tutaj takiej opcji, że nie da się rozwiązać jakiegoś problemu przy użyciu trzepotania rzęsami. Oni wszyscy tutaj lecą do białych kobiet jak muchy do miodu. Wszyscy pragną mieć kogoś takiego blisko siebie, żeby pochwalić się kolegom, znajomym, żeby się samemu trochę wybielić. To w przypadku tych „czarnych” i „ciemniejszych intelektualnie”. Dla bielszych skórą lub mentalnością biała kobieta to taki egzemplarz, z którym można porozmawiać, nie beka przy jedzeniu, nie czai się i nie trzeba zapłacić 300 sztuk rogatego bydła, żeby uważać ją za swoją. To całkiem fajne rozwiązanie :) dość ekonomiczne. Tylko ma taki defekt, że nie jest bezwarunkowo posłuszna, nie uważa że chwyciła boga za nogi i co wieczór nie składa dziękczynnych pokłonów za bycie posiadaną przez jakiegoś mężczyznę.
To tyle tytułem wtorkowo-porannego pitu-pitu :)
W Walentynki zostałam zaproszona (razem z Olka Florys), na bankiet – otwarcie nowej sieci komórkowej – Vivacell. No impreza jak ta lala. Dużo politycznego pieprzenia, cała masa bzdur, ale za to dobre jedzonko, duuuuuużo białego wina i całe stado różnych expatów lokalnych, którzy kochają białe kobiety. I tym pięknym sposobem mój fanklub rozrósł się do rozmiarów mojego ego. Albo jest zbliżony :)
I tak mnie naszło po tym wszystkim – jak to pięknie być białą kobietą w Afryce. Nie ma tutaj takiej opcji, że nie da się rozwiązać jakiegoś problemu przy użyciu trzepotania rzęsami. Oni wszyscy tutaj lecą do białych kobiet jak muchy do miodu. Wszyscy pragną mieć kogoś takiego blisko siebie, żeby pochwalić się kolegom, znajomym, żeby się samemu trochę wybielić. To w przypadku tych „czarnych” i „ciemniejszych intelektualnie”. Dla bielszych skórą lub mentalnością biała kobieta to taki egzemplarz, z którym można porozmawiać, nie beka przy jedzeniu, nie czai się i nie trzeba zapłacić 300 sztuk rogatego bydła, żeby uważać ją za swoją. To całkiem fajne rozwiązanie :) dość ekonomiczne. Tylko ma taki defekt, że nie jest bezwarunkowo posłuszna, nie uważa że chwyciła boga za nogi i co wieczór nie składa dziękczynnych pokłonów za bycie posiadaną przez jakiegoś mężczyznę.
To tyle tytułem wtorkowo-porannego pitu-pitu :)
środa, 11 lutego 2009
Na lunch - Injira
W ramach zwiedzania Juby oraz zdrowego odzywiania się - jemy lunche :) Dzisiaj przyjemna wizyta w nieznanym mi z nazwy miejscu, w którym leciala mzungu-music i dawali Etiopskie jedzenie. Mniam...
poniedziałek, 9 lutego 2009
6 km do Konga
Drodzy czytelnicy mojego bloga,
Bardzo chciałam napisać wam, jaką to wspaniałą podróż do Yei odbyłam w zeszłym tygodniu, ale ze względu na tzw „zajeb” roboty, nie miałam do tej pory czasu. Teraz pewnie też bym nie miała, bo jest już 21:30 a o tej porze to grzeczne dziewczynki zazwyczaj spią, po tym jak przeharowały 13-14 godzin z ich dnia :) taki to już smutny lajf :P
Ale podróż-wycieczka była naprawde fajnym sposobem oderwania się od Jubowej codzienności. Przede wszystkim dlatego, że nie trzeba było walczyć z przeciwnościami losu, jak to jest zazwyczaj.
Wyruszyliśmy z Juby w środę, o godzinie 8:30. Przed nami zaledwie 100 mil drogi, czyli mniej wiecej 160km. W sumie nie daleko. Ale przecież wszyscy już wiemy, że odległości tutaj liczy się nie w kilometrach a w godzinach. Bo to przecież Afryka jest. Tym magicznym sposobem Yei jest dużo dalej od Juby, niż Kraków od Warszawy.
Zdążyliśmy wyjechać za miasto (pomijam fakt, że zajęło nam to godzinę, bo to jeszcze tu podjechać, coś tam załatwić, a do tego korki [sic!] – bo to w koncu stolica jest, wiec i korki muszą być jak na stolicę przystało), pokonaliśmy jakieś 5 kilometrów, a tu przed nami tzw. Akuku! Rozminowywanie drogi. Trzeba czekać.
Z tym rozminowywaniem to oczywiście jest tak, że ta właściwa drogowa droga już została rozminowana, albo to przez organizacje, które się tym zajmują, albo w najgorszym przypadku przez przygodnych rozminowywaczy. Teraz natomiast co jakiś czas stawia się tablice, że rozminowywać mogą tylko osoby upoważnione, w związku z czym lepiej nie zjeżdżać z drogi. Bo można co najmniej stracić nóżkę… No i stoimy tak z pół godziny w naszym wozie strażackim (bo czerwonym), czekamy aż człowiek operujący tą wielką machiną do pożerania min, skończy swoje zadanie i będziemy mogli spokojnie przejechać. Miny są bowiem tak blisko drogi czasem, że nie bardzo można pozwolić samochodom jeździć w czasie procederu znikania miny. Niech by się bowiem taka mina zdecydowała wybuchnąć. Można by było stracić oczko…
W końcu człowiek-mina dał znać człowiekowi szlabanowi, że czas przeciąć wstęgę i puścić tę rzeszę biedaków w dalszą drogę. Była już jakaś 11 chyba :)
Dodam jeszcze, że przez dłuższy czas naszej podróży chciało mi się siku. Oczywiście czegoś takiego jak zajazd przydrożny nie uraczysz (w ogóle na odcinku 160 km – dwie wsie), a jak tu się zatrzymać i pójść w las, jak tam miny… No słabo! W końcu jednak znaleźliśmy miejsce odpowiednie. Był zakręt i kamień i Maurice (nasz pracownik, Sudańczyk z Yei własnie) stal po drugiej stronie drogi a ja sikałam na jezdnię. Bo przecież w pole mi nowe nie będę wchodzić… Jakoś się przywiązałam do moich kończyn.
Potem czekała nas jeszcze dluga wyboista droga. Tzn krótka, bo zaledwie 25 mil, ale za to trwała jakies 2-3 godziny. Dyskoteka, jak to James określił. Jazda z tak zawrotną prędkością, że nawet się wskazówka prędkościomierza nie podnosi. Wolniej to już chyba tylko L-ki jeżdżą :)
Natomiast za jakąś górą i za jakimś krzakiem, za mostkiem, czekało to lepsze, to równiejsze. Droga – tzw. Marram grade II. Znaczy że droga bita 2 kategorii. Ale 80 km/h można pruć. Tak pruliśmy, że już koło 14:30, czyli zaledwie po 6 godzinach, byliśmy w Yei.
A w ogóle to do Yei pojechaliśmy obadać drewno, które do Juby przywozi się właśnie stamtąd. W związku z powyższym spotkaliśmy się w centralnym punkcie Yei z naszym przyszłym-niedoszłym dostawcą, aby pojechać na drewniane zakupy. I pojechaliśmy. Drogą do Kongo. Yei leży bowiem 18 mil od granicy z Kongo. Przyjeżdżają do tego miasta ludzie, którzy mieszkają z drugiej strony granicy, ale ponieważ w tym pieknym kraju kongijskim są tylko wojny, o drogach nikt nie słyszał, to łatwiej przedostać się do sąsiedniego państwa, niż szukać jakiejś większej mieściny gdzieś z drugiej strony dżungli. Bo jeść przecież coś trzeba, i nie tylko kore z drzewa.
No więc jedziemy po to drewno, prawdziwym Congo-Highway (zdjęcia na pikasie), przejeżdżamy przez wielgachne koleiny pełne wody, samochód ubłocony aż po progi, wielkie ciężkie Prado 4x4 a wozi nim w tym błocie jak maluchem na lodzie. No ale brniemy dalej, napotykamy takie ciężarówki, które sprawiają wrażenie absurdalnych. Bo widział ktoś takiego tira z Polskich dróg, z naczepą pełną drewna, żeby po takich dziurskach. Czizas, masz wrażenie, że coś się zaraz złamie albo przewróci i będzie katastrofa. Ale to oczywiście strach w oczach Białasów, bo ta droga po stronie Sudańskiej to jest autostrada, a tam w Kongu, skąd ten tir brał to drzewo nie ma nawet takiej drogi. Zamiast mostów wielkie drewniane bale, które ustawia się odpowiednio do rozstawu kół, i niczym podczas spaceru po linie, przejeżdża się przez jakąś szumiącą w dole rzeczkę. Pychota.
Dojechaliśmy w końcu do nikąd, więc nasz dostawca mówi: tutaj zgarniamy kolesia i troche zjedziemy z głównej drogi, żeby zgarnąć to drewno.
Już sama główna droga powoduje we mnie lekkie obawy o finalny stan aut (oprócz Toyoty jedzie z nami Isuzu dostawcze, ten nie ma napędu na 4 i ogólnie to nim jechać bym nie chciała, klimy nie ma :P), a pomysł zjeżdżania z niej napawa mnie lękiem. No ale jak mus to mus, jedziemy dalej, w bok. Równolegle do granicy. Po pół godziny jesteśmy 300m dalej, bo jakiś delikwent biegnie przed nami i wycina drzewka rosnące nam na drodze. W końcu Kiwi się denerwuje. Jest już 17, za 2 godziny będzie ciemno, a tu drewna nie ma. Jest dużo drzew, ale to jakby co innego. No to zawracamy. Zawracamy i jak na złość momentalnie łapiemy gumę. Ale nie, że taką normalną. W naszych bezdętkowych oponach toyotowych, które wyglądają pół-pancernie, jest dziura nie w bieżniku, a w boku koła. I to nie taka dziurka tsssss, tylko dziursko, że pięść można włożyć do środka.
Robi nam się ciepło… Wracamy bez dwóch zdań, powoli, ostrożnie, bo zostać w nocy w lesie, tuż obok granicy państwa, w którym jest wojna, na terenie państwa, w którym wojna dopiero co się skończyła, mając białego-świecącego pasażera na pokładzie, to lekko mówiąc samobójstwo.
Udaje nam się przed 20;00 dotrzeć z powrotem do Yei. Oczywiście na pokładzie nie mamy nawet zapałki, więc wkurwienie me sięga zenitu. Pytam kolesia, czy może nas jutro o 7 zabrac w jakieś bardziej cywilizowane miejsce, on oczywiście obiecuje, że tak zrobi. Oczywiście jak na Afrykańczyka przystało, nie pojawia się wcale rano, telefon ma wyłączony i ogólnie ma nas w dupie. My z resztą w tej dupie jesteśmy. Albo w innej, ale w dupie :)
Jest 20:00, jest ciemno, jesteśmy w Yei. Nie jest to jakoś szczególnie turystycznie rozwinięte miasteczko, więc szukamy jakiegoś noclegu. Całe szczęście, że w co drugiej dziurze w Sudanie jest albo był ONZ, USAID albo jakiś inny pomocnik zza oceanów, który wybudował camp dla swoich agentów, przysłał ich tu, żeby rozruszali troche towarzystwo, a potem zwinął agentów kolory białego, zostawiając czarnuszków, wzmocnionych, przeszkolonych liderów.
W związku z powyższym trafiamy do campu Norwegian People’s Aid, który ma swój compound w Yei. Okazuje się, że świetnie trafiamy, bo dostaję najwygodniejsze łóżko jakie miałam możliwość kłaść pod sobą odkąd przekroczyłam granice tego pięknego kraju. Full wypas podwójne wyro, z grubym, nowiutkim, nie wygniecionym materacem, do tego BAWEŁNIANE prześcieradło (nie sztucznizna) na spód i na wierzch, a na to wszystko – moskitiera, jak bita śmietana w deserze.
No to nocleg już jest, teraz opona. Znajdujemy takie miejsce, które jest warsztatem samochodowym, wulkanizacją i innymi podobnymi naraz. Plac podarowany przez rząd dzieciakom, które walczyły w czasie wojny w tzw. Red Army (jakieś dziwne skojarzenia mnie naszły jak to usłyszałam), czyli w armi dziecięcej. Ci to właśnie skrzywdzeni przez wojnę w sposób psychiczny lub fizyczny panowie prowadza warsztat. 24h, bo mieszkaja na tym samym placu. Jesteśmy mega szczęściarzami, bo okazuje się, że był tu ostatnio ktos z takim samym autem i chłopakom udalo się pozyskać jego zapasowe koło. Więc okazyjnie kupujemy je za 180 SDG, czyli 90 USD (hmmm….), pompujemy, zakladamy i spadamy.
Teraz już tylko jedzenie.
W każdej nawet najbardziej zapadłej dziurze jest knajpa, bo przeciez gdzies starszyzna się musi spotykać przy piwku. Całe szczęście Yei nie jest tak zapadłe bardzo. Knajp jest kilka, w tym ta jedna do której się wybraliśmy. Pojęcia nie mam bladego, czy ma to jakąś nazwę. Ale żarcie serwują paskudne. Natomiast piwko mają zimne, więc po jednym bach i zjazd do wyra, na to wielkie wygodne łóżko.
Czwartek zaczał się o 6:55, oczywiście naszego delikwenta nie ma, więc czym prędzej zmieniamy kurs i walimy prosto do kolesia, który ma swój drewniany skład na podwórku. Bogaty egzemplarz – ma murowany dom! Przyjeżdżamy akurat w momencie, gdy pan właściciel myje zęby, ale przecież nie szkodzi to w ubijaniu interesu. Z resztą na to mycie zębów patrzę z zazdrością, bo przecież szczoteczki nie wzięłam.
Kupujemy drewno, wrzucamy na Isuzu i HEJA do domku.
Dodam tylko, że drewno to potrzebne było na budowę. Głównie do robienia szalunków.
Kupiliśmy mahoń, bo był tańszy niż sosna.
Jak ktoś mi powie, że ma mahoniowe drzwi, to ja mu powiem, że ja mam mahoniowe szalunki, a co!
Bardzo chciałam napisać wam, jaką to wspaniałą podróż do Yei odbyłam w zeszłym tygodniu, ale ze względu na tzw „zajeb” roboty, nie miałam do tej pory czasu. Teraz pewnie też bym nie miała, bo jest już 21:30 a o tej porze to grzeczne dziewczynki zazwyczaj spią, po tym jak przeharowały 13-14 godzin z ich dnia :) taki to już smutny lajf :P
Ale podróż-wycieczka była naprawde fajnym sposobem oderwania się od Jubowej codzienności. Przede wszystkim dlatego, że nie trzeba było walczyć z przeciwnościami losu, jak to jest zazwyczaj.
Wyruszyliśmy z Juby w środę, o godzinie 8:30. Przed nami zaledwie 100 mil drogi, czyli mniej wiecej 160km. W sumie nie daleko. Ale przecież wszyscy już wiemy, że odległości tutaj liczy się nie w kilometrach a w godzinach. Bo to przecież Afryka jest. Tym magicznym sposobem Yei jest dużo dalej od Juby, niż Kraków od Warszawy.
Zdążyliśmy wyjechać za miasto (pomijam fakt, że zajęło nam to godzinę, bo to jeszcze tu podjechać, coś tam załatwić, a do tego korki [sic!] – bo to w koncu stolica jest, wiec i korki muszą być jak na stolicę przystało), pokonaliśmy jakieś 5 kilometrów, a tu przed nami tzw. Akuku! Rozminowywanie drogi. Trzeba czekać.
Z tym rozminowywaniem to oczywiście jest tak, że ta właściwa drogowa droga już została rozminowana, albo to przez organizacje, które się tym zajmują, albo w najgorszym przypadku przez przygodnych rozminowywaczy. Teraz natomiast co jakiś czas stawia się tablice, że rozminowywać mogą tylko osoby upoważnione, w związku z czym lepiej nie zjeżdżać z drogi. Bo można co najmniej stracić nóżkę… No i stoimy tak z pół godziny w naszym wozie strażackim (bo czerwonym), czekamy aż człowiek operujący tą wielką machiną do pożerania min, skończy swoje zadanie i będziemy mogli spokojnie przejechać. Miny są bowiem tak blisko drogi czasem, że nie bardzo można pozwolić samochodom jeździć w czasie procederu znikania miny. Niech by się bowiem taka mina zdecydowała wybuchnąć. Można by było stracić oczko…
W końcu człowiek-mina dał znać człowiekowi szlabanowi, że czas przeciąć wstęgę i puścić tę rzeszę biedaków w dalszą drogę. Była już jakaś 11 chyba :)
Dodam jeszcze, że przez dłuższy czas naszej podróży chciało mi się siku. Oczywiście czegoś takiego jak zajazd przydrożny nie uraczysz (w ogóle na odcinku 160 km – dwie wsie), a jak tu się zatrzymać i pójść w las, jak tam miny… No słabo! W końcu jednak znaleźliśmy miejsce odpowiednie. Był zakręt i kamień i Maurice (nasz pracownik, Sudańczyk z Yei własnie) stal po drugiej stronie drogi a ja sikałam na jezdnię. Bo przecież w pole mi nowe nie będę wchodzić… Jakoś się przywiązałam do moich kończyn.
Potem czekała nas jeszcze dluga wyboista droga. Tzn krótka, bo zaledwie 25 mil, ale za to trwała jakies 2-3 godziny. Dyskoteka, jak to James określił. Jazda z tak zawrotną prędkością, że nawet się wskazówka prędkościomierza nie podnosi. Wolniej to już chyba tylko L-ki jeżdżą :)
Natomiast za jakąś górą i za jakimś krzakiem, za mostkiem, czekało to lepsze, to równiejsze. Droga – tzw. Marram grade II. Znaczy że droga bita 2 kategorii. Ale 80 km/h można pruć. Tak pruliśmy, że już koło 14:30, czyli zaledwie po 6 godzinach, byliśmy w Yei.
A w ogóle to do Yei pojechaliśmy obadać drewno, które do Juby przywozi się właśnie stamtąd. W związku z powyższym spotkaliśmy się w centralnym punkcie Yei z naszym przyszłym-niedoszłym dostawcą, aby pojechać na drewniane zakupy. I pojechaliśmy. Drogą do Kongo. Yei leży bowiem 18 mil od granicy z Kongo. Przyjeżdżają do tego miasta ludzie, którzy mieszkają z drugiej strony granicy, ale ponieważ w tym pieknym kraju kongijskim są tylko wojny, o drogach nikt nie słyszał, to łatwiej przedostać się do sąsiedniego państwa, niż szukać jakiejś większej mieściny gdzieś z drugiej strony dżungli. Bo jeść przecież coś trzeba, i nie tylko kore z drzewa.
No więc jedziemy po to drewno, prawdziwym Congo-Highway (zdjęcia na pikasie), przejeżdżamy przez wielgachne koleiny pełne wody, samochód ubłocony aż po progi, wielkie ciężkie Prado 4x4 a wozi nim w tym błocie jak maluchem na lodzie. No ale brniemy dalej, napotykamy takie ciężarówki, które sprawiają wrażenie absurdalnych. Bo widział ktoś takiego tira z Polskich dróg, z naczepą pełną drewna, żeby po takich dziurskach. Czizas, masz wrażenie, że coś się zaraz złamie albo przewróci i będzie katastrofa. Ale to oczywiście strach w oczach Białasów, bo ta droga po stronie Sudańskiej to jest autostrada, a tam w Kongu, skąd ten tir brał to drzewo nie ma nawet takiej drogi. Zamiast mostów wielkie drewniane bale, które ustawia się odpowiednio do rozstawu kół, i niczym podczas spaceru po linie, przejeżdża się przez jakąś szumiącą w dole rzeczkę. Pychota.
Dojechaliśmy w końcu do nikąd, więc nasz dostawca mówi: tutaj zgarniamy kolesia i troche zjedziemy z głównej drogi, żeby zgarnąć to drewno.
Już sama główna droga powoduje we mnie lekkie obawy o finalny stan aut (oprócz Toyoty jedzie z nami Isuzu dostawcze, ten nie ma napędu na 4 i ogólnie to nim jechać bym nie chciała, klimy nie ma :P), a pomysł zjeżdżania z niej napawa mnie lękiem. No ale jak mus to mus, jedziemy dalej, w bok. Równolegle do granicy. Po pół godziny jesteśmy 300m dalej, bo jakiś delikwent biegnie przed nami i wycina drzewka rosnące nam na drodze. W końcu Kiwi się denerwuje. Jest już 17, za 2 godziny będzie ciemno, a tu drewna nie ma. Jest dużo drzew, ale to jakby co innego. No to zawracamy. Zawracamy i jak na złość momentalnie łapiemy gumę. Ale nie, że taką normalną. W naszych bezdętkowych oponach toyotowych, które wyglądają pół-pancernie, jest dziura nie w bieżniku, a w boku koła. I to nie taka dziurka tsssss, tylko dziursko, że pięść można włożyć do środka.
Robi nam się ciepło… Wracamy bez dwóch zdań, powoli, ostrożnie, bo zostać w nocy w lesie, tuż obok granicy państwa, w którym jest wojna, na terenie państwa, w którym wojna dopiero co się skończyła, mając białego-świecącego pasażera na pokładzie, to lekko mówiąc samobójstwo.
Udaje nam się przed 20;00 dotrzeć z powrotem do Yei. Oczywiście na pokładzie nie mamy nawet zapałki, więc wkurwienie me sięga zenitu. Pytam kolesia, czy może nas jutro o 7 zabrac w jakieś bardziej cywilizowane miejsce, on oczywiście obiecuje, że tak zrobi. Oczywiście jak na Afrykańczyka przystało, nie pojawia się wcale rano, telefon ma wyłączony i ogólnie ma nas w dupie. My z resztą w tej dupie jesteśmy. Albo w innej, ale w dupie :)
Jest 20:00, jest ciemno, jesteśmy w Yei. Nie jest to jakoś szczególnie turystycznie rozwinięte miasteczko, więc szukamy jakiegoś noclegu. Całe szczęście, że w co drugiej dziurze w Sudanie jest albo był ONZ, USAID albo jakiś inny pomocnik zza oceanów, który wybudował camp dla swoich agentów, przysłał ich tu, żeby rozruszali troche towarzystwo, a potem zwinął agentów kolory białego, zostawiając czarnuszków, wzmocnionych, przeszkolonych liderów.
W związku z powyższym trafiamy do campu Norwegian People’s Aid, który ma swój compound w Yei. Okazuje się, że świetnie trafiamy, bo dostaję najwygodniejsze łóżko jakie miałam możliwość kłaść pod sobą odkąd przekroczyłam granice tego pięknego kraju. Full wypas podwójne wyro, z grubym, nowiutkim, nie wygniecionym materacem, do tego BAWEŁNIANE prześcieradło (nie sztucznizna) na spód i na wierzch, a na to wszystko – moskitiera, jak bita śmietana w deserze.
No to nocleg już jest, teraz opona. Znajdujemy takie miejsce, które jest warsztatem samochodowym, wulkanizacją i innymi podobnymi naraz. Plac podarowany przez rząd dzieciakom, które walczyły w czasie wojny w tzw. Red Army (jakieś dziwne skojarzenia mnie naszły jak to usłyszałam), czyli w armi dziecięcej. Ci to właśnie skrzywdzeni przez wojnę w sposób psychiczny lub fizyczny panowie prowadza warsztat. 24h, bo mieszkaja na tym samym placu. Jesteśmy mega szczęściarzami, bo okazuje się, że był tu ostatnio ktos z takim samym autem i chłopakom udalo się pozyskać jego zapasowe koło. Więc okazyjnie kupujemy je za 180 SDG, czyli 90 USD (hmmm….), pompujemy, zakladamy i spadamy.
Teraz już tylko jedzenie.
W każdej nawet najbardziej zapadłej dziurze jest knajpa, bo przeciez gdzies starszyzna się musi spotykać przy piwku. Całe szczęście Yei nie jest tak zapadłe bardzo. Knajp jest kilka, w tym ta jedna do której się wybraliśmy. Pojęcia nie mam bladego, czy ma to jakąś nazwę. Ale żarcie serwują paskudne. Natomiast piwko mają zimne, więc po jednym bach i zjazd do wyra, na to wielkie wygodne łóżko.
Czwartek zaczał się o 6:55, oczywiście naszego delikwenta nie ma, więc czym prędzej zmieniamy kurs i walimy prosto do kolesia, który ma swój drewniany skład na podwórku. Bogaty egzemplarz – ma murowany dom! Przyjeżdżamy akurat w momencie, gdy pan właściciel myje zęby, ale przecież nie szkodzi to w ubijaniu interesu. Z resztą na to mycie zębów patrzę z zazdrością, bo przecież szczoteczki nie wzięłam.
Kupujemy drewno, wrzucamy na Isuzu i HEJA do domku.
Dodam tylko, że drewno to potrzebne było na budowę. Głównie do robienia szalunków.
Kupiliśmy mahoń, bo był tańszy niż sosna.
Jak ktoś mi powie, że ma mahoniowe drzwi, to ja mu powiem, że ja mam mahoniowe szalunki, a co!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
