W Sudanie jest strasznie inaczej. Biedniej niż w Kenii, drożej, gorecej, straszniej. Na ulicach spotykasz zolnierzy groźnie spogladajacych spod swoich czerwonych beretów, często uzbrojonych w najpopularniejszy karabin świata - AK-47 (nawiasem mowiac, Rosjanie sprzedają to lepiej niż USA coca-cole, tutaj Kalacha ma prawie każdy, a na czarny słodki napój stać tylko niektórych).
Generalnie widać, ze to kraj, który raptem 4 lata temu przestał walczyć, którego od niedawna nie obowiązuje embargo na wszystko, kraj jak wielki odkurzacz, zasysajacy wszystko co można z przyjaznych krajów osciennych (Kenia, Uganda). Bo tutaj wszystko jest z importu. Każda jedna rzecz, która nie może powstać w podrzednym warsztaciku skleconym z trawy i bambusa, musi być przywieziona do Sudanu. Dojeżdża tu drogą, prawdziwym afrykańskim high-wayem, który jest bardziej dziurawy niż sitko. Choć właściwie ciężko stwierdzić ze jest dziurawy. Musiałoby to oznaczać, ze jest jakaś płaszczyzna która została podziurawiona, a tutaj nie do końca tak jest. Tu za autostradę do Kenii i Ugandy robi trochę poszerzona lepiej ubitą polna droga, która w czasie pory deszczowej przypomina raczej rzekę Jangcy (płynące błoto). Tymi właśnie szlakami do Juby, czyli stolicy Poludniowego Sudanu, dociera wszystko - pomarancze, ananasy, ziemniaki jak również ryby (mimo, ze Nil jest pełen tego towaru także i tutaj). A wszystko to dlatego, ze przez ostatnie 60 lat wszyscy wychodzili z założenia, ze nie ma sie co osiedlać, rozpoczynać upraw, rozkręcać biznesów, bo zaraz armia wpadnie na pomysł żeby Cie opodatkować albo zamknąć Ci ten biznes. A w dodatku w taki sposób, w jaki armia w czasie wojny lubi najbardziej, bez względu jaka to armia, południowa czy północna. Obie potrzebują pieniędzy.
Z tymi rybami to jeszcze jest tak, ze Polnoc, czyli Sudan Wlasciwy, sprzedał jakiejś egipskiej firmie licencję na połów ryb właśnie w tych okolicach i tylko oni mogą odlawiac hurtowe ilości. Oczywiście tego nie robią, bo pewnie sie nie opłaca, ryzyko za duże, rynek za mały albo jeszcze coś tam, więc ryby przyjeżdżają z Ugandy. Dodam tylko, ze Jube i Ugande dzielą trzy dni drogi a temperatura za dnia tutaj to jakieś 40 stopni. Smacznego!!
No i właśnie dlatego Sudan jes odkurzaczem. Zasysa wszystko. Zassal i mnie.
Nie jest to może idealne miejsce do tego żeby żyć, zakładać rodzinę i chodzić do parku na niedzielne spacery z psem, ale Sudan to żywioł. To czysty wzrost ekonomiczny, szał budowania, powstawania i tworzenia. Tutaj wszystko rośnie. Pojawia sie z dnia na dzień. Szaleństwo.
Jedziesz sobie taka drogą do nikąd i wystarczy ze powiesz stop, wyjmiesz parę dolarów i postanowisz rozkręcić biznes - sukces masz murowany! Jest to generalna zasada sprawdzającą się nie tylko tutaj, ale tu widać ze ta ziemia wola o kapitał, o inwestycje, o to żeby ktoś pomógł im rosnąć lepiej.
I ja tu właśnie po to, fajnie nie? Będę zbawiać świat po sgh-owemu. Nie tak że będę rozdawać ubranka albo miski z ryżem, tylko będę budować infrastrukturę, wielka wędkę, która pozwoli Sudanowi łowić ryby nie tylko z Nilu. Jestem z siebie tak dumna, ze zaraz pęknę!
wtorek, 27 stycznia 2009
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Najcieplejszy styczeń w życiu...
Jestem w Sudanie, ale nie w tym w którym obowiązuje prawo koraniczne, w którym zlodziejom obcina się rece. Jestem w Sudanie Poludniowym...
Jestem w miejscu gdzie 40 stopniowy upal uwazany jest za codziennosc, bo przeciez w lutym ma byc jeszcze cieplej.
Jestem w Jubie, stolicy autonomii Poludniowego Sudanu. W miescie które przyrasta w takim tempie jak Dubai, tylko w lekko innej formie.
Jestem w mrowisku.
Buduje ministerstwo telekomunikacji.
Dominuje jednak u mnie jedna mysl - jest mi strasznie goraco!
Bede wam teraz opowiadac nowe bajki.
Wasza Afrykanska Kiwi
Jestem w miejscu gdzie 40 stopniowy upal uwazany jest za codziennosc, bo przeciez w lutym ma byc jeszcze cieplej.
Jestem w Jubie, stolicy autonomii Poludniowego Sudanu. W miescie które przyrasta w takim tempie jak Dubai, tylko w lekko innej formie.
Jestem w mrowisku.
Buduje ministerstwo telekomunikacji.
Dominuje jednak u mnie jedna mysl - jest mi strasznie goraco!
Bede wam teraz opowiadac nowe bajki.
Wasza Afrykanska Kiwi
sobota, 1 listopada 2008
Złodziejski chleb powszedni (z 10.10.2008)
Świat jest pełen świrów i złodziei. Szczególnie zaś świat wypaczony przez biedę, kolonializm, białych turystów z poczuciem winy, że oni tacy bogaci a tu taka bieda. Świat, w którym najłatwiej zarobić żebrząc a to żebranie wcale nie uwłacza twojej godności. Świat, w którym jako złodziej czujesz się niemalże bezkarny. Świat, w którym łapówka nazywana jest herbatą, a herbata najpopularniejszym napojem.
Afryka jest pełna świrów i złodziei. Jest też pelna leniwych ludzi, którzy nie chcą pracować, a jak już nawet im się zdarza, to robią to niedbale, niechlujnie, opieszale i w ogóle w dupie mają swoją pracę.
A najgorsze w Afryce jest przeświadczenie, że biały jest jakiś lepszy, bogaty, przed czarnym i w dodatku ze złota. Łączy się to oczywiście z zazdrością, zawiścią, nienawiścią czasem.
Taki koktajl podany w szklance biedy powoduje, że nie można czuć się całkiem bezpiecznym na ulicach. Bo jak można nieść świecący garniec pełen złota poprzez biedny, głodny świat, tuż przed oczami biednych, glodnych, zdesperowanych. Ten garniec trzeba wozić taksówką.
To był właśnie ten błąd, który doprowadził do tego, że zostałam pierwszy raz w życiu okradziona.
Cała ta sytuacja nauczyła mnie jednego – trzeba kochać ten świat, ale jednak zza pancernej szyby, wpuszczając za nią tylko niektórych, wybranych, nam podobnych. Takich, którzy wyciągniętej ręki nie chcą odgryźć.
Afryka jest pełna świrów i złodziei. Jest też pelna leniwych ludzi, którzy nie chcą pracować, a jak już nawet im się zdarza, to robią to niedbale, niechlujnie, opieszale i w ogóle w dupie mają swoją pracę.
A najgorsze w Afryce jest przeświadczenie, że biały jest jakiś lepszy, bogaty, przed czarnym i w dodatku ze złota. Łączy się to oczywiście z zazdrością, zawiścią, nienawiścią czasem.
Taki koktajl podany w szklance biedy powoduje, że nie można czuć się całkiem bezpiecznym na ulicach. Bo jak można nieść świecący garniec pełen złota poprzez biedny, głodny świat, tuż przed oczami biednych, glodnych, zdesperowanych. Ten garniec trzeba wozić taksówką.
To był właśnie ten błąd, który doprowadził do tego, że zostałam pierwszy raz w życiu okradziona.
Cała ta sytuacja nauczyła mnie jednego – trzeba kochać ten świat, ale jednak zza pancernej szyby, wpuszczając za nią tylko niektórych, wybranych, nam podobnych. Takich, którzy wyciągniętej ręki nie chcą odgryźć.
Seria niefortunnych zdarzeń (z 5.10.2008)
Do Maji Moto zjechała nowa ekipa wolontariuszy. Jest świeżo, wesoło, zabawnie i z zapałem. We wtorek cała ekipa zebrała się, żeby zaplanować działania na nastepny tydzień. Ambitnie podeszliśmy do tematu. Full-wypas tabelka, wszystko smooth and clear. A potem wtargnęła rzeczywistość.
Czwartek
Szeroko zakrojona działalność projektowa sprowadziła się do wyprowadzenia się z Manyatt konsumowanych powolnie przez termity, do namiotów. Poczułam, że mój pobyt w Maji Moto zatoczył koło… Znów w namiocie…
Wieczorem zaś przyszedł wódz, żeby poinformować nas, że ktoś nam kradnie cement i on już wie kto!
Piątek – dzień drugi
Wsadzamy ludzi do więzienia
Zaczęło się o 6.00 rano, kiedy to taksówka-komora gazowa przyjechała po mnie i Leszka (tego z Sega, który teraz w MM kible buduje – dziadek klozetowy taki…) i zabrać nas do Narok na Policję. Mieliśmy bowiem zachęcić policjantów do przyjazdu do Maji Moto. Przyjechali, odkryliśmy przed nimi, że 3 fundich i 3 Masajów wynosi nam materiały z magazynu i sprzedaje dyrektorowi szkoły podstawowej z pobliskiej miejscowości. Policjanci grzecznie aresztowali panów Złodzieji i kazali wracać do Narok składać zeznania. Cały boży dzień na narokańskim komisariacie. Plany szlag trafił, ale za to 6 chłopa za kratami. Prawdziwa pomoc rozwojowa…
Sobota – dzień trzeci
Plaga chorób
W piątek nad ranem wstałam siku. Wysikałam się pod krzaczkiem i postanowiłam odnaleźć cole, którą zostawiłam przy ognisku. Wcześnie zaś padał deszcz. Dość długo i dość mocno (przypominam, że jesteśmy jeszcze w namiotach – wszystko płynie – Panta Rei). Idę do ogniska i widzę płonącą na czerwono gałąź, przekonana, że to właśnie ognisko. Ale! Ktoś mądry wcześniej wysunął tę gałąź z ogniska, żeby nie płonęła (choć nic to nie dało), ognisko przykrył popiół i w zupełnej ciemnicy (bo bez latarki of course) nie zauważyłam, że zaczynam chodzić po rozżarzonych węglach. Poparzyłam sobie palce u nóg.
Ale nic to – Maja obudziła się z 38 stopniami gorączki, grypą, drgawkami itp. A Simat na ten przykład nadzial się na jakiś drucik, spuchło mu cale udo, normalnie ledwie chodził…
Pomór w obozie…
Czwartek
Szeroko zakrojona działalność projektowa sprowadziła się do wyprowadzenia się z Manyatt konsumowanych powolnie przez termity, do namiotów. Poczułam, że mój pobyt w Maji Moto zatoczył koło… Znów w namiocie…
Wieczorem zaś przyszedł wódz, żeby poinformować nas, że ktoś nam kradnie cement i on już wie kto!
Piątek – dzień drugi
Wsadzamy ludzi do więzienia
Zaczęło się o 6.00 rano, kiedy to taksówka-komora gazowa przyjechała po mnie i Leszka (tego z Sega, który teraz w MM kible buduje – dziadek klozetowy taki…) i zabrać nas do Narok na Policję. Mieliśmy bowiem zachęcić policjantów do przyjazdu do Maji Moto. Przyjechali, odkryliśmy przed nimi, że 3 fundich i 3 Masajów wynosi nam materiały z magazynu i sprzedaje dyrektorowi szkoły podstawowej z pobliskiej miejscowości. Policjanci grzecznie aresztowali panów Złodzieji i kazali wracać do Narok składać zeznania. Cały boży dzień na narokańskim komisariacie. Plany szlag trafił, ale za to 6 chłopa za kratami. Prawdziwa pomoc rozwojowa…
Sobota – dzień trzeci
Plaga chorób
W piątek nad ranem wstałam siku. Wysikałam się pod krzaczkiem i postanowiłam odnaleźć cole, którą zostawiłam przy ognisku. Wcześnie zaś padał deszcz. Dość długo i dość mocno (przypominam, że jesteśmy jeszcze w namiotach – wszystko płynie – Panta Rei). Idę do ogniska i widzę płonącą na czerwono gałąź, przekonana, że to właśnie ognisko. Ale! Ktoś mądry wcześniej wysunął tę gałąź z ogniska, żeby nie płonęła (choć nic to nie dało), ognisko przykrył popiół i w zupełnej ciemnicy (bo bez latarki of course) nie zauważyłam, że zaczynam chodzić po rozżarzonych węglach. Poparzyłam sobie palce u nóg.
Ale nic to – Maja obudziła się z 38 stopniami gorączki, grypą, drgawkami itp. A Simat na ten przykład nadzial się na jakiś drucik, spuchło mu cale udo, normalnie ledwie chodził…
Pomór w obozie…
Kisumu po raz drugi (z 22.09.2008)
Pojechałam z Krzyśkiem w ten weekend do Kisumu w celu wymiany lub naprawy panelu słonecznego, który miał nieść światłość Polakom w Maji Moto, ale nie doniósł. W związku z powyższym należało dokonać aktu podmianki gwarancyjnej czy coś. Toteż po krótkiej konsultacji z Anandę (człowiekiem z Kisumu, który handluje elektrycznością), postanowiliśmy ruszyć w świat.
Po drodze trzasnęliśmy parę fotek i w końcu koło 14:00, po 5 godzinach jazdy (a wydawało się to jakoś bliżej) dotarliśmy do celu. A tam – same cuda na kiju!
Anand (również zwany Amantem) jak na przedsiębiorczego Kenijczyka przystało – jest hindusem. Oni wszyscy tak. Jak ktoś jest dobrze zorientowany w biznesie to albo ma kropkę na czole, albo ołtarzyk Hari Kriszna za ladą albo chociaż ktoś z najbliższej rodziny urodził się z drugiej strony oceanu indyjskiego. No ale to nie o tym miało być…
Anand (jak na Amanta przystało – przystojniak z fajną żonką po studiach w Londynie) zaprosił mnie i Krzyśka na obiad do Klubu Cosmopolitan. A tam kolonializm ryczący – tylko jakiś taki Dziwnowy troszku… Przy stołach Hindusi (70%), białasy (20%) lub azjaci raczej chińscy, obsługują ich murzynki z sobie właściwym podejściem do tematu – z hakuną makatą w powolnych ruchach ciała. Murzynki słabo w ogóle kumają o co chodzi w byciu kelnerem i na przykład przynoszą 3 wody i 1 piwo zamiast 1 wody, 1 piwa i 2 coca-caoli i podwójnej whisky… Ale o to mniejsza.
Klub jak na kolonializm ryczący przystało – jest klubem sportowym (boisko do siatki, tenisa, squash, badmintona i basen) a po środeczku, przy basenie, taras, na tarasie restauracja a w karcie bardzo typowo „Kenijsko” – chicken masala, butter chicken i inne hinduskie smakołyki. Obiadek full wypas. Aż sobie przypomniałam, że tak dawno nie jadłam niczego o tak zdecydowanym smaku a przy tym tak pysznego.
Po tej hinduskiej fecie wyruszyliśmy w drogę z Kisumu do Sega, żeby zgarnąć Leszka, który w cierpieniu oczekiwał na nasz przyjazd. Cierpiał, bo z samego rana wbijając ostatnie gwoździe na posterunku w Sega, tak się spieszył, że zapomniał gwoździa i młotkiem przywalił sobie w palec. Ślicznie, pysznie, śliwkowo…
Leszek zgarnięty, drzwi zaryglowane – ruszamy. Po 15 minutach spotykamy ulewę. Jest już zupełnie ciemno, w drodze dziury (a właściwie – między dziurami skrawki asfaltu), a z nieba leje się jak z kranu. Koszmar. Po ponad 2 godzinach takiej jazdy docieramy z powrotem do Kisumu, lokujemy się w hotelu „Sunset”, na 5 piętrze, w pokoju z widokiem na jezioro Wiktoria. Bierzemy szybki prysznic i biegiem na dół, bo tam czeka już na nas Anand, żeby zabrać nas na imprezowe tournee dookoła Kisumu.
Zaczynamy od chińskiej restauracji, w której serwują prawdziwe delicje. Poza tym tradycyjnie czarni kelnerzy ubrani w tradycyjne chińskie kimono-kubraczki, tradycyjnie tępawo uśmiechnięci próbują sprawnie nas obsługiwać ze skutkiem dużo lepszym niż poprzednicy, ale nie w pełni satysfakcjonującym.
Z restauracji ruszamy do Klubu nr 1, nazwy ani lokalizacji nie znam. Klub był jeszcze pusty, więc po jednym drineczku ruszamy w dalszą trasę. Trafiamy do lokalu o nazwie Grill Mouse. Tłum czarnych lokalesów, upał, impreza. I to jaka!
No więc drineczek (nie wiem już który) i na parkiet, a tutaj…
Pierwszy raz czułam się jak kosmita… Mzungu na parkiecie działa jak magnes jak magnes na czarnych facetów (a do tego prawie świeci w ultrafiolecie). Po trzech dygnięciach nóżką miałam wokół siebie już tak wielkie grono adoratorów, że tańczyli w trzech rzędach wokół mnie. To oczywiście budzi zawiść i niepokój żeńskiej części Kenijskiej populacji, więc wokół tych facetów zaczynają kręcić się jakieś laski. Po kilku kawałkach masz wrażenie, że cały parkiet kręci się wokół ciebie. Ale Murzyni próbują być kochanie i czarujący więc zagadują Mzungu. Pada tradycyjny zestaw pytań (Jak masz na imię? Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak Ci się podoba w Kenii?). Był tylko jeden nieszablonowy egzemplarz. Koleś który przemówił do mnie tymi słowy:
„I love the package – beautiful and great dancer”
I zabił mnie niemalże…
Potem z Grill House poszliśmy jeszcze w jedno miejsce na lekki chillout, gdzie spotkaliśmy chłopaka pół-polaka, pół-luo. Bardzo zdziwieni po 1,5h rozmowy, wyczerpanie i solidnie napici wróciliśmy do Sunset Hotel, żeby pójść spać i przespać śniadanie.
A cały następny dzień na mega kacu spędziliśmy w samochodzie… W drodze do Maji Moto.
Po drodze trzasnęliśmy parę fotek i w końcu koło 14:00, po 5 godzinach jazdy (a wydawało się to jakoś bliżej) dotarliśmy do celu. A tam – same cuda na kiju!
Anand (również zwany Amantem) jak na przedsiębiorczego Kenijczyka przystało – jest hindusem. Oni wszyscy tak. Jak ktoś jest dobrze zorientowany w biznesie to albo ma kropkę na czole, albo ołtarzyk Hari Kriszna za ladą albo chociaż ktoś z najbliższej rodziny urodził się z drugiej strony oceanu indyjskiego. No ale to nie o tym miało być…
Anand (jak na Amanta przystało – przystojniak z fajną żonką po studiach w Londynie) zaprosił mnie i Krzyśka na obiad do Klubu Cosmopolitan. A tam kolonializm ryczący – tylko jakiś taki Dziwnowy troszku… Przy stołach Hindusi (70%), białasy (20%) lub azjaci raczej chińscy, obsługują ich murzynki z sobie właściwym podejściem do tematu – z hakuną makatą w powolnych ruchach ciała. Murzynki słabo w ogóle kumają o co chodzi w byciu kelnerem i na przykład przynoszą 3 wody i 1 piwo zamiast 1 wody, 1 piwa i 2 coca-caoli i podwójnej whisky… Ale o to mniejsza.
Klub jak na kolonializm ryczący przystało – jest klubem sportowym (boisko do siatki, tenisa, squash, badmintona i basen) a po środeczku, przy basenie, taras, na tarasie restauracja a w karcie bardzo typowo „Kenijsko” – chicken masala, butter chicken i inne hinduskie smakołyki. Obiadek full wypas. Aż sobie przypomniałam, że tak dawno nie jadłam niczego o tak zdecydowanym smaku a przy tym tak pysznego.
Po tej hinduskiej fecie wyruszyliśmy w drogę z Kisumu do Sega, żeby zgarnąć Leszka, który w cierpieniu oczekiwał na nasz przyjazd. Cierpiał, bo z samego rana wbijając ostatnie gwoździe na posterunku w Sega, tak się spieszył, że zapomniał gwoździa i młotkiem przywalił sobie w palec. Ślicznie, pysznie, śliwkowo…
Leszek zgarnięty, drzwi zaryglowane – ruszamy. Po 15 minutach spotykamy ulewę. Jest już zupełnie ciemno, w drodze dziury (a właściwie – między dziurami skrawki asfaltu), a z nieba leje się jak z kranu. Koszmar. Po ponad 2 godzinach takiej jazdy docieramy z powrotem do Kisumu, lokujemy się w hotelu „Sunset”, na 5 piętrze, w pokoju z widokiem na jezioro Wiktoria. Bierzemy szybki prysznic i biegiem na dół, bo tam czeka już na nas Anand, żeby zabrać nas na imprezowe tournee dookoła Kisumu.
Zaczynamy od chińskiej restauracji, w której serwują prawdziwe delicje. Poza tym tradycyjnie czarni kelnerzy ubrani w tradycyjne chińskie kimono-kubraczki, tradycyjnie tępawo uśmiechnięci próbują sprawnie nas obsługiwać ze skutkiem dużo lepszym niż poprzednicy, ale nie w pełni satysfakcjonującym.
Z restauracji ruszamy do Klubu nr 1, nazwy ani lokalizacji nie znam. Klub był jeszcze pusty, więc po jednym drineczku ruszamy w dalszą trasę. Trafiamy do lokalu o nazwie Grill Mouse. Tłum czarnych lokalesów, upał, impreza. I to jaka!
No więc drineczek (nie wiem już który) i na parkiet, a tutaj…
Pierwszy raz czułam się jak kosmita… Mzungu na parkiecie działa jak magnes jak magnes na czarnych facetów (a do tego prawie świeci w ultrafiolecie). Po trzech dygnięciach nóżką miałam wokół siebie już tak wielkie grono adoratorów, że tańczyli w trzech rzędach wokół mnie. To oczywiście budzi zawiść i niepokój żeńskiej części Kenijskiej populacji, więc wokół tych facetów zaczynają kręcić się jakieś laski. Po kilku kawałkach masz wrażenie, że cały parkiet kręci się wokół ciebie. Ale Murzyni próbują być kochanie i czarujący więc zagadują Mzungu. Pada tradycyjny zestaw pytań (Jak masz na imię? Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak Ci się podoba w Kenii?). Był tylko jeden nieszablonowy egzemplarz. Koleś który przemówił do mnie tymi słowy:
„I love the package – beautiful and great dancer”
I zabił mnie niemalże…
Potem z Grill House poszliśmy jeszcze w jedno miejsce na lekki chillout, gdzie spotkaliśmy chłopaka pół-polaka, pół-luo. Bardzo zdziwieni po 1,5h rozmowy, wyczerpanie i solidnie napici wróciliśmy do Sunset Hotel, żeby pójść spać i przespać śniadanie.
A cały następny dzień na mega kacu spędziliśmy w samochodzie… W drodze do Maji Moto.
czwartek, 25 września 2008
Matatu relacji Kisumu – Kisii
W drodze z Sega do Maji Moto przytrafiła mi się niesłychana niesłychaność.
W Afryce biały człowiek (czyli Mzungu) napotyka setki czarnych rąk wyciągniętych w stronę jego portfela. Bywa to okropnie męczące. Dzieci biegnące za tobą z krzykiem na ustach „Mzungu, give me sweets” albo „Madam, kup mi sodę”. Starsi są konkretniejsi: „Madam, kup mi lunch, jestem głodny” albo hicior sezonu „Madam, daj mi coś na pamiątkę naszego spotkania. Najlepiej 200 Szylingów”.
Trzeba się przyzwyczaić i uodpornić.
Ale dzisiaj w autobusie z Kisumu do Kisii zostalam zaszokowana. Dobrze, że siedziałam i jak zwykle było ciasno jak w puszce, bo bym chyba upadła albo spadła z fotela.
Okazało się bowiem, że mój autobus koloru wściekle żółtego z migającymi światełkami nie zajeżdża na stację Matatu, skąd mogłabym wziąć udział w kolejnej podróży pojazdem kosmicznym przez kenijskie „drogi” i dotrzeć wytelepana do Narok. Wcześniej zaś powiedziałam jakiemuś żebrakowi, że mam tylko tyle kasy żeby starczyło mi na matatu do Narok i niech zjeżdża ze swoją krzywą nogą ode mnie (tych różnych szubrawców są tu jakieś miliony, wyrastają znikąd).
A w ogóle to siedziałam na miejscu konduktora, bo powiedziałam, że nie będę jechać na stojąco. Biała Pani musi usiąść. Byłam więc otoczona pilną opieką wieloosobowej załogi matatu (4 chłopa, w tym konduktor). No i nagle tuż przed Kisii pan konduktor mówi mi, że ten pojazd nie zawiezie mnie na stacje, więc on mi DA 20 KSH, żebym jakimś Boda-boda (rowerem-taksówką) albo innym matatem dojechała do stacji.
Wyobrażacie sobie mój szok?
W kraju, w którym na każdym kroku ktoś chce mi coś sprzedać, wyżebrać, ukraść albo mnie oszukać dając mi specjalną dwukrotną cenę jako Mzungu Price i w ten sposób wyrwać ze mnie chociaż kilka szyli dla siebie, spotykam kolesia, który sam z własnej nieprzymuszonej woli chce mi dać pieniądze, 20 bob, no nie za dużo, ale jednak! Szok pełen.
Przyjęłam te pieniądze, bo nie ładnie odrzucić chęć pomocy, po czym wyjęłam z kieszeni inne 20 KSH i dałam Panu na sodę.
Ubaw mieliśmy po pachy a do tego padło monumentalne stwierdzenie. Człowiek powiedział, że on po prostu musi dbać o wysoki poziom obsługi klienta.
SZOK!
No szok po prostu! Do tej pory zbieram szczękę i muszę ją podtrzymywać.
W Afryce biały człowiek (czyli Mzungu) napotyka setki czarnych rąk wyciągniętych w stronę jego portfela. Bywa to okropnie męczące. Dzieci biegnące za tobą z krzykiem na ustach „Mzungu, give me sweets” albo „Madam, kup mi sodę”. Starsi są konkretniejsi: „Madam, kup mi lunch, jestem głodny” albo hicior sezonu „Madam, daj mi coś na pamiątkę naszego spotkania. Najlepiej 200 Szylingów”.
Trzeba się przyzwyczaić i uodpornić.
Ale dzisiaj w autobusie z Kisumu do Kisii zostalam zaszokowana. Dobrze, że siedziałam i jak zwykle było ciasno jak w puszce, bo bym chyba upadła albo spadła z fotela.
Okazało się bowiem, że mój autobus koloru wściekle żółtego z migającymi światełkami nie zajeżdża na stację Matatu, skąd mogłabym wziąć udział w kolejnej podróży pojazdem kosmicznym przez kenijskie „drogi” i dotrzeć wytelepana do Narok. Wcześniej zaś powiedziałam jakiemuś żebrakowi, że mam tylko tyle kasy żeby starczyło mi na matatu do Narok i niech zjeżdża ze swoją krzywą nogą ode mnie (tych różnych szubrawców są tu jakieś miliony, wyrastają znikąd).
A w ogóle to siedziałam na miejscu konduktora, bo powiedziałam, że nie będę jechać na stojąco. Biała Pani musi usiąść. Byłam więc otoczona pilną opieką wieloosobowej załogi matatu (4 chłopa, w tym konduktor). No i nagle tuż przed Kisii pan konduktor mówi mi, że ten pojazd nie zawiezie mnie na stacje, więc on mi DA 20 KSH, żebym jakimś Boda-boda (rowerem-taksówką) albo innym matatem dojechała do stacji.
Wyobrażacie sobie mój szok?
W kraju, w którym na każdym kroku ktoś chce mi coś sprzedać, wyżebrać, ukraść albo mnie oszukać dając mi specjalną dwukrotną cenę jako Mzungu Price i w ten sposób wyrwać ze mnie chociaż kilka szyli dla siebie, spotykam kolesia, który sam z własnej nieprzymuszonej woli chce mi dać pieniądze, 20 bob, no nie za dużo, ale jednak! Szok pełen.
Przyjęłam te pieniądze, bo nie ładnie odrzucić chęć pomocy, po czym wyjęłam z kieszeni inne 20 KSH i dałam Panu na sodę.
Ubaw mieliśmy po pachy a do tego padło monumentalne stwierdzenie. Człowiek powiedział, że on po prostu musi dbać o wysoki poziom obsługi klienta.
SZOK!
No szok po prostu! Do tej pory zbieram szczękę i muszę ją podtrzymywać.
Targowisko-wysypisko
Powinniście się kiedyś wybrać na Kenijski targ. Poza niewątpliwie intensywnym zapachowo doświadczeniem, jest to miejsce prezentacji ekwilibrystycznej sztuki eksponowania towarów w sposób zwracający na nie uwagę.
Pomarańcze ułożone w piramidki z podwyższonymi czubkami. Podobnie pomidory i inne dające się spiętrzyć krągłości. Buty układane są np. po trzy modele fikuśnie oparte o siebie, po jednym przedstawicielu każdej pary. Co mnie dziś ubawiło, to węgiel drzewny sprzedawany w takich małych wiadereczkach po margarynie. Każde wiadereczko było odpowiednio udekorowane nie wiadomo jak trzymającą się konstrukcja ulożonych w pionowu slupek kawałków węgla.
Jeszcze banany fajnie wyglądają – ponieważ sprzedaje się je w wielkich kiściach, to te kiście kłada się w wielkie stosy. Takie fajne zielone góry bananów.
Pomarańcze ułożone w piramidki z podwyższonymi czubkami. Podobnie pomidory i inne dające się spiętrzyć krągłości. Buty układane są np. po trzy modele fikuśnie oparte o siebie, po jednym przedstawicielu każdej pary. Co mnie dziś ubawiło, to węgiel drzewny sprzedawany w takich małych wiadereczkach po margarynie. Każde wiadereczko było odpowiednio udekorowane nie wiadomo jak trzymającą się konstrukcja ulożonych w pionowu slupek kawałków węgla.
Jeszcze banany fajnie wyglądają – ponieważ sprzedaje się je w wielkich kiściach, to te kiście kłada się w wielkie stosy. Takie fajne zielone góry bananów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)