Świat jest pełen świrów i złodziei. Szczególnie zaś świat wypaczony przez biedę, kolonializm, białych turystów z poczuciem winy, że oni tacy bogaci a tu taka bieda. Świat, w którym najłatwiej zarobić żebrząc a to żebranie wcale nie uwłacza twojej godności. Świat, w którym jako złodziej czujesz się niemalże bezkarny. Świat, w którym łapówka nazywana jest herbatą, a herbata najpopularniejszym napojem.
Afryka jest pełna świrów i złodziei. Jest też pelna leniwych ludzi, którzy nie chcą pracować, a jak już nawet im się zdarza, to robią to niedbale, niechlujnie, opieszale i w ogóle w dupie mają swoją pracę.
A najgorsze w Afryce jest przeświadczenie, że biały jest jakiś lepszy, bogaty, przed czarnym i w dodatku ze złota. Łączy się to oczywiście z zazdrością, zawiścią, nienawiścią czasem.
Taki koktajl podany w szklance biedy powoduje, że nie można czuć się całkiem bezpiecznym na ulicach. Bo jak można nieść świecący garniec pełen złota poprzez biedny, głodny świat, tuż przed oczami biednych, glodnych, zdesperowanych. Ten garniec trzeba wozić taksówką.
To był właśnie ten błąd, który doprowadził do tego, że zostałam pierwszy raz w życiu okradziona.
Cała ta sytuacja nauczyła mnie jednego – trzeba kochać ten świat, ale jednak zza pancernej szyby, wpuszczając za nią tylko niektórych, wybranych, nam podobnych. Takich, którzy wyciągniętej ręki nie chcą odgryźć.
sobota, 1 listopada 2008
Seria niefortunnych zdarzeń (z 5.10.2008)
Do Maji Moto zjechała nowa ekipa wolontariuszy. Jest świeżo, wesoło, zabawnie i z zapałem. We wtorek cała ekipa zebrała się, żeby zaplanować działania na nastepny tydzień. Ambitnie podeszliśmy do tematu. Full-wypas tabelka, wszystko smooth and clear. A potem wtargnęła rzeczywistość.
Czwartek
Szeroko zakrojona działalność projektowa sprowadziła się do wyprowadzenia się z Manyatt konsumowanych powolnie przez termity, do namiotów. Poczułam, że mój pobyt w Maji Moto zatoczył koło… Znów w namiocie…
Wieczorem zaś przyszedł wódz, żeby poinformować nas, że ktoś nam kradnie cement i on już wie kto!
Piątek – dzień drugi
Wsadzamy ludzi do więzienia
Zaczęło się o 6.00 rano, kiedy to taksówka-komora gazowa przyjechała po mnie i Leszka (tego z Sega, który teraz w MM kible buduje – dziadek klozetowy taki…) i zabrać nas do Narok na Policję. Mieliśmy bowiem zachęcić policjantów do przyjazdu do Maji Moto. Przyjechali, odkryliśmy przed nimi, że 3 fundich i 3 Masajów wynosi nam materiały z magazynu i sprzedaje dyrektorowi szkoły podstawowej z pobliskiej miejscowości. Policjanci grzecznie aresztowali panów Złodzieji i kazali wracać do Narok składać zeznania. Cały boży dzień na narokańskim komisariacie. Plany szlag trafił, ale za to 6 chłopa za kratami. Prawdziwa pomoc rozwojowa…
Sobota – dzień trzeci
Plaga chorób
W piątek nad ranem wstałam siku. Wysikałam się pod krzaczkiem i postanowiłam odnaleźć cole, którą zostawiłam przy ognisku. Wcześnie zaś padał deszcz. Dość długo i dość mocno (przypominam, że jesteśmy jeszcze w namiotach – wszystko płynie – Panta Rei). Idę do ogniska i widzę płonącą na czerwono gałąź, przekonana, że to właśnie ognisko. Ale! Ktoś mądry wcześniej wysunął tę gałąź z ogniska, żeby nie płonęła (choć nic to nie dało), ognisko przykrył popiół i w zupełnej ciemnicy (bo bez latarki of course) nie zauważyłam, że zaczynam chodzić po rozżarzonych węglach. Poparzyłam sobie palce u nóg.
Ale nic to – Maja obudziła się z 38 stopniami gorączki, grypą, drgawkami itp. A Simat na ten przykład nadzial się na jakiś drucik, spuchło mu cale udo, normalnie ledwie chodził…
Pomór w obozie…
Czwartek
Szeroko zakrojona działalność projektowa sprowadziła się do wyprowadzenia się z Manyatt konsumowanych powolnie przez termity, do namiotów. Poczułam, że mój pobyt w Maji Moto zatoczył koło… Znów w namiocie…
Wieczorem zaś przyszedł wódz, żeby poinformować nas, że ktoś nam kradnie cement i on już wie kto!
Piątek – dzień drugi
Wsadzamy ludzi do więzienia
Zaczęło się o 6.00 rano, kiedy to taksówka-komora gazowa przyjechała po mnie i Leszka (tego z Sega, który teraz w MM kible buduje – dziadek klozetowy taki…) i zabrać nas do Narok na Policję. Mieliśmy bowiem zachęcić policjantów do przyjazdu do Maji Moto. Przyjechali, odkryliśmy przed nimi, że 3 fundich i 3 Masajów wynosi nam materiały z magazynu i sprzedaje dyrektorowi szkoły podstawowej z pobliskiej miejscowości. Policjanci grzecznie aresztowali panów Złodzieji i kazali wracać do Narok składać zeznania. Cały boży dzień na narokańskim komisariacie. Plany szlag trafił, ale za to 6 chłopa za kratami. Prawdziwa pomoc rozwojowa…
Sobota – dzień trzeci
Plaga chorób
W piątek nad ranem wstałam siku. Wysikałam się pod krzaczkiem i postanowiłam odnaleźć cole, którą zostawiłam przy ognisku. Wcześnie zaś padał deszcz. Dość długo i dość mocno (przypominam, że jesteśmy jeszcze w namiotach – wszystko płynie – Panta Rei). Idę do ogniska i widzę płonącą na czerwono gałąź, przekonana, że to właśnie ognisko. Ale! Ktoś mądry wcześniej wysunął tę gałąź z ogniska, żeby nie płonęła (choć nic to nie dało), ognisko przykrył popiół i w zupełnej ciemnicy (bo bez latarki of course) nie zauważyłam, że zaczynam chodzić po rozżarzonych węglach. Poparzyłam sobie palce u nóg.
Ale nic to – Maja obudziła się z 38 stopniami gorączki, grypą, drgawkami itp. A Simat na ten przykład nadzial się na jakiś drucik, spuchło mu cale udo, normalnie ledwie chodził…
Pomór w obozie…
Kisumu po raz drugi (z 22.09.2008)
Pojechałam z Krzyśkiem w ten weekend do Kisumu w celu wymiany lub naprawy panelu słonecznego, który miał nieść światłość Polakom w Maji Moto, ale nie doniósł. W związku z powyższym należało dokonać aktu podmianki gwarancyjnej czy coś. Toteż po krótkiej konsultacji z Anandę (człowiekiem z Kisumu, który handluje elektrycznością), postanowiliśmy ruszyć w świat.
Po drodze trzasnęliśmy parę fotek i w końcu koło 14:00, po 5 godzinach jazdy (a wydawało się to jakoś bliżej) dotarliśmy do celu. A tam – same cuda na kiju!
Anand (również zwany Amantem) jak na przedsiębiorczego Kenijczyka przystało – jest hindusem. Oni wszyscy tak. Jak ktoś jest dobrze zorientowany w biznesie to albo ma kropkę na czole, albo ołtarzyk Hari Kriszna za ladą albo chociaż ktoś z najbliższej rodziny urodził się z drugiej strony oceanu indyjskiego. No ale to nie o tym miało być…
Anand (jak na Amanta przystało – przystojniak z fajną żonką po studiach w Londynie) zaprosił mnie i Krzyśka na obiad do Klubu Cosmopolitan. A tam kolonializm ryczący – tylko jakiś taki Dziwnowy troszku… Przy stołach Hindusi (70%), białasy (20%) lub azjaci raczej chińscy, obsługują ich murzynki z sobie właściwym podejściem do tematu – z hakuną makatą w powolnych ruchach ciała. Murzynki słabo w ogóle kumają o co chodzi w byciu kelnerem i na przykład przynoszą 3 wody i 1 piwo zamiast 1 wody, 1 piwa i 2 coca-caoli i podwójnej whisky… Ale o to mniejsza.
Klub jak na kolonializm ryczący przystało – jest klubem sportowym (boisko do siatki, tenisa, squash, badmintona i basen) a po środeczku, przy basenie, taras, na tarasie restauracja a w karcie bardzo typowo „Kenijsko” – chicken masala, butter chicken i inne hinduskie smakołyki. Obiadek full wypas. Aż sobie przypomniałam, że tak dawno nie jadłam niczego o tak zdecydowanym smaku a przy tym tak pysznego.
Po tej hinduskiej fecie wyruszyliśmy w drogę z Kisumu do Sega, żeby zgarnąć Leszka, który w cierpieniu oczekiwał na nasz przyjazd. Cierpiał, bo z samego rana wbijając ostatnie gwoździe na posterunku w Sega, tak się spieszył, że zapomniał gwoździa i młotkiem przywalił sobie w palec. Ślicznie, pysznie, śliwkowo…
Leszek zgarnięty, drzwi zaryglowane – ruszamy. Po 15 minutach spotykamy ulewę. Jest już zupełnie ciemno, w drodze dziury (a właściwie – między dziurami skrawki asfaltu), a z nieba leje się jak z kranu. Koszmar. Po ponad 2 godzinach takiej jazdy docieramy z powrotem do Kisumu, lokujemy się w hotelu „Sunset”, na 5 piętrze, w pokoju z widokiem na jezioro Wiktoria. Bierzemy szybki prysznic i biegiem na dół, bo tam czeka już na nas Anand, żeby zabrać nas na imprezowe tournee dookoła Kisumu.
Zaczynamy od chińskiej restauracji, w której serwują prawdziwe delicje. Poza tym tradycyjnie czarni kelnerzy ubrani w tradycyjne chińskie kimono-kubraczki, tradycyjnie tępawo uśmiechnięci próbują sprawnie nas obsługiwać ze skutkiem dużo lepszym niż poprzednicy, ale nie w pełni satysfakcjonującym.
Z restauracji ruszamy do Klubu nr 1, nazwy ani lokalizacji nie znam. Klub był jeszcze pusty, więc po jednym drineczku ruszamy w dalszą trasę. Trafiamy do lokalu o nazwie Grill Mouse. Tłum czarnych lokalesów, upał, impreza. I to jaka!
No więc drineczek (nie wiem już który) i na parkiet, a tutaj…
Pierwszy raz czułam się jak kosmita… Mzungu na parkiecie działa jak magnes jak magnes na czarnych facetów (a do tego prawie świeci w ultrafiolecie). Po trzech dygnięciach nóżką miałam wokół siebie już tak wielkie grono adoratorów, że tańczyli w trzech rzędach wokół mnie. To oczywiście budzi zawiść i niepokój żeńskiej części Kenijskiej populacji, więc wokół tych facetów zaczynają kręcić się jakieś laski. Po kilku kawałkach masz wrażenie, że cały parkiet kręci się wokół ciebie. Ale Murzyni próbują być kochanie i czarujący więc zagadują Mzungu. Pada tradycyjny zestaw pytań (Jak masz na imię? Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak Ci się podoba w Kenii?). Był tylko jeden nieszablonowy egzemplarz. Koleś który przemówił do mnie tymi słowy:
„I love the package – beautiful and great dancer”
I zabił mnie niemalże…
Potem z Grill House poszliśmy jeszcze w jedno miejsce na lekki chillout, gdzie spotkaliśmy chłopaka pół-polaka, pół-luo. Bardzo zdziwieni po 1,5h rozmowy, wyczerpanie i solidnie napici wróciliśmy do Sunset Hotel, żeby pójść spać i przespać śniadanie.
A cały następny dzień na mega kacu spędziliśmy w samochodzie… W drodze do Maji Moto.
Po drodze trzasnęliśmy parę fotek i w końcu koło 14:00, po 5 godzinach jazdy (a wydawało się to jakoś bliżej) dotarliśmy do celu. A tam – same cuda na kiju!
Anand (również zwany Amantem) jak na przedsiębiorczego Kenijczyka przystało – jest hindusem. Oni wszyscy tak. Jak ktoś jest dobrze zorientowany w biznesie to albo ma kropkę na czole, albo ołtarzyk Hari Kriszna za ladą albo chociaż ktoś z najbliższej rodziny urodził się z drugiej strony oceanu indyjskiego. No ale to nie o tym miało być…
Anand (jak na Amanta przystało – przystojniak z fajną żonką po studiach w Londynie) zaprosił mnie i Krzyśka na obiad do Klubu Cosmopolitan. A tam kolonializm ryczący – tylko jakiś taki Dziwnowy troszku… Przy stołach Hindusi (70%), białasy (20%) lub azjaci raczej chińscy, obsługują ich murzynki z sobie właściwym podejściem do tematu – z hakuną makatą w powolnych ruchach ciała. Murzynki słabo w ogóle kumają o co chodzi w byciu kelnerem i na przykład przynoszą 3 wody i 1 piwo zamiast 1 wody, 1 piwa i 2 coca-caoli i podwójnej whisky… Ale o to mniejsza.
Klub jak na kolonializm ryczący przystało – jest klubem sportowym (boisko do siatki, tenisa, squash, badmintona i basen) a po środeczku, przy basenie, taras, na tarasie restauracja a w karcie bardzo typowo „Kenijsko” – chicken masala, butter chicken i inne hinduskie smakołyki. Obiadek full wypas. Aż sobie przypomniałam, że tak dawno nie jadłam niczego o tak zdecydowanym smaku a przy tym tak pysznego.
Po tej hinduskiej fecie wyruszyliśmy w drogę z Kisumu do Sega, żeby zgarnąć Leszka, który w cierpieniu oczekiwał na nasz przyjazd. Cierpiał, bo z samego rana wbijając ostatnie gwoździe na posterunku w Sega, tak się spieszył, że zapomniał gwoździa i młotkiem przywalił sobie w palec. Ślicznie, pysznie, śliwkowo…
Leszek zgarnięty, drzwi zaryglowane – ruszamy. Po 15 minutach spotykamy ulewę. Jest już zupełnie ciemno, w drodze dziury (a właściwie – między dziurami skrawki asfaltu), a z nieba leje się jak z kranu. Koszmar. Po ponad 2 godzinach takiej jazdy docieramy z powrotem do Kisumu, lokujemy się w hotelu „Sunset”, na 5 piętrze, w pokoju z widokiem na jezioro Wiktoria. Bierzemy szybki prysznic i biegiem na dół, bo tam czeka już na nas Anand, żeby zabrać nas na imprezowe tournee dookoła Kisumu.
Zaczynamy od chińskiej restauracji, w której serwują prawdziwe delicje. Poza tym tradycyjnie czarni kelnerzy ubrani w tradycyjne chińskie kimono-kubraczki, tradycyjnie tępawo uśmiechnięci próbują sprawnie nas obsługiwać ze skutkiem dużo lepszym niż poprzednicy, ale nie w pełni satysfakcjonującym.
Z restauracji ruszamy do Klubu nr 1, nazwy ani lokalizacji nie znam. Klub był jeszcze pusty, więc po jednym drineczku ruszamy w dalszą trasę. Trafiamy do lokalu o nazwie Grill Mouse. Tłum czarnych lokalesów, upał, impreza. I to jaka!
No więc drineczek (nie wiem już który) i na parkiet, a tutaj…
Pierwszy raz czułam się jak kosmita… Mzungu na parkiecie działa jak magnes jak magnes na czarnych facetów (a do tego prawie świeci w ultrafiolecie). Po trzech dygnięciach nóżką miałam wokół siebie już tak wielkie grono adoratorów, że tańczyli w trzech rzędach wokół mnie. To oczywiście budzi zawiść i niepokój żeńskiej części Kenijskiej populacji, więc wokół tych facetów zaczynają kręcić się jakieś laski. Po kilku kawałkach masz wrażenie, że cały parkiet kręci się wokół ciebie. Ale Murzyni próbują być kochanie i czarujący więc zagadują Mzungu. Pada tradycyjny zestaw pytań (Jak masz na imię? Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak Ci się podoba w Kenii?). Był tylko jeden nieszablonowy egzemplarz. Koleś który przemówił do mnie tymi słowy:
„I love the package – beautiful and great dancer”
I zabił mnie niemalże…
Potem z Grill House poszliśmy jeszcze w jedno miejsce na lekki chillout, gdzie spotkaliśmy chłopaka pół-polaka, pół-luo. Bardzo zdziwieni po 1,5h rozmowy, wyczerpanie i solidnie napici wróciliśmy do Sunset Hotel, żeby pójść spać i przespać śniadanie.
A cały następny dzień na mega kacu spędziliśmy w samochodzie… W drodze do Maji Moto.
czwartek, 25 września 2008
Matatu relacji Kisumu – Kisii
W drodze z Sega do Maji Moto przytrafiła mi się niesłychana niesłychaność.
W Afryce biały człowiek (czyli Mzungu) napotyka setki czarnych rąk wyciągniętych w stronę jego portfela. Bywa to okropnie męczące. Dzieci biegnące za tobą z krzykiem na ustach „Mzungu, give me sweets” albo „Madam, kup mi sodę”. Starsi są konkretniejsi: „Madam, kup mi lunch, jestem głodny” albo hicior sezonu „Madam, daj mi coś na pamiątkę naszego spotkania. Najlepiej 200 Szylingów”.
Trzeba się przyzwyczaić i uodpornić.
Ale dzisiaj w autobusie z Kisumu do Kisii zostalam zaszokowana. Dobrze, że siedziałam i jak zwykle było ciasno jak w puszce, bo bym chyba upadła albo spadła z fotela.
Okazało się bowiem, że mój autobus koloru wściekle żółtego z migającymi światełkami nie zajeżdża na stację Matatu, skąd mogłabym wziąć udział w kolejnej podróży pojazdem kosmicznym przez kenijskie „drogi” i dotrzeć wytelepana do Narok. Wcześniej zaś powiedziałam jakiemuś żebrakowi, że mam tylko tyle kasy żeby starczyło mi na matatu do Narok i niech zjeżdża ze swoją krzywą nogą ode mnie (tych różnych szubrawców są tu jakieś miliony, wyrastają znikąd).
A w ogóle to siedziałam na miejscu konduktora, bo powiedziałam, że nie będę jechać na stojąco. Biała Pani musi usiąść. Byłam więc otoczona pilną opieką wieloosobowej załogi matatu (4 chłopa, w tym konduktor). No i nagle tuż przed Kisii pan konduktor mówi mi, że ten pojazd nie zawiezie mnie na stacje, więc on mi DA 20 KSH, żebym jakimś Boda-boda (rowerem-taksówką) albo innym matatem dojechała do stacji.
Wyobrażacie sobie mój szok?
W kraju, w którym na każdym kroku ktoś chce mi coś sprzedać, wyżebrać, ukraść albo mnie oszukać dając mi specjalną dwukrotną cenę jako Mzungu Price i w ten sposób wyrwać ze mnie chociaż kilka szyli dla siebie, spotykam kolesia, który sam z własnej nieprzymuszonej woli chce mi dać pieniądze, 20 bob, no nie za dużo, ale jednak! Szok pełen.
Przyjęłam te pieniądze, bo nie ładnie odrzucić chęć pomocy, po czym wyjęłam z kieszeni inne 20 KSH i dałam Panu na sodę.
Ubaw mieliśmy po pachy a do tego padło monumentalne stwierdzenie. Człowiek powiedział, że on po prostu musi dbać o wysoki poziom obsługi klienta.
SZOK!
No szok po prostu! Do tej pory zbieram szczękę i muszę ją podtrzymywać.
W Afryce biały człowiek (czyli Mzungu) napotyka setki czarnych rąk wyciągniętych w stronę jego portfela. Bywa to okropnie męczące. Dzieci biegnące za tobą z krzykiem na ustach „Mzungu, give me sweets” albo „Madam, kup mi sodę”. Starsi są konkretniejsi: „Madam, kup mi lunch, jestem głodny” albo hicior sezonu „Madam, daj mi coś na pamiątkę naszego spotkania. Najlepiej 200 Szylingów”.
Trzeba się przyzwyczaić i uodpornić.
Ale dzisiaj w autobusie z Kisumu do Kisii zostalam zaszokowana. Dobrze, że siedziałam i jak zwykle było ciasno jak w puszce, bo bym chyba upadła albo spadła z fotela.
Okazało się bowiem, że mój autobus koloru wściekle żółtego z migającymi światełkami nie zajeżdża na stację Matatu, skąd mogłabym wziąć udział w kolejnej podróży pojazdem kosmicznym przez kenijskie „drogi” i dotrzeć wytelepana do Narok. Wcześniej zaś powiedziałam jakiemuś żebrakowi, że mam tylko tyle kasy żeby starczyło mi na matatu do Narok i niech zjeżdża ze swoją krzywą nogą ode mnie (tych różnych szubrawców są tu jakieś miliony, wyrastają znikąd).
A w ogóle to siedziałam na miejscu konduktora, bo powiedziałam, że nie będę jechać na stojąco. Biała Pani musi usiąść. Byłam więc otoczona pilną opieką wieloosobowej załogi matatu (4 chłopa, w tym konduktor). No i nagle tuż przed Kisii pan konduktor mówi mi, że ten pojazd nie zawiezie mnie na stacje, więc on mi DA 20 KSH, żebym jakimś Boda-boda (rowerem-taksówką) albo innym matatem dojechała do stacji.
Wyobrażacie sobie mój szok?
W kraju, w którym na każdym kroku ktoś chce mi coś sprzedać, wyżebrać, ukraść albo mnie oszukać dając mi specjalną dwukrotną cenę jako Mzungu Price i w ten sposób wyrwać ze mnie chociaż kilka szyli dla siebie, spotykam kolesia, który sam z własnej nieprzymuszonej woli chce mi dać pieniądze, 20 bob, no nie za dużo, ale jednak! Szok pełen.
Przyjęłam te pieniądze, bo nie ładnie odrzucić chęć pomocy, po czym wyjęłam z kieszeni inne 20 KSH i dałam Panu na sodę.
Ubaw mieliśmy po pachy a do tego padło monumentalne stwierdzenie. Człowiek powiedział, że on po prostu musi dbać o wysoki poziom obsługi klienta.
SZOK!
No szok po prostu! Do tej pory zbieram szczękę i muszę ją podtrzymywać.
Targowisko-wysypisko
Powinniście się kiedyś wybrać na Kenijski targ. Poza niewątpliwie intensywnym zapachowo doświadczeniem, jest to miejsce prezentacji ekwilibrystycznej sztuki eksponowania towarów w sposób zwracający na nie uwagę.
Pomarańcze ułożone w piramidki z podwyższonymi czubkami. Podobnie pomidory i inne dające się spiętrzyć krągłości. Buty układane są np. po trzy modele fikuśnie oparte o siebie, po jednym przedstawicielu każdej pary. Co mnie dziś ubawiło, to węgiel drzewny sprzedawany w takich małych wiadereczkach po margarynie. Każde wiadereczko było odpowiednio udekorowane nie wiadomo jak trzymającą się konstrukcja ulożonych w pionowu slupek kawałków węgla.
Jeszcze banany fajnie wyglądają – ponieważ sprzedaje się je w wielkich kiściach, to te kiście kłada się w wielkie stosy. Takie fajne zielone góry bananów.
Pomarańcze ułożone w piramidki z podwyższonymi czubkami. Podobnie pomidory i inne dające się spiętrzyć krągłości. Buty układane są np. po trzy modele fikuśnie oparte o siebie, po jednym przedstawicielu każdej pary. Co mnie dziś ubawiło, to węgiel drzewny sprzedawany w takich małych wiadereczkach po margarynie. Każde wiadereczko było odpowiednio udekorowane nie wiadomo jak trzymającą się konstrukcja ulożonych w pionowu slupek kawałków węgla.
Jeszcze banany fajnie wyglądają – ponieważ sprzedaje się je w wielkich kiściach, to te kiście kłada się w wielkie stosy. Takie fajne zielone góry bananów.
Pokarm dla ciała
W Afryce panuje głód, podobno. Nie widziałam go jeszcze w tej najstraszniejszej wersji, ale tak naprawdę to w pewnych miejscach, w pewnych krajach głód jest zjawiskiem nieobcym dla tubylców. Co innego turyści, ci mają zawsze brzuszki wypchane.
W Kenii głodni chodzą np Masajowie. Jedzą raz dziennie, zwykle popołudniu. Rano popijają tylko herbatę z mlekiem. Na pierwszy rzut oka widać już, że zjawisko obżarstwa jest im obce. A co jedzą jak już jedzą? Głównie kukurydzę, białą – nie żółtą jak pop corn. Jest ona bardziej miękka i soczysta niż ta w Polsce rosnąca. Ale bardzo rzadko jedzą ją na kolbie. Zazwyczaj gotują ziarna z ryżem i jakąś formą grochu lub fasoli. Stanowi to bardzo pozywny posiłek, bo ten groch czy fasolę trawi się długo. Na tyle długo, że wystarcza raz dziennie napełnić żołądek.
Masajowie od czasu do czasu konsumują również mięso. Zwykle kozie. Czasem jedzą również krowy i owce, bo przecież jak już się takie zwierzęta ma to od czasu do czasu można sobie pozwolić na mięsną ucztę. Mięso przyrządza się w formie Nyama Choma, co w Suahili oznacza „mięso pieczone” i zawiera w sobie cały proces przygotowywania potrawy. Po upieczeniu na grillu zwanym Jiko (choć absolutnie nie takim jakie mamy w ogródkach choć też opalanych węglem drzewnym) sieka się to mięso na kawałki. Razem z kością.
Powiem szczerze, że jeśli na talerzu spoczywa młoda koza, to jest ona całkiem smaczna, bo miękka. W przypadku starej kozy – przyjemność jedzenia mięsa jest żadna. Jest to sprawdzian wytrzymałości dla szczęk. Prawdziwa walka.
Jest jeszcze jedno podstawowe Masajskie danie – jest nim mleko z krwią. Staje się ono podstawą żywieniową w porze deszczowej, kiedy suche krowie wymiona zaczynają robić się coraz bardziej pękate i pełne pokarmu. Wtedy Masajowie jedzą z mlekiem wszystko i wszystko na mleku gotują. Jest to przecież dar od świętego zwierzęcia. Zmarnować go nie wolno.
Luo, czyli ci z Sega, są w zdecydowanie bardziej komfortowej sytuacji. Tutaj ziemia rodzi różne smakołyki przez cały rok. Oczywiście nie oznacza to, że objadają się po brzegi. Prowincja Nyanza, czyli ta z Segą w środku, jest włąśnie najbiedniejszą częścią Kenii. Jest to naprawdę szokujące, bo wokół tyle zieleni…
W Sega i w całym Luo-Landzie jada się ryby (bo tutaj mają w czym pływać, woda jest wszędzie), świnki (choć nigdzie żadnej jeszcze nie widziałam), krówki, kózki i owieczki jak również wszelkie warzywa i owoce.
To co w Kenii jest naprawdę cudowne, to właśnie owoce.
Pomarańcze, o cienkiej zielonej skórce, są tak słodkie w środku, że aż trudno uwierzyć. Banany są grube i żółte lub malutkie i żółte (mają wtedy lekko gruszkowy posmak). Mango są duże, o łososiowym miąższu i pysznie soczyste. Ananasy – MNIAM! Papaje wielkości piłek do rugby, miękkie soczyste i pachnące.
Ale najlepsze pod słońcem są tu Avocado. Są tak duże jak spore bakłażany, miękkie i jasnozielone w środku a do tego tanie jak barszcz (7 Ksh). Ludzie używają avocado do smarowania różnych rzeczy, zamiast masła, bo są one tak fajnie tłuściutkie i miękkie. No i tańsze niż masło.
Co było dla mnie sporym zaskoczeniem – nuda panuje wśród warzyw. Oprócz yamu, słodkich ziemniaków i sukuby, nie jadłam niczego szokująco nowego. Z resztą yam to taki wielki ziemniak w smaku a z wyglądu – wielka rzepa. Słodkie ziemniaki są… słodkie i ziemniaczane, a sukuma to takie coś między szpinakiem a kapustą.
Poza tym to ziemniaki, pomidory, marchewka jak również kapusta, cebula, papryka zielona, ogórek, dynia, cukinia i bakłażan. Ale te „nudne” na pozór warzywa zamienia się w miliony rozmaitych fikuśnych potraw. Takie ziemniaki na przykład, stwarzają tu morze kulinarnych możliwości.
Poza gotowaną zieleniną, Kenijczycy jedzą jeszcze dwie pyszne rzeczy. Pierwsza z nich to Chapali – takie coś między naleśnikiem a macą. Rewelka! Druga super sprawa to Mandazi. Są to z kolei takie pączko racuchy smazone w głębokim tłuszczu. PYCHA.
Acha! Jeszcze ciekawa sprawa jest z jajkami. Jajka są różnych rozmiarów, od malutkich po duuuże. Ale wszystkie mają jedną wspólną cechę – ich żółtka są żółte tylko z nazwy. Fajnie wygląda kenijska jajecznica – jest biała. No może lekko beżowa.
A co w Kenii się pije? Pije się głównie herbatę. Dobrą całkiem. Pije się także kawkę, ale tu już pojawia się pewien mały paradoks. Otóż w Kenii produkuje się pyszną kawunie, ale pakuje się ja w torby i wysyła w świat. W Kenii zostaja resztki, z których robi się rozpuszczalny napój kawo-podobny. Ale do wypicia.
Oczywiście wszyscy wszędzie piją również coca-colę, wodę i inne napoje. Fajny jest Krest bitter lemon. Taki gorzkawy, jakby grejpfrutowy. Jest też Stoney – smak imbirowy.
Z alkoholi – wódka Smirnoff – smak dobrze znany. Są też wódki z trzciny cukrowej, ale nie próbowałam. Odwagi nie mam. Są też takie cosie – jakgdyby whisky. Bardzo miło wchodzą z colą. No i piwo. Głównie Tusker. Strasznie paskudny sikacz.
Poza tym w takim mieście jak Nairobi można kupić wszystko. A w Narok m.in. jest Martini. W sklepach powszechnie dostępne są również wina. Nie ma win owocowych-niskobudżetowych. O zgrozo! Ale są niezłe wina z winogron. I niedrogie.
W Kenii głodni chodzą np Masajowie. Jedzą raz dziennie, zwykle popołudniu. Rano popijają tylko herbatę z mlekiem. Na pierwszy rzut oka widać już, że zjawisko obżarstwa jest im obce. A co jedzą jak już jedzą? Głównie kukurydzę, białą – nie żółtą jak pop corn. Jest ona bardziej miękka i soczysta niż ta w Polsce rosnąca. Ale bardzo rzadko jedzą ją na kolbie. Zazwyczaj gotują ziarna z ryżem i jakąś formą grochu lub fasoli. Stanowi to bardzo pozywny posiłek, bo ten groch czy fasolę trawi się długo. Na tyle długo, że wystarcza raz dziennie napełnić żołądek.
Masajowie od czasu do czasu konsumują również mięso. Zwykle kozie. Czasem jedzą również krowy i owce, bo przecież jak już się takie zwierzęta ma to od czasu do czasu można sobie pozwolić na mięsną ucztę. Mięso przyrządza się w formie Nyama Choma, co w Suahili oznacza „mięso pieczone” i zawiera w sobie cały proces przygotowywania potrawy. Po upieczeniu na grillu zwanym Jiko (choć absolutnie nie takim jakie mamy w ogródkach choć też opalanych węglem drzewnym) sieka się to mięso na kawałki. Razem z kością.
Powiem szczerze, że jeśli na talerzu spoczywa młoda koza, to jest ona całkiem smaczna, bo miękka. W przypadku starej kozy – przyjemność jedzenia mięsa jest żadna. Jest to sprawdzian wytrzymałości dla szczęk. Prawdziwa walka.
Jest jeszcze jedno podstawowe Masajskie danie – jest nim mleko z krwią. Staje się ono podstawą żywieniową w porze deszczowej, kiedy suche krowie wymiona zaczynają robić się coraz bardziej pękate i pełne pokarmu. Wtedy Masajowie jedzą z mlekiem wszystko i wszystko na mleku gotują. Jest to przecież dar od świętego zwierzęcia. Zmarnować go nie wolno.
Luo, czyli ci z Sega, są w zdecydowanie bardziej komfortowej sytuacji. Tutaj ziemia rodzi różne smakołyki przez cały rok. Oczywiście nie oznacza to, że objadają się po brzegi. Prowincja Nyanza, czyli ta z Segą w środku, jest włąśnie najbiedniejszą częścią Kenii. Jest to naprawdę szokujące, bo wokół tyle zieleni…
W Sega i w całym Luo-Landzie jada się ryby (bo tutaj mają w czym pływać, woda jest wszędzie), świnki (choć nigdzie żadnej jeszcze nie widziałam), krówki, kózki i owieczki jak również wszelkie warzywa i owoce.
To co w Kenii jest naprawdę cudowne, to właśnie owoce.
Pomarańcze, o cienkiej zielonej skórce, są tak słodkie w środku, że aż trudno uwierzyć. Banany są grube i żółte lub malutkie i żółte (mają wtedy lekko gruszkowy posmak). Mango są duże, o łososiowym miąższu i pysznie soczyste. Ananasy – MNIAM! Papaje wielkości piłek do rugby, miękkie soczyste i pachnące.
Ale najlepsze pod słońcem są tu Avocado. Są tak duże jak spore bakłażany, miękkie i jasnozielone w środku a do tego tanie jak barszcz (7 Ksh). Ludzie używają avocado do smarowania różnych rzeczy, zamiast masła, bo są one tak fajnie tłuściutkie i miękkie. No i tańsze niż masło.
Co było dla mnie sporym zaskoczeniem – nuda panuje wśród warzyw. Oprócz yamu, słodkich ziemniaków i sukuby, nie jadłam niczego szokująco nowego. Z resztą yam to taki wielki ziemniak w smaku a z wyglądu – wielka rzepa. Słodkie ziemniaki są… słodkie i ziemniaczane, a sukuma to takie coś między szpinakiem a kapustą.
Poza tym to ziemniaki, pomidory, marchewka jak również kapusta, cebula, papryka zielona, ogórek, dynia, cukinia i bakłażan. Ale te „nudne” na pozór warzywa zamienia się w miliony rozmaitych fikuśnych potraw. Takie ziemniaki na przykład, stwarzają tu morze kulinarnych możliwości.
Poza gotowaną zieleniną, Kenijczycy jedzą jeszcze dwie pyszne rzeczy. Pierwsza z nich to Chapali – takie coś między naleśnikiem a macą. Rewelka! Druga super sprawa to Mandazi. Są to z kolei takie pączko racuchy smazone w głębokim tłuszczu. PYCHA.
Acha! Jeszcze ciekawa sprawa jest z jajkami. Jajka są różnych rozmiarów, od malutkich po duuuże. Ale wszystkie mają jedną wspólną cechę – ich żółtka są żółte tylko z nazwy. Fajnie wygląda kenijska jajecznica – jest biała. No może lekko beżowa.
A co w Kenii się pije? Pije się głównie herbatę. Dobrą całkiem. Pije się także kawkę, ale tu już pojawia się pewien mały paradoks. Otóż w Kenii produkuje się pyszną kawunie, ale pakuje się ja w torby i wysyła w świat. W Kenii zostaja resztki, z których robi się rozpuszczalny napój kawo-podobny. Ale do wypicia.
Oczywiście wszyscy wszędzie piją również coca-colę, wodę i inne napoje. Fajny jest Krest bitter lemon. Taki gorzkawy, jakby grejpfrutowy. Jest też Stoney – smak imbirowy.
Z alkoholi – wódka Smirnoff – smak dobrze znany. Są też wódki z trzciny cukrowej, ale nie próbowałam. Odwagi nie mam. Są też takie cosie – jakgdyby whisky. Bardzo miło wchodzą z colą. No i piwo. Głównie Tusker. Strasznie paskudny sikacz.
Poza tym w takim mieście jak Nairobi można kupić wszystko. A w Narok m.in. jest Martini. W sklepach powszechnie dostępne są również wina. Nie ma win owocowych-niskobudżetowych. O zgrozo! Ale są niezłe wina z winogron. I niedrogie.
czwartek, 11 września 2008
Manifestacja władzy
Wybrałam się z Krzysiem do Busii. I ciekawie było od samego początku, tak jak obiecywałam z resztą.
Wsiadamy sobie do Matatu w Sega, przejeżdżamy 50 metrów a tu policjanci robią kontrolę. Naszemu Matatu nie otwierały się drzwi, więc pan policjant skuł pana konduktora i zawinął całe Matatu na komisariat, na którym jak przypominam pracują nasi chłopcy. No i podjeżdżamy tym matatem z tym policjantem na ten komisariat, a Leszek z Wojtkiem już ryją z nas. No i dawaj z powrotem na Matatu. Jakby takie deja vu.
I abstrahując od absurdu konieczności powtórnego łapania matatu, pokonywania po raz drugi tej samej trasy, bo przecież wyruszyliśmy z komisariatu, poza faktem, że wszyscy pasażerowie pojazdu zapłacili za przejazd a nikt im nie zwrócił pieniędzy ani straconego czasu, że te worki z kukurydzą, avocado i innymi zawartościami musieli rozładować i zanieść z powrotem na następny matat i znów zapakować i znów zapłacić i znów upchać się w tym aucie, bo w tych matatach naprawdę mieści się nieskończenie wielu ludzi, a miejsc jest tylko 14, to wszystko to niczym jest w porównaniu z tym jaką władzę nad ludźmi ma kenijska policja.
Policja bowiem zatrzymała matatu do kontroli, która polega na tym, że trzeba zapłacić „Kidogo” (czyli „mało” w Suahili), powiedzmy, że to taki mandat, choć pewnie bliżej mu do łapówki, bo nikt nikomu nie mówi jaki przepis został złamany. Po prostu policjant mówi, że trzeba zapłacić i tyle. Nasz konduktor (czyli 37 pasażer 14-osobowego pojazdu zbierający myto za przejazd) postanowił jednak nie zapłacić owego Kidogo. Bardzo zirytował Pana Chiefa Policji, więc dostał czymś pomiędzy pałką a szpicrutą po głowie, po czym został w brutalny sposób skuty i zaprowadzony przez policjantów na komisariat. Szczęśliwie dzień wcześniej chłopcy wymalowali celę, to chociaż tyle, że miał aresztant czysto i świeżo w swoim nowym miejscu pobytu.
Ale to nie wszystko. Policjanci bowiem postanowili całe matatu gruntownie przetrzepać, toteż jeden z psów postanowił wysadzić pasażera, który siedział z przodu samochodu (na przednim siedzeniu) i bez możliwości zdemontowania swoich dóbr czy nawet po prostu zabrania ich z auta, pasażer ów został pozostawiony na drodze a matatu z pozostałymi pasażerami pojechało na komisariat.
My mieliśmy ubaw po pachy, w Polsce taka sytuacja nie do pomyślenia. A tutaj całe matatu wrzeszczy raz w Suahili, raz po angielsku, żebyśmy zrozumieli, że to przecież bezprawie zatrzymywać ludzi i wieźć ich na komisariat, tylko dlatego, że siedzieli w niewłaściwym pojeździe. Że przecież czas to pieniądz, a tutaj okrada się tych ludzi z czasu. Że ich prawa obywatelskie są gwałcone w biały dzień itd. Przypominam, że robi to na raz około 20 osób. Policjant zaś ze stoickim spokojem ma to wszystko w dupie i w ciszy wiedzie nas na komisariat.
Doszliśmy do wniosku, że policjanci postanowili zaprosić gości na świeżo odmalowany i wyremontowany komisariat i tak sobie wymyślili, że najlepiej będzie ich tak jakby aresztować i przewieźć matatami. Ściągnęli bowiem panowie psowie 4 czy 5 tych pojazdów. W każdym co najmniej 15 osób. Niezła impreza. Co prawda zaproszeni zostaliśmy, ale nie skorzystaliśmy. Postanowiliśmy spróbować szczęścia z kolejnym nissankiem. Tym razem z sukcesem.
Wsiadamy sobie do Matatu w Sega, przejeżdżamy 50 metrów a tu policjanci robią kontrolę. Naszemu Matatu nie otwierały się drzwi, więc pan policjant skuł pana konduktora i zawinął całe Matatu na komisariat, na którym jak przypominam pracują nasi chłopcy. No i podjeżdżamy tym matatem z tym policjantem na ten komisariat, a Leszek z Wojtkiem już ryją z nas. No i dawaj z powrotem na Matatu. Jakby takie deja vu.
I abstrahując od absurdu konieczności powtórnego łapania matatu, pokonywania po raz drugi tej samej trasy, bo przecież wyruszyliśmy z komisariatu, poza faktem, że wszyscy pasażerowie pojazdu zapłacili za przejazd a nikt im nie zwrócił pieniędzy ani straconego czasu, że te worki z kukurydzą, avocado i innymi zawartościami musieli rozładować i zanieść z powrotem na następny matat i znów zapakować i znów zapłacić i znów upchać się w tym aucie, bo w tych matatach naprawdę mieści się nieskończenie wielu ludzi, a miejsc jest tylko 14, to wszystko to niczym jest w porównaniu z tym jaką władzę nad ludźmi ma kenijska policja.
Policja bowiem zatrzymała matatu do kontroli, która polega na tym, że trzeba zapłacić „Kidogo” (czyli „mało” w Suahili), powiedzmy, że to taki mandat, choć pewnie bliżej mu do łapówki, bo nikt nikomu nie mówi jaki przepis został złamany. Po prostu policjant mówi, że trzeba zapłacić i tyle. Nasz konduktor (czyli 37 pasażer 14-osobowego pojazdu zbierający myto za przejazd) postanowił jednak nie zapłacić owego Kidogo. Bardzo zirytował Pana Chiefa Policji, więc dostał czymś pomiędzy pałką a szpicrutą po głowie, po czym został w brutalny sposób skuty i zaprowadzony przez policjantów na komisariat. Szczęśliwie dzień wcześniej chłopcy wymalowali celę, to chociaż tyle, że miał aresztant czysto i świeżo w swoim nowym miejscu pobytu.
Ale to nie wszystko. Policjanci bowiem postanowili całe matatu gruntownie przetrzepać, toteż jeden z psów postanowił wysadzić pasażera, który siedział z przodu samochodu (na przednim siedzeniu) i bez możliwości zdemontowania swoich dóbr czy nawet po prostu zabrania ich z auta, pasażer ów został pozostawiony na drodze a matatu z pozostałymi pasażerami pojechało na komisariat.
My mieliśmy ubaw po pachy, w Polsce taka sytuacja nie do pomyślenia. A tutaj całe matatu wrzeszczy raz w Suahili, raz po angielsku, żebyśmy zrozumieli, że to przecież bezprawie zatrzymywać ludzi i wieźć ich na komisariat, tylko dlatego, że siedzieli w niewłaściwym pojeździe. Że przecież czas to pieniądz, a tutaj okrada się tych ludzi z czasu. Że ich prawa obywatelskie są gwałcone w biały dzień itd. Przypominam, że robi to na raz około 20 osób. Policjant zaś ze stoickim spokojem ma to wszystko w dupie i w ciszy wiedzie nas na komisariat.
Doszliśmy do wniosku, że policjanci postanowili zaprosić gości na świeżo odmalowany i wyremontowany komisariat i tak sobie wymyślili, że najlepiej będzie ich tak jakby aresztować i przewieźć matatami. Ściągnęli bowiem panowie psowie 4 czy 5 tych pojazdów. W każdym co najmniej 15 osób. Niezła impreza. Co prawda zaproszeni zostaliśmy, ale nie skorzystaliśmy. Postanowiliśmy spróbować szczęścia z kolejnym nissankiem. Tym razem z sukcesem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)