<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385</id><updated>2011-09-19T19:28:00.295+03:00</updated><category term='Etiopia'/><category term='Wewnętrznie'/><category term='Kenia'/><category term='Sudan'/><category term='Europa'/><category term='Uganda'/><category term='Rwanda'/><category term='Azja'/><category term='Dubai'/><title type='text'>Kiwi wprost z Afryki</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>88</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-2937550023148206704</id><published>2011-09-15T12:21:00.002+03:00</published><updated>2011-09-15T12:31:57.694+03:00</updated><title type='text'>KONKURS KONKURS KONKURS!</title><content type='html'>"Opowieści spoza utartego szlaku" - konkurs na reportaż podróżniczy - by Peron4&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O co chodzi?&lt;br /&gt;Chodzi o to, że dogadaliśmy się z pewnym małym, miłym wydawnictwem - my organizujemy konkurs, oni wydają książkę. Po co? Po to żebyśmy mieli książkę o świecie i podróżach, którą się dobrze czyta, po to, abyście Wy mogli wydać własny reportaż w książce bez całej niekoniecznie ciekawej wydawniczej drogi, po to, by ludzie mogli przeczytać, że normalne zwykłe osobniki - jeżdżą i widzą, schodzą z utartych dróg i pokazują jaki świat jest; i nie trzeba do tego ani milionów ani wielkiej pompy. &lt;br /&gt;A no i można wygrać nagrody ;)&lt;br /&gt;Poszukujemy historii niebanalnych, pokazujących to, co jest nieoczywiste na pierwszy rzut oka, prezentujących rzeczy znane w sposób zaskakujący, odkrywających to, co czeka na podróżników poza utartymi szlakami.&lt;br /&gt;Nagrodą główną w konkursie będzie możliwość wydania reportażu jako rozdziału książki. Oprócz zwycięskich tekstów, tworzyć ją będą reportaże autorów znanych już w podróżniczym, i nie tylko, środowisku. Jako pierwszy zgodził się napisać dla nas Robb Maciąg, autor książek: „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę” oraz „Rowerem w stronę Indii”.&lt;br /&gt;Konkurs: &lt;a href="http://www.peron4.pl/konkurs-na-reportaz-podrozniczy/"&gt; OPIS TUTAJ &lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Regulamin konkursu: &lt;a href="http://www.peron4.pl/regulamin-konkursu-na-reportaz-podrozniczy-%E2%80%9Eopowiesci-spoza-utartego-szlaku%E2%80%9D/"&gt;TUTAJ &lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Na co idą pieniążki z książki: &lt;a href="http://www.peron4.pl/nasz-konkurs-na-reportaz-wspiera-budowe-szkoly-w-nepalu/"&gt;SZUKAJCIE TUTAJ&lt;/a&gt;(więcej o akcji: &lt;a href="http://www.peron4.pl/szkoly-na-koncu-swiata-wybudujmy-szkole-w-nepalu/"&gt;GDZIES MNIEJ WIECEJ... o tu!&lt;/a&gt;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zachęcam wszystkich piśmiennych! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiwi&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-2937550023148206704?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/2937550023148206704/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=2937550023148206704' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2937550023148206704'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2937550023148206704'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2011/09/konkurs-konkurs-konkurs.html' title='KONKURS KONKURS KONKURS!'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-3713502621892611441</id><published>2010-11-01T15:30:00.004+03:00</published><updated>2010-11-01T15:52:11.628+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Miss Little Devil presents - Juba Halloween</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/TM6y92Fz7KI/AAAAAAAAJ60/8AvENprc6CQ/s1600/hw3.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 240px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/TM6y92Fz7KI/AAAAAAAAJ60/8AvENprc6CQ/s320/hw3.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5534557767646571682" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt; Kiwi zyczy wszystkim kilku strasznych chwil w życiu! &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-3713502621892611441?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/3713502621892611441/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=3713502621892611441' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3713502621892611441'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3713502621892611441'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/11/miss-little-devil-presents-juba.html' title='Miss Little Devil presents - Juba Halloween'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/TM6y92Fz7KI/AAAAAAAAJ60/8AvENprc6CQ/s72-c/hw3.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-5954506712724373772</id><published>2010-04-16T10:44:00.000+03:00</published><updated>2010-04-16T10:45:49.022+03:00</updated><title type='text'>Najdziksza Wielkanoc Ever! - część 5 - epilog</title><content type='html'>Mokro mi i zimno. I mokro i zimno i nagle tak. A było ciepło i miękko i cudownie tak się spało. Aż tu nagle jest ZIMNO i MOKRO. Trawa wyszczerzony stoi w drzwiach „Śmigus Dyngus!”. Och ty cholero ty! Dalej mi zimno, ale jakoś w sumie przyjemniej. Jest jakaś niemiłosiernie wczesna godzina 9.30 czy cos. Ja spałam za mało. No nic to. Ruszam pupę, chwytam szklankę bądź butelkę, otwieram drzwi do sąsiedniego pokoju i chlust ich obu. Smigus Dyngus. Obudzeni. Chyba miło im od tego chłodu mrożonej mineralnej bo zamiast „Precz Babo!” słyszę: „ooooooo…. Jak miłoooooo”. Porażka…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz to już szybko, na jednej nodze. Chapati na śniadanie. Do tego Fanta, potem urząd paszportowy, potem wizy, potem woda-soda, potem oczekiwanie na ciężarówkę. W międzyczasie rzut monetą – powinnam jechać do Gulu? Czy mam wracać do roboty? Moneta zdecydowała. Gdzie się podziały moje egoistyczne ideały w stylu „a kit z robotą, jadę tym rowerem dalej bo jest fajnie”? Gdzieś musiały się zgubić przy którejś z odpraw lotniskowych, albo gdzieś na placu budowy. Dorosłam i jestem duża i mam obowiązki i niech to szlag! Całusy, buziaksy, dozobaczeniasy i inne bajery. Wsiadamy do Niebieskiego Land Cruisera i wracamy na północ. Do Juby. Koniec. Rewelacja. Zmęczenie. Super. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najwspanialsza Wielkanoc w moim życiu. A co najmniej najbardziej wykręcona.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-5954506712724373772?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/5954506712724373772/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=5954506712724373772' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5954506712724373772'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5954506712724373772'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/04/najdziksza-wielkanoc-ever-czesc-5.html' title='Najdziksza Wielkanoc Ever! - część 5 - epilog'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-63811844101592584</id><published>2010-04-15T15:18:00.010+03:00</published><updated>2010-04-15T16:55:30.813+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Najdziksza Wielkanoc Ever! - część 4 - foto</title><content type='html'>&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cE4xwcpBI/AAAAAAAAJ10/3-AfmHzD6pk/s1600/DSC_8740.JPG'&gt;&lt;img src='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cE4xwcpBI/AAAAAAAAJ10/3-AfmHzD6pk/s320/DSC_8740.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Droga do Torit - pierwsza randka z Imatongami &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cE5FGTZRI/AAAAAAAAJ18/-T3eOq_y2yc/s1600/DSC_8743.JPG'&gt;&lt;img src='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cE5FGTZRI/AAAAAAAAJ18/-T3eOq_y2yc/s320/DSC_8743.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Autko się Panom Żołnierzom zepsuło &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cE5l-aAOI/AAAAAAAAJ2E/2phe4DYNDCI/s1600/DSC_8748.JPG'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cE5l-aAOI/AAAAAAAAJ2E/2phe4DYNDCI/s320/DSC_8748.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Mieszkać w cieniu wielkiej skały &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cE534_sYI/AAAAAAAAJ2M/TK99nwcBfkI/s1600/DSC_8758.JPG'&gt;&lt;img src='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cE534_sYI/AAAAAAAAJ2M/TK99nwcBfkI/s320/DSC_8758.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Kościół w Torit - miejsce modlitwy &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cK5Y-npzI/AAAAAAAAJ2U/pUei6GshyYs/s1600/DSC_8775.JPG'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cK5Y-npzI/AAAAAAAAJ2U/pUei6GshyYs/s320/DSC_8775.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Katedra w Torit obrócona w gruz w czasie wojny &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cK5q1eQ_I/AAAAAAAAJ2c/LdKz9rNdLug/s1600/DSC_8781.JPG'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cK5q1eQ_I/AAAAAAAAJ2c/LdKz9rNdLug/s320/DSC_8781.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Zbychu na chwile przed odjazdem z Katolickiej Misji w Torit &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cK50XeXAI/AAAAAAAAJ2k/YQ0y6z-nQnE/s1600/DSC_8789.JPG'&gt;&lt;img src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cK50XeXAI/AAAAAAAAJ2k/YQ0y6z-nQnE/s320/DSC_8789.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; A to już droga do Nimule &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cK6BA_JwI/AAAAAAAAJ2s/ghBRFBwGwDQ/s1600/DSC_8796.JPG'&gt;&lt;img src='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cK6BA_JwI/AAAAAAAAJ2s/ghBRFBwGwDQ/s320/DSC_8796.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Przez łąki i pola pędzi... Zbychu... &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cMHxHJQCI/AAAAAAAAJ20/J5hiu7MtEDI/s1600/DSC_8807.JPG'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cMHxHJQCI/AAAAAAAAJ20/J5hiu7MtEDI/s320/DSC_8807.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Wsparcie kilkudziesięciu koni mechanicznych - czyli rower czterośladowy z silnikiem diesla i 3 kierowcami &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cMIDatxwI/AAAAAAAAJ28/8UYGbkvCJRg/s1600/DSC_8816.JPG'&gt;&lt;img src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cMIDatxwI/AAAAAAAAJ28/8UYGbkvCJRg/s320/DSC_8816.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Brzydki Pająk &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cMIdFKLsI/AAAAAAAAJ3E/BekxF8LzEMo/s1600/DSC_8819.JPG'&gt;&lt;img src='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cMIdFKLsI/AAAAAAAAJ3E/BekxF8LzEMo/s320/DSC_8819.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Pająk z lotu ptaka :) &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cMIoiYUaI/AAAAAAAAJ3M/6JDTkAlqnA4/s1600/DSC_8821.JPG'&gt;&lt;img src='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cMIoiYUaI/AAAAAAAAJ3M/6JDTkAlqnA4/s320/DSC_8821.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; no i Zbychu z lotu ptaka - dowody na wielkie oszustwo :) &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cYSM1B7PI/AAAAAAAAJ30/QpJ99YzhzWI/s1600/DSC_8828.JPG'&gt;&lt;img src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cYSM1B7PI/AAAAAAAAJ30/QpJ99YzhzWI/s320/DSC_8828.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Zbychu pali po kapitańsku - bardzo sportowa postawa. Dodam, że palił w czasie jazdy pod górę tuż po przebytej malarii - hardcorowiec :)&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cYSQZnojI/AAAAAAAAJ38/Z1H9QcI2oEw/s1600/DSC_8840.JPG'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cYSQZnojI/AAAAAAAAJ38/Z1H9QcI2oEw/s320/DSC_8840.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Słońce zachodzi nad Sudanem &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cYStFdgXI/AAAAAAAAJ4E/wPjwx3-4KJk/s1600/DSC_8863.JPG'&gt;&lt;img src='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cYStFdgXI/AAAAAAAAJ4E/wPjwx3-4KJk/s320/DSC_8863.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Nocny zjazd do Nimule - to mój tył fotografowany z auta przez Trawsko&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-63811844101592584?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/63811844101592584/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=63811844101592584' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/63811844101592584'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/63811844101592584'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/04/sudan-rowerem.html' title='Najdziksza Wielkanoc Ever! - część 4 - foto'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S8cE4xwcpBI/AAAAAAAAJ10/3-AfmHzD6pk/s72-c/DSC_8740.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7129792691325655969</id><published>2010-04-15T14:01:00.002+03:00</published><updated>2010-04-15T14:07:42.402+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Najdziksza Wielkanoc Ever! - część 3</title><content type='html'>Wielkanocna Niedziela - czyli jak ukołowiony człowiek dąży do celu, którym jest granica z Ugandą...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Niedzielkę nie budzą nas o dziwo kościelne rezurekcyjne dzwony. Chłopaków budzi pies, który przez ścianę namiotu próbuje sprawdzić czy można spać na białej głowie. A jak się okazuje że nie można, to ostentacyjnie idzie w przeciwny kąt i obsikując namiot daje do zrozumienia co o nas myśli. Mnie szczęśliwie budzi tylko przeraźliwy ból kończyn dolnych, piękne słońce i dźwięk wody nalewanej do jakiegoś plastikowego naczynia. Wyskakuję z namiotu niczym z procy, szoruje kły, ręce, buzię, kark, pachy zastanawiając się nad tym, od kiedy to ja taki czyścioch jestem. Może od wtedy od kiedy jestem taki śmierdzący brudas że 2 dzień w tej samej koszulce jedzie. Ale sportowa – oddychająca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojawia się nasza kongijska kucharka i przynosi pięknie wypieczone chapati, smarujemy je wiezionym od Torit dżemem i wcinamy na potęgę. Chapati jest MNIAM! A potem bez przydługawej rozgrzewki, po sprawnym pożegnaniu z gospodarzem i jego rodziną, rozdaniu im butów, daktyli, mąki, soli, piłki kauczukowej oraz kilku Puntów Sudańskich, wsiadamy i lecimy dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słoneczko przygrzewa jeszcze dość nieśmiało, droga nieśmiało pochylona do góry, tak, że my nieśmiało pocimy się jak prosiaki z uporem maniaka pedałując pod górę. Brniemy niczym lodołamacz na biegun północny, tylko w drugim końcu temperaturowej skali. Po 40 minutach dochodzimy jednak do wniosku, ze nie ma się co zabijać i trzeba by się w końcu napić piwka o poranku, póki jeszcze jest chłodne w tych chatkach krytych blachą falistą. Później będzie już tylko cieplejsze. Jest i sklepik, na wzgórzu (miło się będzie zjeżdżało w dół), jest piwko i soda i inne takie. Papierosek jest grany. Standardowy przystanek kondycyjny w naszym wydaniu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ruszamy dalej. Kolejna część wspinaczki. Moja łydka lewa przypomniała sobie o wszystkich wcześniejszych życiowych kontuzjach i zaczęła dawać do zrozumienia, że w dupie ma taką robotę i co chwila gryzie mnie w kość skurczem. Flądra. Ale jedziemy dalej. Są fajne widoczki, pola minowe po prawej, pola minowe po lewej, gdzie niegdzie wioska, ciekawe czy na polu minowym, ładnie jest, coraz cieplej, droga jest niemiłosiernie wytłuczona przez wszystkie te tiry i autobusy które prują tędy do Juby czy Kampali. Oczywiście asfalt pozostaje tylko pobożnym życzeniem. Wystajace kamienie wprowadzają nasze rowery w rezonans, który po kilkudziesięciu już dobrych minutach jazdy zaczyna powodować ból zębów i wszystkiego innego co ma okostną. Nawet zjazdy z tych małych wzgórz nie są tak przyjemne, bo ciągle trzęsie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dojeżdżamy do kolejnej wioski, ta jest duża, ma kościół, a że Wielkanoc, to i ludzi pełno wokół. Oczywiście kościół to taka duża stodoła. Pająk jedzie obadać temat, bo kościół jest kawałek oddalony od drogi, a ja i Zbych siadamy pod drzewem, gdzie stajemy się atrakcją dla lokalnej ludności wracającej z mszy. Jest już koło 13 więc jest już po imprezie. Padaja standardowe pytania o kraj pochodzenia i po jasną cholerę rowerem. Normalka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tej wsi stoi również zaparkowana zepsuta ciężarówka, z którą to niczym z oblubienicą pan Pająk namiętnie się fotografuje. Jedziemy dalej. Do Nimule w cholere daleko i cały czas pod górę. Moja łydka is killing me i zaczynam się zastanawiać nad amputacją. Ciągle pedałujemy do przodu. Ale mnie ta noga boli – kurwa jego mać! Jedzie Canter (Isuzu z resztą) – czyli taka mała ciężarówka. Rzucam się gościowi na maskę i błagam – do Pageri! Proszę, do  Pageri!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pan na mnie spogląda jak na kosmitkę. PAgeri jest bardzo blisko – mówi. Może blisko to jest dla samochodu, ale halo! Ja tu rowerem przez busz, 3-ci dzień. Weź mi nie mów, że blisko. Rower już na pace, Pani Biała Mzungu Kawanja jest proszona do kabiny, z przodu, bo przecież biała jest i jak to na workach z kaszą ma siedzieć? A tam w tej kabinie to upał musi być niemiłosierny. Stanowczo wybieram otwartą na słońce i wiatr pakę. No to może chociaż na samym przedzie sobie Waćpanna klapnie? Nie dziękuje, matki z dziećmi, chłopcy z słuchawkami na uszach i inni żołnierze już sobie tam siedzą, niech siedzą. Ja tylko do Pageri. Tu na workach z kaszą – rewela.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koło mnie siedzi-leży koleżanka z dzieckiem na ręku. Ta ma szczęście – leży w jakiejś wielkiej oponie – na pewno nie od tego auta. Tyłek w dziurze, nogi w górze. Ja mam worki z kaszą. Dwa. To znaczy początkowo siedziałam na jednym, ale ponieważ sytuacja jest dynamiczna, a worki wędrują po pace na całego, więc po chwili siedziałam już na złączeniu dwóch. Dodam, że dynamizm sytuacji przenosi się również na mnie i podskakując na rozmaitych dziurach, moja pupa zmenia lokalizacje zupełnie niezależnie od mojej woli. Więc tak sobie jadę. Kierowca absolutnie przyjął tryb afrykański, to jest – jadę po straszliwie dziurawej drodze, ale wyobrażam sobie, że sunę po niemieckim Autobahnie. Na jego drodze nie ma dziur, a jak wam jakieś dziury przeszkadzają – no to trudno. Worki moje dwa zaczynają nowe manewry. Podczas podjazdów pod górę rozsuwają się, pozwalając mojej pupie osunąć się niemalże na podłoge auta. Podczas zjazdu z góry – próbują znacznie zmniejszyć obwód moich bioder poprzez zmiażdżenie ich. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście chłopcy dzielnie pedałują, ja dzielnie walczę z kaszą, słońce praży w moje plecy na potęge. Jest w końcu jakaś większa wieś. Jeszcze nie pageri, ale jest rynek, pare sklepów w murowanych budynkach, będzie dobrze. Wysiadam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Azymut – browar i woda. Siadam sobie pod daszkiem i spotykam wielu ciekawych rozmówców. Pierwszy z nich informuje mnie, że siedzę przed jego biurem – Izaak. W biurze nic nie ma poza kalendarzem na ścianie. Później w dalszym toku rozmowy Izaak oświadcza się i mówi, że nie jest byle kim – motor ma nawet! Rozmawiam też z Richardem, który jedzie z Torit. Również wyjechał w Piątek i widział nas kilka razy już po drodze. Richard uważa, że Sudan jest zdecydowanie za słabo zaludniony, więc on się tym zajmie i będzie mieć 40 dzieci. Sporo. Duże zainteresowanie budzi mzungu. Jest strasznie ciepło i strasznie sennie i jakoś mi się już prawie usypia, ale ni stąd ni zowąd nadjechało tych dwóch wariatów, więc jedziemy dalej. Jest już koło 3.00. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szokująco – Pageri jest lada moment. Jest sklep i ma prąd i zamrażarkę i jest zimne piwo i jest knajpa, niebieska. Pomalowana na niebiesko. Pani ma mięsko w menu. A jakie mięso? Animal from the Bush – czyli dziczyzna. Pytamy co to za Animal był, okazuje się że gazela – pani pokazała na obrazku. Muszę przyznać, że jadałam lepsze rzeczy w życiu, ale cóż. Trzeba coś wciągnąć. Popić piwkiem kolejnym już, potem zapakować się i ruszyć dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ach! Dziś w Pageri był wiec wyborczy. Za tydzień wybory. Wszyscy biegają i pokrzykują SMLM – Oye! Są czapeczki, chorągiewki, koszulki. Wszyscy noszą około-wyborcze ubrania. Jak to prosto w Afryce przekonać kogoś, żeby cie poparł. Wystarczy że dasz mu koszulkę, on ją chętnie założy i z dumą będzie nosił aż do przyszłorocznego referendum.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tuż za wioską jest piękny kościółek, ceglany, który niestety uległ drobnemu zniszczeniu - nie ma dachu. Ale teraz nad ołtarzem jest daszek z trawki, są ławeczki z bambusa, jest cień od drzew które noszą swoje korony dumnie nad kościołem. Widać, że to miejsce modlitw. Nie budynek. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ruszamy dalej. Jedziemy sobie. Jest super. Słońce tak przypiekło mi plecy, ze nie mogę nawet drgnąć łopatką, żeby nie poczuć jak szew na bluzce orze me plecy. &lt;br /&gt;Ale! Co to! Land Cruiser! Niebieski! Za kierownicą znajomy ryj! Maciek Trawka powrócił zza grobu (żeby mnie odebrać z Nimule, co bym mogła tyrać dalej na rzecz mej firmy wspaniałej). O jak cudownie. Maciek ma zimną wodę w aucie! I piwo. I colę. I whisky. Jestem w niebie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znajomym hasłem „pierdole, nie robię” witam Maćka, pakując mu do auta moje sakwy i rower. Sorrunia kochani, ale ja jednak nie jestem ani Robert Korzeniowski ani Armstrong ten od raka prostaty. Ja jestem Kiwi bez kondycji. Dalej jadę autem. Dość już tej drogi pod górę. I tak 125 km przejechałam na rowerze w ciągu 3 dni. Taka jestem z siebie dumna, że aż strach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trawa ma jeszcze jakiegoś kapelana na pokładzie. Podrzucamy gościa gdzieś tam i czekamy na chłopaków przy pierwszej większej górce. Do Nimule jeszcz ok. 25 km. Od teraz wszystkie podjazdy są łatwiejsze – Pająk chwyta się auta z lewa, Zbychu z prawa, albo na odwrót i jedziemy pod górę. Jest ogień! Podjazd rowerem pod górę z prędkością 20-23 km/h. SZOK! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy i jedziemy. Robimy zdjęcia, podajemy chłopakom napoje kondycyjne przez okno (whisky z colą wymieszane w colowej butelce), jest ubaw po pachy. Ja w końcu wskakuję na dach, żeby postrzelać foty psoty rowerzystom, co oszukują.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prawie zmierzcha. Jesteśmy w najwyższym już punkcie. Stąd zjazd do Nimule. 6 kilometrów ciągle w dół. I to ostro w dół. W dole Nil płynie leniwie. Mój ulubiony sudański kawałek Nilu. Jak w wielkiej kołysce, buja się z prawa na lewo, zakrętami. Piwko oczywiście jest robione. Bo grzechem byłoby nie napić się piwa w Wielkanoc o pięknym zachodzie słońca, który oblewa złotem drzewa na sąsiednim wzgórzu, tak, że wyglądają jak gorejące krzewy. Biblijnie dość. W końcu to Wielkanoc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wsiadam z powrotem na rower i jedziemy z góry. Jest coraz ciemniej. Jest coraz szybciej. Wielkie kamory wystają z drogi, trzeba uważać co by się nie zabić. Aaaaaa! Jest rewelacyjnie. Spotykamy krowę przy drodze, jedziemy dalej. Jest już miasto. Jest super. Jest hotel. W nim prąd. Jest zimne piwo. JEST PRYSZNIC! Będę żyła. A potem jeszcze okazuje się, że mam wielkie podwójne łóżko. I tylko niestety musze je dzielić z jakimś innym białasem. Ale spoko. Będę żyła. Trawa powinien również przetrwać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siadamy sobie w hotelowej restauracji, sączymy browary. Kelnerka po godzinie oczekiwania na 4 zimne piwa przynosi ich 5. Lekko nie wiemy o co kaman. Spijamy whisky. Pleciemy bzdury. Wspominamy much tse-tse. Aż tu nagle Zbych wyciąga niczym asa z rękawa – woreczek. Woreczek pełen wódki/ginu/whisky albowiem woreczek Waragi (a w Ugandzie jest to każdy z wysoko-procentowych alkoholi). Smak ananasowy. Lejemy do szklanki. Jest żółtawy. Wali spirytusem pomieszanym z plastikiem, plastikiem ananasowym i odrobiną wody. Chłopcy próbują pierwsi. Ja nieśmiało maczam usta. Syf dokumentny. Ale nie należy gardzić, bo kosztował jednego jedynego funta sudańskiego. 1,30 PLN. 120 ml alkoholu 40%. Tanioszka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wytrzymuję już w tym brudzie i syfie, który wiozę ze sobą od Torit. Idę pod prysznic. Staję na jasnych kafelkach (nie mam japonek i zastanawiam się przez chwilę jakie pieczarki urosną mi na stopach, ale co tam, moje ciało nie będzie śmierdzieć spoconą wędzonką). Pierwsze krople spadają na moją głowę, woda spływa po jasnych kafelkach. Kolor brunatny. Z Nilu, myślę sobie. Chwytam mydło, szoruje wszystkie zakamarki, spłukuję. Stoję tak jeszcze chwilę. Woda jakoś szokująco czysta, krystaliczna niemalże. To nie Nil był. To ja. Ten brud. To mój. A teraz – jak cudownie być czystą!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedzimy i gadamy dalej. O tym jak się biliśmy w młodości. Jak to dotarliśmy do Opola zamiast do Krakowa, o pierdołach wszelakich. Zbychu odpada jako pierwszy. Gaśnie generator, zapadłaby cisza, gdyby nie to, że jakieś dźwięki dochodzą zza płota. Trawa idzie spać. Siedzimy jeszcze chwilę, po czym uświadamiam sobie, że te dźwięki zza płota to muzyka z głośnika, pytam więc uroczej Pani właścicielki, z którą tańczyłam kilkadziesiąt minut wcześniej (szałową kieckę miała poza tym), skąd te dźwięki. Disco House – odpowiada Pani Manager. Kilka szybko wymienionych spojrzeń i już lecimy na dicho. Ja i pan Lider. Tam impreza na całego. Setki ludzi, upał jak w saunie, przepocone powietrze, zapach setek tańczących ciał. O godzinie 5.00 rano wracamy i padamy na twarz. Wielkanocnej niedzieli koniec w końcu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7129792691325655969?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7129792691325655969/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7129792691325655969' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7129792691325655969'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7129792691325655969'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/04/najdziksza-wielkanoc-ever-czesc-3.html' title='Najdziksza Wielkanoc Ever! - część 3'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-5003456480572438785</id><published>2010-04-14T12:52:00.001+03:00</published><updated>2010-04-15T14:08:30.350+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Najdziksza Wielkanoc Ever! - część 2 i pół :)</title><content type='html'>Dojazd do skrzyżowania z główną drogą łączącą Południe Sudanu z Ugandą daje duże możliwości. Tak przynajmniej myśleliśmy. Ja po cichu, sekretnie, marzyłam o prysznicu, nawet z zimną wodą, jakimkolwiek. I materacu. Łóżku, które ma nogi, które to powodują że się śpi powyżej podłogi. I jest choć ciut miękcej niż na cienkiej alumacie położonej na ziemi. Takie dwa skromne, malutkie, tycie takie marzonka… I nic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dojechaliśmy do skrzyżowania upstrokaconego małymi budkami, w których serwuje się jakieś jedzenie, coś do picia. Zero prądu w okolicy, więc nasze płonne nadzieje na zimny browar jakoś szybko się rozmyły. Oświetlając okolice latarką na czole brennabora, odnaleźliśmy miejsce pod drzewem, gdzie kongijska babka warzyła jakąś strawę. Zaraz pojawił się jakiś mundurowy, i nie-mundurowy. Zapytaliśmy o jakiś nocleg i usłyszeliśmy, że lodge najbliższa 40 km stąd. Jeszcze w przeciwnym kierunku do naszego. Ale pan Niemundurowy, zaoferował, że możemy się klapnąć na jego podwórku. Zaprowadził nas, pokazał miejsce pod mangowcem, rozbiliśmy namioty, dokonaliśmy bardzo, ale to bardzo pobieżnej toalety i postanowiliśmy udać się do jednej ze szlachetnych knajp aby zapełnić nasze burczące brzuchy. A właściwie to na piwo.&lt;br /&gt;O zgrozo! Jest ugali, jest fasolka (pyszna nawet jak na fasolke), jest nawet mycie rąk mydłem przed posiłkiem, kultura jest, jest fanta i cola i wszystko byłoby cudownie gdyby nie to, że dopadł nas najprawdziwszy koszmar. Nie ma piwa. To znaczy jest. Ale JEDNO. JEDNO JEDYNE PIWO w całe wiosce. A nas jest trójka… koszmar, o jakim nam się nawet nie śniło. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zmęczeni jesteśmy do granic wytrzymałości, powieki same opadają prosto do miski z fasolką czy groszkiem, jeszcze to piwo, a właściwie brak, a w sumie to nie brak tylko ilość taka, żeby tylko człowieka zmęczonego pedałowaniem podrażnić. Jemy, płacimy, dajemy się skroić jak przeciętnie inteligentni mzungu, wstajemy, idziemy, kładziemy się i śpimy. Sen jest wspaniałą sprawą. Nawet o tym piwnym horrorze pozwala zapomnieć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-5003456480572438785?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/5003456480572438785/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=5003456480572438785' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5003456480572438785'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5003456480572438785'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/04/najdziksza-wielkanoc-ever-czesc-2-i-po.html' title='Najdziksza Wielkanoc Ever! - część 2 i pół :)'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8212552967150171234</id><published>2010-04-13T22:56:00.002+03:00</published><updated>2010-04-15T14:08:30.350+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Najdziksza Wielkanoc Ever! - część 2</title><content type='html'>Wielka, Ogromna, Olbrzymia i Strasznie Długa Sobota&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kawałek dalej przy drodze spotkaliśmy elegancki czołg, prawdopodobnie produkcji radzieckiej, podobno zupełnie elegancko sprawny – poza tym drobnym faktem, że silnik mu się lekko zepsuł. Mieszkańcy małej wioski, którą czołg ten charakteryzował, grzecznie pozowali nam do zdjęć, w nagrodę otrzymując po garści daktyli wiezionych przez chłopaków z Północy. I ruszamy dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejna wioska. JEST PIWO! Bez piwa nie da się jechać dalej, bo rowery stawiają za duży opór. Siedzimy, sączymy sobie Senatora, a tu przez wieś prują toyoty na rządowych blachach. W nich umundurowani urzędnicy Government of Southern Sudan. Kampania wyborcza w pełni, więc zielono lub niebiesko-odziani Panowie sprawdzają, czy aby na pewno wszystko jest w porządeczku. Przychodzi przywitać się z nami pan Ceasar, który agituje lokalną społeczność do głosowania na jakiegoś niezależnego kandydata, motywując to prostym, populistycznym hasłem „tamci się już nachapali” – czas więc na zmiany. Wymieniam z Ceasarem numery telefonu, pyta więc jak się nazywam – Edyta – Kiwi odpowiadam grzecznie. Śmiech wokół. Edyta znaczy tyle samo co abduction, czyli moment w którym mężczyzna posiądzie kobietę. Tak to znaczy w języku Latuko. Cóż za ubaw. Ile się człowiek może ciekawych rzeczy o sobie dowiedzieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po piwku ruszamy w dalszą trasę. Prosto do Magwi. Robi się już coraz cieplej, słońce świeci coraz wyżej, przejazdy przez kolejne góry i doliny zaczynają coraz bardziej doskwierać. W końcu widać tukule, coraz więcej ich i ciągną się ich zgrupowania wzdłuż drogi. W końcu na wzgórzu majaczy betonowa struktura. TAK! Jesteśmy w Magwi! Struktura stoi, maszt jednej z sieci telekomunikacyjnych (żadnej, której byśmy używali), a w ich sąsiedztwie dwa urocze działka artyleryjskie. W bardzo dobrym stanie. Sprawnym okiem absolutnych laików nie mających żadnego doświadczenia wojskowego zgodnie stwierdzamy, że jeszcze działają. Jedziemy kawałek dalej. Jest knajpa. Jest generator, będzie ZIMNE piwo. Jest jedzenie. Pani za ladą, nie znająca widocznie angielskiej nazwy indyka mówi nam, że serwują dzisiaj „Elephant Chicken” i ugali. 3 miski jedzenia pojawiają się zanim jeszcze zdążę powiedzieć ile porcji nam potrzeba. Siadamy sobie na zewnątrz w cieniu, sączymy najzimniejszy trunek jaki tam był – Guinessa lub sodę, zajadamy się pysznym słonio-kurczakiem. Wtedy też dociera do mnie jak bardzo nie lubię Guinessa i mimo, że zimny, gardzę nim stanowczo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedziemy dalej. Droga opada w dół – och cóż za wspaniały wynalazek ta grawitacja i ten w dobrą stronę nachylony lekki stok! Jest rzeczka, jest mostek, jest i sprawiedliwość – każdy spadek terenu do rzeczki oznacza, że po drugiej jej stronie trzeba będzie się wspinać. Więc wspinamy się, dzielnie. Kilometr za kilometrem. Powoli coś, ale wytrwale. Ja i moje wspaniałe płuca ledwie zipiemy. Panowie – gentlemanowie nie dają po sobie poznać, że im jakaś baba spowalnia tempo nadmiernie. Uśmiechają się ładnie, pytają czy wszystko w porządku. Brniemy dalej przez ten niemiłosierny popołudniowy upał, gdzie nie tylko z nieba leje się żar, ale czerwona wygrzana droga oddaje już ciepło, które nagromadziła w sobie do południa. UPAŁ! Wody chcę, wody! PIIIIĆ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest ukojenie! Wioska, chatka, piwko, woda. Siadam w cieniu mangowca, na podstawionym mi przez jednego z mieszkańców wioski krześle i wypijam jednym łykiem pół litra wody. W ciągu kilku sekund cała ta woda jest już z powrotem poza moim organizmem. Przez każdy najmniejszy odprowadzający pot z organizmu otworek woda marki Rwenzori paruje ze mnie. Rwenzori – kolejny punkt na mapie Nowaka. Jaka to szkoda, że nie będzie mi dane wspiąć się na niego w żadnym bliższym horyzoncie czasowym. Jest i piwo. Kolega Lider podaje mi otwartą butelkę. Do tego papierosek. Marlboro w centrum sudańskiego nigdzie. Cóż za piękna sprawa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesteśmy już w kraju Acholi. Wódz wioski – elegancko wystrojony, upojony do granic, nalega, żebyśmy zostali u niego na noc. Nie możemy, musimy dalej, do Opari. Ale to chociaż chodźmy przywitać się z jego rodziną. No chodźmy. Przecież nie często się zdarza, żeby troje białych na rowerach jechało tędy w biały dzień. A co dopiero w Wielką Sobotę i to poprzedzającą pierwsze od dziesięcioleci wolne (lub wolnawe) wybory w Sudanie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wódz startuje w wyborach do Payamu, czyli rady powiatu. Ważna musi być to funkcja, jest on bowiem jako jedyny wystrojony niczym stróż w Boże Ciało. W garniaczku, kapelusiku i klapeczkach, elegant, z dwoma klasami szkoły podstawowej ukończonymi gdzieś dawno dawno temu jest tu najważniejszy. Jego żona – Krystyna – zębami odkapslowuje mu butelkę z piwem, jego siostra resztką piwka poi swojego małego bobasa, ciotka i matka popijają wódeczkę z plastikowego woreczka, ojciec popala otrzymanego przez nas papierosa. Przychodzą kolejne żony ojca, witając się z nami na klęczkach. My na eleganckich plastikowych fotelach, usadzeni w cieniu, opowiadamy skąd się wzięliśmy i słuchamy historii lokalnych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A czemu masz spodnie kobieto na białej pupie swej? Pyta jedna z matek w swoim języku. Rozumiem tylko dlatego, że pokazuje na swoją spódnicę i pokazuje że ja nie mam takiej. Tłumaczę, że w spódnicy na rowerze jeździ się przeciętnie wygodnie. &lt;br /&gt;Matki ni stąd ni zowąd wstają i tańczą. Ruszają się w tylko sobie znany sposób, kołysząc biodrami, piszcząc w niebogłosy. Nie trwa niestety zbyt długo ich taniec, albowiem mężczyźni orzekają, że już wystarczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i nam też wystarczy. Ruszamy dalej ostrzegani, że w drodze do Opari będą nas napadać stada much tse-tse. Ale nic to – jedziemy. Dojeżdżamy do miasteczka pijanych Acholi. Zatrzymujemy się w pobliżu jakiegoś małego rynku, gdzie głośniki ryczą na jakąś afrykańską nutę. Nagle wszyscy są wokół nas, kobiety, mężczyźni, kalecy, dzieci – wszyscy pijani! Wielka Sobota trwa w najlepsze więc cóż innego robić jak lokalnym substytutem wina mszalnego chwalić pana? Jedziemy dalej, po drodze jeszcze kilka grup kobiet tańczących a to gdzieś pod drzewem, a to na progu domu. Jakaś pani pijana w sztok, wystrojona w gruby żakiet coś tam na nas pokrzykuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W reszcie pierwszy napotkany trzeźwy człowiek doradza nam, żebyśmy na skrzyżowaniu pojechali w prawo, do drogi na Nimule, a nie przez Opari, bo nas much tse-tse zjedzą. Trzeźwa kobieta na rowerze – nasza przewodniczka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dojeżdżamy do skrzyżowania – chłopcy pod sromotnym atakiem much smarują się czym mogą, a co odpędziłoby krwiopijne musze bestie. Mnie coś początkowo nie ruszają. Musze strasznie śmierdzieć skoro do mnie nie lecą, myślę sobie. Ruszamy dalej, zasuwamy czym prędzej, aby tylko umknąć przed kolejnymi bolesnymi ukąszeniami. Ja co jakiś czas poklepuję się po pupie – przydałby się ogon do odganiania tego cholerstwa. Po kilku kilometrach znów wioska. Już mamy pytać o nocleg, aż tu zatrzymuje się koło nas samochód i mówi, że za 30 minut powinniśmy dojechać do skrzyżowania z Nimule Road. Bez chwili zastanowienia zasuwamy dalej. Tak bardzo chcę już dojechać do tej drogi. Może będzie gdzie się umyć. Choć troszkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla osłody trudów piękny zachód słońca funduje nam ten dzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapada zmrok. Pająk przekonuje mnie, że mam oczy jak leopard i widzę w ciemności, ale niestety jakoś siła sugestii nie pomaga. Nie wiem już po czym jadę. Podjazd pod górkę. Zjazd z górki. Podjazd pod górkę. W końcu mój apel zostaje wysłuchany. Zatrzymujemy się, montujemy latarkę na rowerze lidera, ruszamy dalej. Po 500 metrach docieramy do skrzyżowania. I po co było tę latarkę montować?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga do Nimule! W końcu! A nie wierzyłam, że w dwa dni do niej dojedziemy. Ale dałam radę. 100 km w ciągu 1,5 dnia jazdy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8212552967150171234?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8212552967150171234/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8212552967150171234' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8212552967150171234'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8212552967150171234'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/04/najdziksza-wielkanoc-ever-czesc-2.html' title='Najdziksza Wielkanoc Ever! - część 2'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-632973098899992943</id><published>2010-04-12T13:52:00.000+03:00</published><updated>2010-04-15T14:08:30.351+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Najdziksza Wielkanoc Ever!</title><content type='html'>Pola minowe, dzikie zwierzęta, LRA – czyli banda Kony’ego, spanie w buszu, 3 dni bez prysznica, Elephant-chicken (czyli słoniowy kurczak znany również jako indyk), miasto pijanych Acholi, czołg przy drodze, działka artyleryjskie na rogatkach powiatowego miasta, 45-stopniowy upał, jazda na workach z kaszą, kilku-kilometrowe podjazdy na rowerku, gulasz z antylopy, JEDYNE piwo w wiosce, kongijska kucharka, góry Imatong, piękne tukule ludzi Latuko, muchy Tse-Tse, wódka w plastikowym woreczku o smaku ananasa i przygód innych cała masa – to w telegraficznym skrócie opis Wielkanocy 2010.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Część Pierwsza - Czwartek i Piątek - Wielkie Oba z resztą :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Wielki Czwartek wyruszyliśmy autem do Torit, aby tam spotkać się z Panem Liderem (Jakubem Pająkiem z resztą), który pokonał trasę 130km w dwa dni (środa i czwartek). Dojechaliśmy w nocy, po drodze spotykając pytona-młodzieniaszka o skromnej długości 2 m z hakiem i dzikiego kota z wielkimi uszami, patrząc w piękne czarne ugwieżdżone niebo, mknąc z zawrotną prędkością 30km/h przez Sudańskie bezdroża. Na pokładzie niebieskiego Land Cruisera ja, Zbychu i Trawa (nasze wsparcie logistyczne – czytaj szofer), dwa brennabory, przyczepki i sakwy. &lt;br /&gt;Dotarliśmy do kościoła zniszczonego w czasie wojny. Popękane ściany, brak szyb w oknach a pod dachem nietoperze. Szybciutko rozbiliśmy sobie namiot w pobliskiej Katolickiej Misji i kimanko – od jutra podróż w nieznane, ciekawe, odradzane białym – przez Sudański Busz.&lt;br /&gt;Wielki Piątek oczywiście nie poszedł nam aż tak sprawnie jak to w początkowych planach było zamierzone, ale jako, że w Afryce czas płynie po swojemu, a ty musisz płynąć wraz z nim – tragedii nie było. Złożyliśmy wizytę u Biskupa, który był zbyt zajęty, żeby z nami gadać. Obejrzeliśmy kolejny zrujnowany kościół, zjedliśmy super lunch, popiliśmy browarkiem i ruszyliśmy w drogę. Koło 14.30. Albo i później.&lt;br /&gt;Szczęśliwie lub nie – droga najpierw była optymistycznie z górki, aż dotarliśmy do stóp wspaniałych, dziewiczych niemalże gór Imatong. Tu zaczęła się droga przez mękę – zjazdy – wjazdy – przejazdy – rozjazdy. Ale jedziemy dalej.&lt;br /&gt;Przystanęliśmy w wiosce w Krainie Latuko. Dzieciaki z krzyżami zrobionymi z patyków przypomniały nam o tym, że to w końcu Wielki Piątek jest. Piwko-paliwko zostało wypite, porozmawialiśmy sobie z lokalesami, powymienialiśmy kontakty i ruszyliśmy dalej.&lt;br /&gt;Po 36 km drogi, około 18.30 nie wiedzieliśmy już co jest za następnym wzgórzem. Miała być jakaś wioska 3 kilometry temu, ale przecież odległości w Afryce też są bardzo względne. A może to miały być mile? Zbychu ostatni dzień biorący wspaniały Coartem, mający wybić malaryczne robale, podjął za nas męską decyzję – śpimy gdzieś przy drodze.&lt;br /&gt;Znaleźliśmy piękne miejsce, za skałą, wśród drzewek, w buszu. Rozbiliśmy namioty, zjedliśmy po suchej bułce z dżemem, popiliśmy coca-colą, zagryźliśmy kawałkiem czekolady, zapaliliśmy papieroska i siedzieliśmy zastanawiając się z czyich rąk przyjdzie nam zginąć tej nocy. Czy będą to ręce członka LRA trzymające znanego wszystkim kałasza, czy szponiaste łapy dzikich zwierząt, a może po prostu wybuchnie nam pod nogami jakaś pamiątka po wojnie – mina, niewybuch, niewypał czy inny kawał naładowanego prochem żelastwa. Nawet Gadafi się w naszej wielowątkowej rozmowie pojawił, toteż serdecznie go pozdrawiam!&lt;br /&gt;W końcu nadszedł czas na spanie – na drobnych kamieniach które z czułością zapaśnika sumo masowały nasze kości i zmęczone mięśnie. A o poranku słońce zaglądając do namiotów dało sygnał do dalszej drogi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-632973098899992943?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/632973098899992943/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=632973098899992943' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/632973098899992943'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/632973098899992943'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/04/najdziksza-wielkanoc-ever.html' title='Najdziksza Wielkanoc Ever!'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-4191806783596857286</id><published>2010-03-14T01:12:00.000+03:00</published><updated>2010-03-14T01:14:06.631+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Dźwięki Sudańskiej Nocy</title><content type='html'>Gdy temperatura powietrza w końcu spadnie poniżej magicznych 30 kresek, gdy cały krajobraz otuli się czarnym futrem nocy (błyszczącym tylko gwiazdami niczym diamentami), gdy ucichną już wszystkie rozmowy, krzyki wiwatujących fanów futbolu, usłyszeć można jak bije nocne serce Juby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś te dźwięki słychać zza mangowców, na południe od naszego Kampu. Rozlegają się dźwięczne uderzenia bębnów, słychać ciche pogłosy śpiewu w jednym z licznych zupełnie nam nieznanych języków. Gdzieś tam przy ognisku, lampie naftowej lub świeczce, spotkała się grupa ludzi i niewątpliwie coś celebrują. Okazja musi być radosna, bo od czasu do czasu słychać śmiech lub radosne okrzyki. Obstawiamy – narodziny dziecka lub wesele. Byłoby łatwiej określić charakter imprezy, gdybyśmy wiedzieli jakie to zwierze zostało zabite na dzisiejszą okoliczność – bo jeśli to byk, to bez wątpienia jest to wesele…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Często jednak z oddali nadciąga do nas mechaniczna muzyka wytwarzana przez wielkie głośniki eleganckich lub mniej przyzwoitych knajp nad Nilem. Tak bawią się młodzi i starsi, wypacając z siebie kolejne litry płynów ustrojowych, mimo, że słońce nie pozwoliło im odpocząć za dnia i również nie wąsko się pocili. Kobiety w niewiarygodny sposób ruszają biodrami i ramionami, sprawiając wrażenie, że zostały pozbawione kręgosłupów i wykonywanie płynnych ruchów połączonymi elementami ciała jednocześnie w 3 różnych kierunkach absolutnie nie przedstawia żadnego problemu. Przy tym wszystkim unoszą dumnie głowy, spoglądając wokół siebie. Szczególnie tu w Sudanie, kobiety są jak żyrafy, baaardzo wysokie, dumne, z wyciągniętymi majestatycznie szyjami. Ich kolorowe kreacje mieszają się w wielki kalejdoskop, wszystko to jeszcze faluje i drga. A trzeba pamiętać, że afrykańskie kobiety bardzo lubią kolory dobitne, które rewelacyjnie im służą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasem słyszymy niestety również podejrzany huk, coś niby grzmot. Zastanawiamy się wtedy wszyscy po cichu – czy ktoś właśnie stracił życie? My, za ogrodzeniem, na strzeżonym przez cały oddział żołnierzy placu, możemy czuć się bezpiecznie. Tam, po drugiej stronie tego płotu niestety gwarancji na bezpieczeństwo nikt nie daje. Nawet mimo rozbrojenia Juby, które miało miejsce jakiś czas temu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kraju, gdzie wojna jest jedyną historią jaką ktokolwiek pamięta, strzały będzie słychać jeszcze przez długi czas. Oby tylko ich miejsce coraz częściej zajmowało radosne bębnienie lub dzwięki dobrze rozkręconej imprezy…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-4191806783596857286?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/4191806783596857286/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=4191806783596857286' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4191806783596857286'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4191806783596857286'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/03/dzwieki-sudanskiej-nocy.html' title='Dźwięki Sudańskiej Nocy'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8768474061846823133</id><published>2010-01-25T16:43:00.003+03:00</published><updated>2010-01-25T17:04:10.066+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Azja'/><title type='text'>Bali</title><content type='html'>Kiedyś dawno napisałam „Zanim napiszę o Bali, najpierw dam upust Tajlandii”. Tajlandii upust był dany a o Bali nigdy nawet jednym zdaniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S12hukJNBPI/AAAAAAAAJug/y-Qu_5pOW-o/s1600-h/PA140903.JPG'&gt;&lt;img src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S12hukJNBPI/AAAAAAAAJug/y-Qu_5pOW-o/s320/PA140903.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Piękne Balijskie Łódki &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Bali to miejsce opanowane przez turystów. Jako idealny kurort, wyspa oferuje zarówno miejsca ciche i spokojne (jak na przykład Sanur – zagłębie knajp) oraz mrugające, krzyczące, zatłoczone (tutaj przykładem jest Kuta).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bali dla mnie to mekka pysznego jedzenia, najlepszego soku pomarańczowego na świecie, kolorowych ulic, pięknych hinduistycznych ozdób drogowo-chodnikowych, uśmiechniętych ludzi i oczywiście jedwabnych sukienko-tunik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A dla tych co kochają wodę – czyli mnie – w wersji nieleżakowej, Bali to raj. Ja poleciałam nurkować. 6 dni pod wodą. Piękne rafy, rekiny, manty, żółwie i miliony małych pięknych kolorowych rybek. Pod wodą jest w ogóle inne życie, a tutaj przybiera ono niesamowitą feerię kolorów, kształtów, ruchów, form. W każdym miejscu jest jakby trochę inaczej, choć pierwiastek tej podwodności pozostaje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S12dKZbpqHI/AAAAAAAAJuQ/OX_hbdg0yls/s1600-h/PA120759.JPG'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S12dKZbpqHI/AAAAAAAAJuQ/OX_hbdg0yls/s320/PA120759.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Kiwi wyszła z Wody – po nurkowaniu na Menjangan &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Najwspanialsze nurkowanie było w okolicach wyspy Menjangan (czy jak to się tam po Balijsku pisze), gdzie na dole my – nurkowie, a na powierzchni wody – jelenie. Sceneria bajkowo-baśniowa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S12dvwfTTQI/AAAAAAAAJuY/HpQrcIhuns8/s1600-h/IMG_3115.JPG'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S12dvwfTTQI/AAAAAAAAJuY/HpQrcIhuns8/s320/IMG_3115.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Majestatyczny Wulkan &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Bali oprócz pieknych plaż i bajecznych widoków wulkanów, które od czasu do czasu pozwalają sobie na mniejszy lub większy wybuch, oferuje jeszcze piękne świątynie hinduistyczne. Ja co prawda nie uważam się za kulturoznawcę, ale dowiedziałam się od naszego przewodnika, że hinduizm na Bali jest o tyle ciekawy, że przez kilkanaście stuleci był totalnie wyizolowany od wpływów Indyjskich, w związku z czym rozwinął się na swój własny sposób, ubogacając całą hinduistyczną mitologię o zupełnie lokalne elementy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja i moje podejście do religii musieliśmy się pokłonić pięknym kolorom, barwnym rytuałom i pełnym bajerów ceremoniom. Doszłam również do wniosku, że jak już bym miała jakąś religię praktykować –to chyba hinduizm, ze względu na tę niezmierzoną ilość mitów, wręcz bajkowo niewiarygodną bujność tej religii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ważne na Bali jeszcze jest to, że Balijki to porządne dziewczyny, w przeciwieństwie tych z Javy czy Sumatry. Żadna Balijka nie występuje w Karaoke Show, które są Indonezyjskiem odpowiednikiem Ping Pong Show z niedalekiego Bangkoku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla wszystkich spragnionych rewelacyjnych wakacji w pięknych plenerach – polecam Bali bardzo serdecznie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Specjalnie dla Iwonki - ze zdjęciami :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8768474061846823133?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8768474061846823133/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8768474061846823133' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8768474061846823133'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8768474061846823133'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/bali.html' title='Bali'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S12hukJNBPI/AAAAAAAAJug/y-Qu_5pOW-o/s72-c/PA140903.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-3552383034737698331</id><published>2010-01-07T21:04:00.003+03:00</published><updated>2010-02-12T14:33:36.433+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Jinja</title><content type='html'>Źródło Białego Nilu. Miasteczko nad Jeziorem Wiktorii. Tama produkująca dużą część energii w Ugandzie. A wszystko to niczym w porównaniu z szaleństwem raftingu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S3U5hCbj-cI/AAAAAAAAJvs/StTRCmxzc3o/s1600-h/IMG_3651.JPG'&gt;&lt;img src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S3U5hCbj-cI/AAAAAAAAJvs/StTRCmxzc3o/s320/IMG_3651.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt;Nil sobie płynie spokojnie&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sześć godzin w pontonie na Nilu, wokół nas ptaki, ryby i krokodyle. Przed nami i za nami spiętrzenia wody, małe wodospady, dużo szybko płynącej wody, fale przewracające nasz ponton na plecy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://localhost:51259/a17ed00e48da5bff73ea1040e8641420/image/edcf43c8e1814f5d.jpg'&gt;&lt;img src='http://localhost:51259/a17ed00e48da5bff73ea1040e8641420/image/edcf43c8e1814f5d.jpg?size=320' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt;Mokro wszystkim!&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wspaniała sprawa taki rafting. Wszystkim, którzy nie chcą doświadczać jedynie spotkań z dziką zwierzyną, polecam tę formę rozrywki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż słów brak.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-3552383034737698331?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/3552383034737698331/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=3552383034737698331' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3552383034737698331'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3552383034737698331'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/jinja.html' title='Jinja'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S3U5hCbj-cI/AAAAAAAAJvs/StTRCmxzc3o/s72-c/IMG_3651.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-3946079895149636164</id><published>2010-01-07T19:39:00.001+03:00</published><updated>2010-02-12T14:45:31.144+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Kibale National Park</title><content type='html'>Miejsce pełnego rozkwitu mojej dendrofilii. Ponieważ odkąd wkroczyliśmy w obszary zazielenione moja miłość do zielonego koloru rosła, to już w tym wspaniałym lesie deszczowym osiągnęła poziom tak zenitalny, że obejmowałam drzewa i krzewy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po dwóch 3-4-godzinnych spacerach przez dżunglę nasyciłam się wilgocią, zielonością i wielko-drzewością. Dołożyło się do tego jeszcze spędzenie nocy w domku na drzewie, gdzie budziły nas odgłosy leśnych słoni, małp, lokalnych odmian dzików i innych ptaków. Cała zielona byłam od każdej strony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S3U-DYSoOMI/AAAAAAAAJv0/2maXlNsdfr4/s1600-h/DSC_6508.JPG'&gt;&lt;img src='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S3U-DYSoOMI/AAAAAAAAJv0/2maXlNsdfr4/s320/DSC_6508.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt; Nasz Kuzyn;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najwspanialsze jednak w tym parku były Szympansy. Takie zajebiście sprytne małpy. Chociaż one chyba nie są małpami, tylko szympansami. Naczelne są. Kuzynostwo bliskie człowieka. Co w szympansach ciekawe – one są wszystkożerne. To znaczy, że jedzą mięso. Mało tego – polują na małpy i je zżerają. Choć tylko od święta. Głównie żywią się owocami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Kibale nasz kolega Maciek zadał również pytanie sezonu, które definitywnie należy uznać za najgłupsze pytanie dekady. Maciek zapytał pana przewodnika czy jedzenie ludzkiego mięsa w Ugandzie jest legalne. Pod warunkiem, że ktoś sam umarł. Pytanie 100% mzungu style. Mniej więcej tak jakby zapytać samego Maćka kiedy on i jego rodzina zeszli z drzewa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-3946079895149636164?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/3946079895149636164/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=3946079895149636164' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3946079895149636164'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3946079895149636164'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/kibale-national-park.html' title='Kibale National Park'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/S3U-DYSoOMI/AAAAAAAAJv0/2maXlNsdfr4/s72-c/DSC_6508.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-5357652487764254873</id><published>2010-01-07T19:17:00.002+03:00</published><updated>2010-02-12T14:54:27.444+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rwanda'/><title type='text'>Kigali</title><content type='html'>&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://localhost:51259/23549ac978dd356358f232817647c446/image/fb1c4cf4580a3c72.jpg'&gt;&lt;img src='http://localhost:51259/23549ac978dd356358f232817647c446/image/fb1c4cf4580a3c72.jpg?size=320' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br&gt;Matka Rwandyjka&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;City of Hunred Hills. Rwandyjska stolica położona na wzgórzach. Jak i cała Rwanda. Jak na stolicę przystało – ma wszystko czego stolica potrzebuje. Światła na skrzyżowaniach, Nakumatt Supermarket, parę dobrych restauracji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Kigali jednak ze względu na historię (ludobójstwo roku 1994) oprócz takich typowo stołecznych punktów turystycznych, są jeszcze dwa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Hotel Mille Collines – czyli filmowy hotel Rwanda. Miejsce gdzie jeden Hutu ocalił życia ponad 1200 Tutsi podczas ludobójstwa. Teraz hotel jest odrestaurowany ślicznie, ma piekny basenik i jest dość popularny wśród białasów ze względu na swoją wysoką jakość. Podobnie z resztą jak był przed 1994.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Genocide Memorial – miejsce, w którym można zanurzyć się w tragicznej historii Rwandy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piękne, jak i cała Rwanda, miasto. Bardzo ładnie i dobrze zorganizowane. Trzy klasy wyżej niż takie Nairobi, które jest apogeum chaosu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wrócę jeszcze do tego francuskiego. Otóż zawsze wydawało mi się, że jest to sepleniący język, a potwierdzeniem mojego przeświadczenia była sytuacja z taksówkarzem, gdzie dwa tysiące zostały pomylone z dziesięcioma. Co jak dla mnie potem było zupełnie prawdopodobne bo „du” i „di” czyli 2 i 10 szczególnie w wydaniu afrykańskim nie koniecznie muszą brzmieć różnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natomiast był to dla nas moment, w którym Iwona Włodarczyk zaszokowała nas zupełnie. Stojąc na ulicy kłóciła się na śmierć i życie z panem taksówkarzem i to po francusku. Pozostała trójka, która nie parle franse, patrzyła tylko na rozmówców jakby obserwowała mecz ping-ponga. W końcu się wykłóciliśmy i poszliśmy na piwo i najlepszą pizzę we Wschodniej Afryce.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-5357652487764254873?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/5357652487764254873/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=5357652487764254873' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5357652487764254873'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5357652487764254873'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/kigali.html' title='Kigali'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-5274674963399990310</id><published>2010-01-07T18:38:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:20:26.534+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Fort Portal</title><content type='html'>W Fort Portal spędziliśmy jedną noc, więc za dużo do powiedzenia nie mam. Nawet mango żadnych rewelacyjnych nie sprzedawali. Przed naszym hotelikiem jednak stał pomnik człowieka z pomalowaną na żółtawy kolor twarzą, co chyba miało oznaczać, że biały był. Był też żołnierzem. I walczył. Ale nikt z lokalesów nie był w stanie wyjaśnić nam ani z kim, ani kiedy, ani przeciwko komu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z badań historycznych przeprowadzonych przeze mnie po powrocie, okazało się, że miasto nazwane imieniem pana Geralda Portala postawiło mu pomnik w podziękowaniu a może raczej ku uczczeniu faktu, że pan Portal ustanowił Protektorat Ugandy, zamiast działającej tam wcześniej Kompanii Wschodnio-Afrykańskiej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miasto Fort Portal było stolicą Protektoratu Ugandy do momentu aż nie powstała kolej w Kampali i się oficjalnie całe brytyjskie towarzycho przeniosła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A w ogóle to Fort Portal jest stolicą dystryktu Kabarole, a mi się ta nazwa bardzo podoba. Kabarole...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-5274674963399990310?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/5274674963399990310/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=5274674963399990310' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5274674963399990310'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5274674963399990310'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/fort-portal.html' title='Fort Portal'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-378368474283058737</id><published>2010-01-07T18:14:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:20:26.535+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Queen Elizabeth National Park (koło Kasese)</title><content type='html'>Park Narodowy imienia Królowej Elżbiety – znacie już moją opinię na temat nazwy. Kolonialiści nie mają litości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Park został utworzony dawno dawno temu – w 1920-którymś roku. Na tym terenie wcześniej mieszkali sobie normalnie ludzie i wypasali bydło i żyło im się szczęśliwie, aż do dnia, w którym mucha Tse-Tse postanowiła opanować terytorium i zaatakowała zarówno bydło jak ich właścicieli, po czym zapadli oni na śpiączkę afrykańską, po czym umarli. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Terytorium stało się więc bardzo dogodne dla dzikiej zwierzyny, której już nikt nie przeszkadzał, jak również sytuacja stała się dogodna, aby stworzyć na tym terytorium park narodowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejsce jest oczywiście zapierające dech w piersiach. Wschodnia część parku jest płaska i równinna, pokryta malowniczą sawanną. Jest na niej więcej zwierzyny, ponieważ antylopom jest łatwiej wypatrzeć ewentualnego wroga i uciec. A za tymi antylopami idą lwy i inne takie tam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Północno-zachodnia część parku to z kolei kratery wulkaniczne pokryte zieleniną. Taki zbiór małych Ngoro-Ngoro. Cudownie. Droga przez te kratery co prawda była wymagająca (miejscami jechaliśmy po krawędzi krateru zastanawiając się ile mamy luzu zanim spadniemy na prawo lub na lewo), ale bardzo urokliwa. A nasz Land-Cruiser ze swoim napędem na wszystkie koła świata z zapasem włącznie dzielnie darł przez trawy, kamienie, zbocza gór i inne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Środkowo-zachodnia część to z kolei dwa jeziora – jezioro Edwarda i Alberta, połączone naturalnym 14-kilometrowym kanałem, który jest siedzibą kilku tysięcy hipopotamów, ptactwa rozmaitego (w tym pelikanów, kormoranów, bocianów z flagą Ugandy na dziobie oraz White Igrisów – które były ulubionymi ptakami pana przewodnika i pokazywał nam je nieustająco) oraz krokodyli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszędzie oczywiście słonie, bawoły i inne lwy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A na południu parku są lwy co żyją na drzewach. Jedyne takie wariaty w Afryce, ale tam nas nie było, bo nam czasu nie starczyło.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-378368474283058737?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/378368474283058737/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=378368474283058737' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/378368474283058737'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/378368474283058737'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/queen-elizabeth-national-park-koo.html' title='Queen Elizabeth National Park (koło Kasese)'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8607401903996338910</id><published>2010-01-07T18:11:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:25:12.797+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rwanda'/><title type='text'>Jezioro Kivu (Kibuye)</title><content type='html'>Nad Jeziorem Kivu spędziliśmy Wigilię i część pierwszego dnia świąt. Abstrahując od faktu, że dla mnie w ogóle nie było świątecznie, bo ja w ogóle jestem mało świąteczna i święta BN łączą się w mojej głowie z Mamą (kiedyś Tatą jeszcze), choinką, zimnem i najazdami rodziny (jako najeżdżany lub najeźdźca). O świątecznym nastroju przypomniał nam Trawa, ktory na alkoholową część naszej Wigilii przyszedł wystrojony jak stróż w Boże Ciało a do tego przyniósł jakieś racowate światła chemiczne wprost z militaria.pl, które posłużyły jako dekoracja fikusa, który stanowił naszą choinkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jezioro Kivu w okolicach Kibuye, czyli po środku jego długości, jest PIĘKNE. Wygląda to wszystko jak Szwajcaria co najmniej. Jezioro jest górskie, więc czyste, ale w przeciwieństwie do naszych górskich jezior jest ciepłe. Toteż nie mogliśmy sobie odpuścić pływania :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkaliśmy sobie w pieknym ośrodku położonym tuż nad brzegiem, w schludnych pokoikach z widokiem na jeziorko. Hotelik miał bardzo przyzwoitą restaurację, gdzie skonsumowaliśmy wigilijną kolację – Tilapię prosto z jeziora. MNIAM! Wszystko to zapijane klasycznym kongijskim browarkiem marki Primus.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W I dzień świąt wybraliśmy się łódką na krótki wypad po jeziorze i zostaliśmy zawiezieni nad brzeg wyspy, której mieszkańcami są nietoperze. Tysiące nietoperzy. A może nawet dziesiątki tysięcy. Nasi przewodnicy zadbali o to, żeby nietoperze przedstawiły swoje lotnicze szoł, wywołujące je oklaskami i piskami jak na rockowym koncercie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później zaliczyliśmy inny hotel (bo miał lepszy dostęp do jeziora), popływaliśmy, pobyczyliśmy się i w końcu czuliśmy że odpoczywamy. A to wszystko w niezmiernie malowniczej scenerii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja i moja wodno-nurkowa obsesja postanowiłyśmy, że jeszcze kiedyś nad brzeg tego jeziora wrócimy, aby tu zanurkować. Co ślubujemy uroczyście. Woda bowiem czysta niezmiernie i na pewno ciekawe rzeczy pod powierzchnią czekają na nurków. A do tego jak wspominałam jezioro jest górskie, więc pewnie wszechobecne są ładne ścianki przy których miło się będzie zanurzać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8607401903996338910?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8607401903996338910/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8607401903996338910' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8607401903996338910'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8607401903996338910'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/jezioro-kivu-kibuye.html' title='Jezioro Kivu (Kibuye)'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-4736387390832332569</id><published>2010-01-07T17:45:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:26:32.868+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Transport klasą ekonomiczną</title><content type='html'>A propos autobusów! W Sudanie jest drogo, a jest to jedno z najbiedniejszych państw świata. Kenijczykom żyje się jak pączkom w maśle w porównaniu do tego, co mają Sudańczycy. A ponieważ jest drogo generalnie, to i transport autobusem jest drogi. Przejechanie 700 km z Juby do Kampali kosztuje 90 SDG, czyli koło 120 złotych. No więc pomysłowi Afrykańczycy jak zawsze, tak i tym razem poradzili sobie z problemem zbyt drogiego transportu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Juby importuje się bardzo dużo jedzenia z Ugandy, które to jedzenie przyjeżdża takimi śmiesznymi ciężarówkami. Gdzieś ok. 7 ton pojemności towarowej. No i ciężarówka taka wracałaby pusta, gdyby nie pomysłowość lokalesów. Otóż tą ciężarówką, za opłatą 20 SDG, rzesze Sudańczyków, Ugandyjczyków i innych, których nie stać na autobus, jadą niczym kartofle. Część z nich siedzi sobie na podłodze, część z nich stoi, trzymając się rachitycznej konstrukcji, na którą zazwyczaj nakłada się plandekę (pod warunkiem, że jadący pod plandeką towar nie jest żywy).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takie transporty docierały do Bibii podczas gdy my czekaliśmy na Maurice’a walczącego z urzędem celnym. Ludzie w kolorze szarym po przejechaniu 300 km po ubitej nie-wyasfaltowanej drodze. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale są jeszcze więksi hardkorowcy. Pan Xero, który naprawia naszą magiczną fotokopiarkę, dojechał do Bibii na motorze. Wyglądał jak chodząca mumia. Jego dotychczas czarna twarz miała zadziwiająco beżowo-rudawe kontury. Nie wspominając o kudłatej fryzurze.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-4736387390832332569?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/4736387390832332569/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=4736387390832332569' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4736387390832332569'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4736387390832332569'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/transport-klasa-ekonomiczna.html' title='Transport klasą ekonomiczną'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-4461623901851515505</id><published>2010-01-07T17:44:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:20:26.535+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Katuna</title><content type='html'>Przejście graniczne pomiędzy Ugandą i Rwandą. Z Ugandyjskiej strony Katuna, z Rwandyjskiej – Gatuna. Żeby nie trzeba było za bardzo kombinować jak w przypadku Nimule i Bibii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po wyruszeniu z Mbarary piękną drogą przez zielone wzgórza, jadąc wśród chmur, po 2 godzinkach dotarliśmy do granicy. Mieliśmy tego pecha, że dojechaliśmy równo z autobusem z Kigali, więc odstaliśmy w kolejce po stempel wyjazdowy dobre kilkanaście minut. Stempel jednak pach, szlaban ciach i już jesteśmy w Rwandzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tutaj zmiana. Ruch prawostronny (więc ja jako kierowca siedziałam niemalże na chodniku, za to pasażer służył za głównego nawigatora), pokolonialny język urzędowy – francuski. Tutaj osoba Iwony Włodarczyk okazała się nieoceniona, bo ona szprecha po francusku. Oczywiście na granicy mówi się również po angielsku, więc wszystko pięknie i jak spłatka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zabawnie jednak takie przejście graniczne wygląda, szczególnie gdy patrzy się na podróżujących autobusem. Wysiadają oni bowiem z autobusu w jednym kraju, a potem przechodzą te kilkaset metrów na drugą stronę i tam wsiadają do autobusu. Często biegnąc za odjeżdżającym pojazdem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-4461623901851515505?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/4461623901851515505/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=4461623901851515505' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4461623901851515505'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4461623901851515505'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/katuna.html' title='Katuna'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-836492072005314477</id><published>2010-01-07T17:30:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:20:26.535+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Brak bananów w Afryce</title><content type='html'>Ach! Jeszcze te bananany! Bo może was dziwić, że przejeżdżając przez bananowe gaje w Ugandzie nie można dostać banana. No więc tak jak pisałam bananów są całe masy, stosy, kiście. Tylko te banany są zrywane jeszcze jak są dość ciemno-zielone. Nazywają się one w języku Swahili „matoke” (co bardzo podobnie brzmi do „matako”, a w żadnym wypadku nie należy milić, gdyż to drugie słowo to nic innego jak DUPA). Tak więc bananów jadalnych przez mzungu nie ma. Ale są olbrzymie ilości matoke.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tajemnica matoke polega na tym, że po ugotowaniu zastępują ziemniaki. Bo Irish (czyli irish potato – ale, żeby było krócej po prostu Irish) nie chcą rosnąć w górskich ugandyjskich klimatach bo im za ciepło i za wilgotno. Poza tym są z europy, więc nie należą do jakiś bardzo odwiecznych elementów kultury kulinarnej. Matoke kupuje się w wielkiej kiści, następnie odrywa się poszczególne banany, obiera ze skóry (całkiem łatwo), kroi się banana na grube plastry i gotuje w wodzie z solą. Po uzyskaniu miękkości serwuje się go najlepiej z jakimś gulaszem albo innym sosem zawierającym mięso lub też groch czy fasolę. Nie jest to może kawior, ale bez dwóch zdań sycące.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-836492072005314477?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/836492072005314477/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=836492072005314477' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/836492072005314477'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/836492072005314477'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/brak-bananow-w-afryce.html' title='Brak bananów w Afryce'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6158073674210515019</id><published>2010-01-07T17:23:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:20:26.536+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Mbarara</title><content type='html'>O tym mieście nie wiele możemy powiedzieć, bo zostaliśmy tu na jedną noc w drodze do Rwandy. Wiemy tylko tyle, że obsługa w hotelach jest koszmarna. Droga dojazdowa jest w remoncie, więc jak się jedzie nocą to można doświadczyć ciekawych wzlotów i upadków – do tego stopnia, że szlag trafił naszą Finlandię. Można ją było tylko wyssać z fotelu samochodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale w Mbarara również sprzedają najlepsze mango na ziemii. Przekonaliśmy się o tym po powrocie z Rwandy, jak w niedzielne popołudnie dojechaliśmy do tego miasteczka, położonego w ślicznych zachodnio-ugandyjskich górach, gdzie kwitnie wszelkiego rodzaju rolnictwo (głównie owocowo-warzywne). W okolicach Mbarara przejeżdża się przez lasy bananowców, wśród wypielęgnowanych pól herbaty, przez wioski, w których sprzedawcy biegnący za przejeżdżającym wolno (ze względu na progi zwalniające) autobusem próbują sprzedać pasażerom swoje cebule czy marchewki. To taka afrykańska forma warzywnego Mc Drive. Swoją drogą – dużo zdrowiej :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z mango natomiast było tak, że wyjeżdżając z Mbarara do Queen Elizabeth National Park, do którego mieliśmy parę ładnych kilometrów, postanowiliśmy, że nie będziemy jeść lunchu w żadnej z tych knajp, w których półtorej godziny czeka się żeby przyszedł kelner i powiedział Ci, że to co zamówiłaś właśnie się skończyło. W Ugandzie to dość popularna przypadłość, a Iwona biła rekordy świata w ilości zamawianych „nieobecnych” potraw. Cała sytuacja stawia pod znakiem zapytania w ogóle kwestię sensu drukowania menu w takich jadłodajniach, skoro 90% menu nie ma, a potrawy aktualnie serwowane i tak w menu się nie znajdują.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No więc do mango wracam. Kupiliśmy więc ananasy, mango, pomarańcze i arbuza, żeby sobie zapchać żołądki czymś zdrowym i lekkostrawnym. Nie żebyśmy byli na dietach, ale po prostu albo owoce albo nic. Co ciekawe nie było bananów. To znaczy były, całe mnóstwo, ale w formie, w której my ich nie jemy. Ale o tym później. Więc te mango przejechały z nami aż do QENP, potem z niego wyjechały, potem pojechały do Kibale i na szympansy i nikt ich nie chciał, bo mango jak jest niedojrzałe to nie jest wcale fajne. A te miały zieloną skórkę, więc nie zapowiadały się dobrze. Aż w końcu po spacerze poszukiwawczym szympansów (zakończonym wielkim sukcesem), gdy wyruszyliśmy w dalszą drogę z postanowieniem, że kolejny posiłek w Kampali, toteż ja postanowiłam w końcu dobrać się do tych mango. I OLABOGA! Najlepsze mango świata!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słodkie, soczyste, mangowiaste i do tego w pięknym kolorze, nie włókniste, no REWELA. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkich fanów mango zapraszam do Mbarara.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6158073674210515019?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6158073674210515019/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6158073674210515019' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6158073674210515019'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6158073674210515019'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/mbarara.html' title='Mbarara'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6117511890489095921</id><published>2010-01-07T17:22:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:20:26.536+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Kampala</title><content type='html'>Stolica Ugandy. Miasto kiedyś na Siedmiu Wgórzach, dziś już na 22 wzgórzach rozpostarte. Stworzone oczywiście przez Brytoli, którzy tutaj zakończyli bieg kolei z Mombasy przez Nairobi i Kisumu. Afrykańska stolica z obwodnicą, po której się śmiga, podczas gdy w samym mieście już raczej głównie stoi się w korkach. Jak w każdej stolicy jest tu wszystko. Nawet pole golfowe. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Kampali gościliśmy tylko przejazdem, ale byliśmy na ten przykład w miejscu, które lekko naszą Polskość połechtało. Otóż kilkanaście lat temu papież Jan Paweł II był w Ugandzie. I oni, jako chrześcijanie są z tego bardzo dumni. Tak dumni, że na jednym ze wzgórz odwalili kawał wielkiej katedry poświęconej naszemu Papieżowi-Polakowi. Miło nam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakbyście jednak planowali przejazd przez to miasto to warto zajść do takiej chińskiej knajpki przy jednej z głównych dróg (która prowadzi do Jinja), gdzie serwują najlepszy banana-split ever. Dla niekumatych – banana split to deser z gorących bananów i lodowatych lodów. Knajpka nazywa się Great Chinese Wall.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6117511890489095921?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6117511890489095921/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6117511890489095921' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6117511890489095921'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6117511890489095921'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/kampala.html' title='Kampala'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-3547302346286844659</id><published>2010-01-07T16:44:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:20:26.536+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Gulu</title><content type='html'>Gulu to miejscowość, w której jako małe dziecko nie chciałabym się wychowywać. Może jako dorosły też nie koniecznie chciałabym tam żyć. Ale zdecydowanie wychowywanie dzieci powinno być zakazane w tym miejscu. A to dla 3 bardzo typowych powodów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Lord Resistance Army, która słynie (oprócz masy innych ciekawych faktów) z tego, że porywa dzieci i wciela ich jako swoich żołnierzy. Chłopców i dziewczynki. Najmłodsi żołnierze mają nawet 5 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Ebola. Bardzo sympatyczny wirus. Jak mówił Maurice w czasie mojej poprzedniej wycieczki do Ugandy „bardzo częsty” w tej okolicy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3. Ludożerstwo zwane kanibalizmem. Otóż podobno w tej okolicy żyją plemiona które dla celów kulturowo-okultystycznych oraz para-kulinarnych żywią się ludźmi. A że dzieci stosunkowo łatwiej się chwyta – to one mają najbardziej przerąbane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Gulu mieliśmy również przygodę kulinarną, choć nie związaną z ludzkim mięsem. Natomiast znalezienie po 22:00 jadłodajni, w której byłoby jeszcze jedzenie, wcale nie okazało się takie proste. Do tego okazało się, że wszystkie trunki serwuje się tu na butelki i jak masz ochotę na Johny Walkera to musisz mieć ochotę na cały litr.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dodam jeszcze parę zdań na temat Lord Resistance Army . Jest to urocza grupa ludzi, uznana przez Zachód za grupę terrorystyczną. Osobiście moja ulubiona. LRA pod dowództwem barwnej persony pana Kony (który pozostaje w bezpośrednim kontakcie z Bogiem) walczy o to, żeby w Ugandzie stworzyć państwo kościelne oparte na 10 przykazaniach. Droga do celu usłana jest porwaniami dzieci, morderstwami oraz barwnymi wierzeniami, że żołnierze LRA po wysmarowaniu się olejkiem z orzechów shea stają się kuloodporni, ponieważ wystrzelony ołów w zetknięciu z ich ciałem zamienia się w wodę. Więcej ciekawych faktów na ich temat oczywiście do znalezienia na Wikipedii. Polecam!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-3547302346286844659?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/3547302346286844659/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=3547302346286844659' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3547302346286844659'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3547302346286844659'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/gulu.html' title='Gulu'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-1116215336777189067</id><published>2010-01-07T16:24:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:26:32.868+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Nimule</title><content type='html'>Nimule jest w Sudanie. Brat bliźniak Ugandyjskiej Bibii (od Bibia). Jest to brama przez którą do Południowego Sudanu wkracza wszystko to, co nie może przylecieć. Najbardziej zaganiane przejście graniczne. Pełno tu tirów, oficerów Celników, Ugandyjczyków, Kenijczyków, Sudańczyków z każdego zakątka. Jest kilka przyzwoitych noclegowni-jadłodajni oraz cała masa przybytków o podobnych funkcjach, ale zdecydowanie bez jakości.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;To tutaj oczywiście odbywają się wszelkie formalności związane z naszym zasysaniem towarów na potrzeby projektu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nimule zdecydowanie lepiej wygląda za dnia niż nocą, bo poprzednim razem przekraczając tutaj granicę było już ciemno że oko wykol (jak to w Afryce) i Nimule nie wyglądało w ogóle. Nie było go widać. Tymczasem teraz ukazało nam się w pełnej rozciągłości i okazało się, że to całkiem spora mieścina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale! Nimule najpiękniej wygląda ze wzgórza na które trzeba się wspiąć jadąc bardzo nieciekawą drogą – jednak jedyną która łączy to miejsce z resztą Sudanu. Bowiem Nimule leży w dolinie, którą płynie Nil. I ten Nil płynie tam dość leniwie, szerokimi zakolami, pomiędzy dwiema ścianami gór. Niestety – zdjęcia brak. Gdy jechaliśmy DO Nimule, na tym wzgórzu, na tej nieciekawej drodze, rozwaliła się ciężarówka. Naczepa się oderwała. Kontener spadł z naczepy na drogę. Jeszcze jedna ciężarówka ucierpiała poprzez zderzenie z kontenerem. Bez rewelacji to wyglądało na początku. Jeszcze korek, który powstał (ponieważ wąska droga stała się zupełnie nie przejezdna), spowodował, że nie było jak zrobić zdjęcia temu pięknemu leniwemu Nilowi. A w drodze powrotnej – zaczęła się na dobre pora sucha w tak zwanym międzyczasie i cały ten kurz i pył z drogi unosił się nieustannie w powietrzu czyniąc widoczność BARDZO kiepską.&lt;br /&gt;Wrócę jednak do tej ciężarówki!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Atmosfera była bardzo napięta, gdyż wszyscy chcieli wyjechać z Sudanu na święta do domów (w tym samym co my korku stało kilkanaście autobusów wypchanych pasażerami po brzegi). Wszyscy chcieli jak najszybciej pozbyć się przeszkody, która składała się z 2 elementów. Pierwszy to kontener, którego nawet bardzo duża ilość osób nie przeniesie w inne miejsce. Drugi element to wykolejona naczepa z urwaną osią, która leżąc na boku stanowiła gwóźdź do drogowej trumny. Ale znalazło się rozwiązanie. Kilkudziesięciu silnych i zdesperowanych mężczyzn najpierw przewróciło naczepę powrotem na koła, a potem wymyślili, że najłatwiej będzie zrzucić naczepę z urwiska.&lt;br /&gt;Ja z aparatem już oczywiście stałam na zboczu jak tylko usłyszałam, że może koło mnie przelatywać jakaś naczepa (budząc zainteresowanie – Mzungu with camera! Look!). Niestety – kierowca zepsutego tira, a tym samym posiadacz naczepy stanowczo zaprotestował i po jakimś czasie udało się naczepę przeprakować w miejsce nie tamujące ruchu samochodowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;My podówczas (po 2 godzinach czekania na rozwiązanie tego węzła gordyjskiego) byliśmy już tak głodni, że byliśmy 2 autem, które przejechało przez przeszkodę, co wiązało się z błyskawiczną akcją, cofaniem graniczącym ze zderzeniem z autobusem, wznoszeniem okrzyków oraz kibicowaniem całej załogi pasażerskiej dla kierowcy. Głód pcha człowieka do różnych zachowań.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-1116215336777189067?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/1116215336777189067/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=1116215336777189067' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1116215336777189067'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1116215336777189067'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/nimule.html' title='Nimule'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6031440978355734597</id><published>2010-01-05T12:32:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:26:32.868+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rwanda'/><title type='text'>Road Trip Zakończony!</title><content type='html'>Najpierw tak na szybko przedstawiam nasz rozkład jazdy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 1 – Podróż z Juby (Sudan) do Gulu (Uganda) (wtorek, 22.12.2009)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyjechaliśmy o 8.00 rano i o 21:00 dojechaliśmy do Gulu. Zrobiliśmy tylko 300 km w ciągu tych wspaniałych 13 godzin, a to ze względu na dwa super ekstra wydarzenia – rozwalona ciężarówka na drodze i upierdliwość urzędników na granicy. 5 godzin zajęło nam zrobienie 30 km. Resztę (270) pyknęliśmy w pozostałe 8 godzin. Szokujące prędkości rozwijaliśmy – max 60 km/h.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 2 – Uganda – droga z Gulu do Kampali (300km) a potem z Kampali do Mbarara (350km) (środa, 23.12.2009)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z Gulu wyjechaliśmy o 8:00 i o 12:00 byliśmy w Kampali. Tutaj zakupy, wymiany walut, lunch i o 14:00 wyruszyliśmy do Mbarara. Dotarliśmy około północy. Po drodze minęliśmy Równik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 3 – Uganda i Rwanda (czwartek, 24.12.2009 – Wigilia)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z Mbarara przejechaliśmy 150 km do Katuny i tam przekroczyliśmy granicę z Rwandą (szybko i bezboleśnie) i pojechaliśmy do Kigali (gdzie zrobiliśmy kolejny mały szoping i wymianę walut) a z Kigali, które jest stolicą Rwandy (dla niezorientowanych) wydarliśmy kapcia nad Jezioro Kivu, które oddziela Rwande od Kongo. Tutaj w pięknym hotelu nad brzegiem uroczego jeziora spędziliśmy Wigilię (kolacja wigilijna – Tilapia prosto z jeziora, a potem staropolskie ochlajmordsko)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 4 – Rwanda – Jezioro Kivu i Kigali (piątek, 25.12.2009 – I dzień Świąt)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do 15:00 opalaliśmy się, kompaliśmy i ogólnie leniliśmy się nad pięknym jeziorem Kivu. Potem ruszyliśmy w drogę powrotną do Kigali. Droga przez góry (różnica poziomów pomiędzy Kigali a najwyższym punktem, przez który przejezadzalismy to jakies 2000m). Ogólnie Rwanda jest jak Szwajcaria, tylko mieszkańcy bardziej opaleni &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 5 – Kigali w Rwandzie (sobota, 26.12.2009 – II dzień Świąt)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwiedzajzing takich uroczych miejsc jak hotel Mille Collines (tysiąc wzgórz) – czyli Hotel Rwanda, o którym powstał film, lokalnych marketów z tańczącymi garnkami i śpiewającymi koszykami, niestety nie udało nam się zobaczyć Genocide Memorial, bo święta były. Ale przynajmniej mamy powód żeby wrócić. Ale za to na imprezkę poszliśmy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 6 – Z Kigali do Queen Elizabeth National Park (Uganda) (niedziela, 27.12.2009)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z Kigali wyruszyliśmy o 11.30 i około 13:00 przekroczyliśmy granicę w Katunie. Z tamtąd powrotem do Mbarara, a potem przez góry do Bushenyi i dalej do Parku Narodowego imienia Eli, królowej Anglii (jak się słucha tych opowieści o tym jak to imię było nadane parkowi, to ma się nadzieję, że jak już ta stara pinda zejdzie z tego świata, to może powrotem nadadzą temu parkowi lokalną nazwę).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 7 – Safari w QENP (poniedziałek, 28.12.2009)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słonie, Lwy, Antylopy, Guźce, Bawoły, Hipopotamy i cała reszta. 3 różne Game Drive’y – pierwszy o 6 rano – z lwami, słoniami itp., po pięknej płaskiej równinie jakby przez ludzi nie tykanej od setek lat. Drugi przez kratery wulkaniczne – zielono, górzyście, piękniś cie – nasz Land Cruiser w końcu pokazał na co go stać i w jakim terenie czuje się najlepiej. A potem podróż łódką po naturalnym kanale między dwoma jeziorami gdzie roiło się od hipopotamów, krokodyli, bawołów, słoni itp. &lt;br /&gt;Wieczorkiem podróż do Fort Portal i nocleg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 8 – Kibale National Park (wtorek, 29.12.2009)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Parku dojechaliśmy kolo 11. Zakwaterowalismy się w Kibale Primate Lodge (mniam!) i o 14:00 poszliśmy na 3 godziny do lasu. Moja dendrofilia kwitła. Widzieliśmy z 5 różnych gatunków małp i w ogole dużo drzew i innych zielonych rzeczy. AAAaaaa! Kocham takie miejsca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 9 – Kibale National Park i podróż do Jinja (przez Kampalę) (środa, 30.12.2009)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano poszliśmy na Chimpansee Tracking i widzieliśmy całą rodzinę szympansów pod przewodnictwem najsilniejszego samca o uroczym imieniu Mobutu (jak taki Kongijski dyktator, którym ostatnio jestem bardzo zafascynowana). A potem pojechaliśmy prosto do Kampali (ok. 300km), na kolacyjke, zakupy alkoholowo-przedsylwestrowe i ruszyliśmy do Jinja. Z Kampali to 100 km.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 10 – Jinja – White Nile Rafting (Grade 5) (czwartek, 31.12.2009 – Sylwester)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od rana do 17:00 byliśmy na Raftingu. Nil jest jedną z niewielu rzek na świecie, gdzie można sobie pospływać na progach wodnych w skali 5 (najwyższej bezpiecznej dla ludzi – uznawanej za bezpieczna przez organizacje specjalizujące się w kajakarstwie górskim i innych wodno-kajakowych fristajlach). Generalnie WOW! A potem sylwestrowa imprezka do rana :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 11 – Jinja – Kampala – Gulu (piątek, 01.01.2010 – Nowy Rok)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powrót przez Kampalę w stronę domu, rozpoczęta w godzinach wczesno popołudniowych ze względu na nasze ciężkie kace i inne kontuzje (jak poparzone na raftingu kolana). Po drodze zaliczyliśmy przystanek w sklepie z koszykami i bębenkami (mam bębenek!), potem GIGA szoping w Nakumacie (Nakumatt to taki afrykański carrefour).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dzień 12 – Gulu – Juba (Sudan)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I o 18:00 dotarliśmy do Juby. Po 9 godzinach jazdy. Z czego 6 godzin po sudańskich bezdrożach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3333 km po afrykańskich drogach (i bezdrożach) - SZALEŃSTWO!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najlepsze Święta Ever ;-)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6031440978355734597?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6031440978355734597/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6031440978355734597' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6031440978355734597'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6031440978355734597'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2010/01/road-trip-zakonczony.html' title='Road Trip Zakończony!'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-3586972591876550209</id><published>2009-12-26T20:50:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:25:12.797+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Rwanda'/><title type='text'>Nasza Wycieczka !</title><content type='html'>Szanowni Państwo!&lt;br /&gt;Oto pierwsze zdjęcia z naszej cudownej wycieczki do Ugandy i Rwandy. Proszę spojrzeć tutaj:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.pl/ekijewska/RwandaIUganda#/"&gt;Uganda i Rwanda&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziękujemy!&lt;br /&gt;Redakcja :P&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-3586972591876550209?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/3586972591876550209/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=3586972591876550209' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3586972591876550209'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3586972591876550209'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/12/nasza-wycieczka.html' title='Nasza Wycieczka !'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8925254169140934530</id><published>2009-12-12T16:38:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:28:03.493+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><title type='text'>Marzenia o powrocie do najkorzenniejszych korzeni</title><content type='html'>Są takie miejsca gdzie zatrzymał się czas. W Afryce takich miejsc jest więcej niż tych, w których czas lokalny nadąża za zachodnimi kalendarzami itp. Najlepiej ilustrują to drogi, a raczej bezdroża, którymi pokryty jest czarny ląd. Acha! Od razu zaznaczam że czarny ląd jest w większości beżowy lub czerwonawo-brunatny. Czarny ląd to tylko w Europie i paru innych miejscach, tam gdzie czarnoziemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Także po przydługim wstępie, przechodzę do rzeczy. W najbliższych dniach wyruszam na kolejną podróż życia. Do Ugandy i Rwandy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uganda malowniczo przedstawiona została w filmie Ostatni Król Szkocji, Rwanda zaś znana jest wszystkim ze wzajemnej miłości plemion Tutsi i Hutu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasza podróż ma na celu położenie kresu wszelkim tego rodzaju bzdurnym wspomnieniom i zakotwiczonym przesądom. Czy innym stereotypom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;22.12.2009 wyruszamy w naszą podróż z Juby (w Sudanie) i planujemy dotrzeć do Kampali (stolicy Ugandy), gdzie dokonamy tak zwanej „kimki” za parę Ugandyjskich Szylingów, wciągniemy jakąś tilapię, rybę znaczy bo Kampala leży prawie tuż nad samym jeziorem Wiktorii (o którym niededukowane dzieci mogą poczytać na Wikipedii. Jezioro Wiktorii jest GREAT!) i ruszymy potem dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz część drogowa. Otóż odległość dzieląca Jubę i Kampalę to w linii prostej 400 km. Z zakrętami, niech będzie 500. Na jednym baku wielki Land Cruiser z napędem na wszystkie koła jakie ma jest w stanie na lajciku dojechać do Kampali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;400 kilometrów. Odległość dzieląca Warszawę od... Zakopanego? Jeśli wszystko pójdzie dobrze w ciągu 15 godzin powinniśmy znaleźć się u celu. No pod warunkiem, że nie spotkają nas po drodze jakieś czadowe przygody i inne straże graniczne, przygraniczne lub bezgraniczne. Szczególnie w Sudanie :) Jednym słowem 100 km na 3 godziny. 30 km na godzinę, a dokładnie 33. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wszystko to dzięki pięknym plenerom, nieprzejednanej naturze, wielkim starym mahoniowym i teakowym drzewom, akacjom rosnącym na pustych polanach, pięknym wzgórzom, rzece Nil i innym katastrofom, które przydarzyły się afrykańskim autostradom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I właśnie za to Afryka jest najwspanialsza. Bo się nie dała zabetonować. Wszystkim więc tym, którzy chcieliby doświadczyć tego, co nigdzie indziej doświadczyć nikomu nie będzie dane – sugeruję czym prędzej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bo nawet w Jubie zaczął pojawiać się asfalt na ulicach…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8925254169140934530?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8925254169140934530/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8925254169140934530' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8925254169140934530'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8925254169140934530'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/12/marzenia-o-powrocie-do.html' title='Marzenia o powrocie do najkorzenniejszych korzeni'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6404470220805279071</id><published>2009-12-12T15:08:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:29:28.707+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><title type='text'>Juba, Juba – One year in Juba</title><content type='html'>I tym magicznym sposobem upłynął rok od dnia, w którym po raz pierwszy postawiłam swoje białe stopy na tym spieczonym słońcem czarnym lądzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Juba nie zmieniła się jakoś przesadnie, choć powierzchowne zmiany widoczne są z dnia na dzień. Długość asfaltowych ulic i dróg rośnie w tempie, którego Polska mogłaby pozazdrościć (i to nie tylko w ujęciu procentowym względem tego co było tu rok temu, także w bezwzględnych wartościach jakimi są kilometry). Sklepy z alkoholem i bez alkoholu wyrastają jak grzyby po deszczu, pojawił się nawet drugi supermarket, w którym są sery! YEY!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale nadal jest to zapomniane przez świat miejsce, które krzyczy tylko i wyłącznie przez dwa okna – Chartum i Nairobi. A przecież na te okna nikt i tak uwagi nie zwraca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak przyjechałam tu rok temu – nasz plac budowy to była ogrodzona siatką dziura pod fundamenty. Teraz w tej dziurze stanął 6 piętrowy budynek, który lada moment zaczniemy dekorować od wewnątrz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy przyjechałam tu rok temu, miałam naiwną wiarę, że nie będę pisać rocznicowego wpisu z okazji kontynuacji budowy tego samego budynku. O głupia ja!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten rok to była droga przez wszelkie pułapki i chwyty poniżej pasa, wędrówka poprzez piękne momenty szczęśliwych zakończeń wielkich kryzysów. To wieczory pod krytym słomą daszkiem naszego „parasola” na Kampie przy piwku lub ulubionej whisky. To poranki w namiocie, z którego upalne słońce wygania najleniwszych. To sobotnie imprezy, nowi ludzie, starzy ludzie, ciągle ci sami ludzie… Często do znudzenia. Czasem asekurująco przewidywalni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rok dziwnych przygód międzyludzkich. To był rok nauki kultury arabskiej i islamu. Otworzył oczy mi bardzo! Nie wierzę już dzisiaj w terrorystów i innych 911. Nie wierzę w USA. W propagandę też nie wierzę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To był rok w czasie którego zgubiłam siebie zupełnie po to, żeby znaleźć się na nowo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inną już, jakby odkształconą przez upał, kurz, znój i trud. Przez wszystkie łzy wylane z bezsilności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rok uśmiechu nad wszystkim czego dokonałam. Rok – w postępie geometrycznym, 10 stopni do góry, podróż w kosmos. Zupełnie inny świat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż ciężko sformułować myśli…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6404470220805279071?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6404470220805279071/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6404470220805279071' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6404470220805279071'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6404470220805279071'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/12/juba-juba-one-year-in-juba.html' title='Juba, Juba – One year in Juba'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7825602024357866215</id><published>2009-12-04T12:54:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.646+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Pomóżmy Masajom na Święta!</title><content type='html'>Drodzy, &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Jak niektórzy z was wiedzą, podczas mojego pobytu w Kenii, w miejscowości Maji Moto, w pięknej krainie Masajów, postanowiłam wspierać edukację pewnego młodego Masaja - Simata.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Poruszylam niebo i ziemię, odwołałam sie do waszych najbardziej humanitarnych instynktów i tym magicznym sposobem, kilka dni temu Simat zakończył swój pierwszy rok nauki. Udało mu się być 2 spośród 43 chłopaków uczących się w jego grupie. Odwalił kawał dobrej roboty! A my mu to umożliwiliśmy!&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Przed Simatem kolejny rok. Ale nie w tej sprawie do was piszę.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;W tym roku Afryka jest pod wpływem El Nino (takiego zjawiska klimatycznego), ktory powoduje, ze w niektorych częściach kontynentu obserwuje się za duzo deszczu (jak w Jubie, w ktorej mimo tego, ze pora sucha miała sie zaczac miesiac temu, nadal pada tu codziennie), a w innyc miejscach, kropla deszczu nie spadła od lutego. Prawie rok.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Tak jest w Maji Moto, do ktorego Simat wrocił na przerwę świąteczną, i zobaczył coś co w krótkich słowach wyraził: 'Kiwi, all animals are dying, people are starving. There is nothing".&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Postanowiłam więc napisać do was - może znów wykażecie się ludzkim odruchem. Nie oczekuję wiele. Pomóżcie. Chociaż 20 PLN. &lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Zdaję sobie sprawę, z tego, że to dla was obcy ludzie. Ale może warto pomóc im z okazji świąt. Żeby nie byli głodni...&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Ładnie was proszę!&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Jesli chcecie pomóc, przelewajcie proszę kasę na moje konto:&lt;br /&gt;mBank: 21 1140 2004 0000 3102 4398 4521&lt;br /&gt;Edyta Kijewska&lt;br /&gt;ul. Modrzewskiego 38&lt;br /&gt;Wolborz&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Będę wam wszystkim bardzo wdzięczna. I te ludki też. I będziecie mieli zaliczony dobry uczynek!&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Kiwi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. A na deser trochę zdjęć z tej pięknej krainy:&lt;br /&gt;http://picasaweb.google.pl/ekijewska/MasaiMara#/&lt;br /&gt;http://picasaweb.google.pl/ekijewska/PrzyrodaWMajiMoto#/&lt;br /&gt;http://picasaweb.google.pl/ekijewska/MajiMotoShopingCenter#/&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7825602024357866215?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7825602024357866215/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7825602024357866215' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7825602024357866215'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7825602024357866215'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/12/pomozmy-masajom-na-swieta.html' title='Pomóżmy Masajom na Święta!'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7758470397736448540</id><published>2009-10-19T08:00:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:57:45.387+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Azja'/><title type='text'>Wielkie Azjatyckie Rozczarowanie</title><content type='html'>Zanim napiszę o Bali (które jest pięknym miejscem), musze wypluć z siebie gorycz rozczarowania Tajlandią, a właściwie Bangkokiem (bo tylko tyle widziałam).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;1. Lotnisko&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piękne, czyste, pełne towarów itp. A jednak taki bałagan jak rzadko. Nikt nic nie wie, nie ma tablic informacyjnych, o tym, że musisz mieć jakiś wypełniony papierek, dowiadujesz się dopiero jak stoisz twarzą w twarz z urzędnikiem imigracyjnym, a wtedy okazuje się, że musisz wrócić 1,5 km wcześniej i tam pobrać jakiś wniosek. Potem jeszcze znaleźć budkę żeby zrobić sobie zdjęcie, ale do tego potrzebne Ci są Bahty, których też trzeba poszukać. I jeszcze ten angielski. African-English jest super-mega czytelny, nawet w wykonaniu Hemana (naszego sepleniącego mechanika), w porównaniu do tego co wydobywa się z ust Tajów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Juba International Petrol Station jest bardziej przejrzysta, a jak nie jest, to Cie uśmiechnięty murzynek za łapę weźmie i zaprowadzi z kąta w kąt. Nairobi Jomo Kenyata  jest super zorganizowany w porównaniu do Suri-sruri Bangkok. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;2. Piękne Tajki&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może ja po prostu nie patrzyłam gdzie powinnam, ale nie widziałam pięknych Tajek. Najładniejszy egzemplarz powitał mnie w biurze zaginionego bagażu, choć nie była to piękność powalająca. W Tajlandii widać dobrobyt, kobiety puchną! Małe azjatyckie kulki… Fle! Ładniejsze Azjatki (i płynniej mówiące po Angielsku) widziałam w Dubaju, nie wspominając o kilku niezłych indonezyjskich sztukach na Bali. Ale jak dowiedziałam się od znajomego bywalca – nie muszą być piękne ani płynnie mówić po Angielsku, ich usta stworzone są bowiem do obsługi turystów w sposób zdecydowanie bardziej erotyczny. I to byłoby smutne podsumowanie Tajek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;3. Turystyczne atrakcje&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznę od Grand Palace i Szmaragdowego Buddy.&lt;br /&gt;Czy byliście kiedyś w niedzielne popołudnie w super markecie? Pełno ludzi! No to mniej więcej tak wygląda Grand Palace. Wszędzie tłumy, wszędzie flesze, wszędzie ludzie. Nawet w tej biednej świątyni z tym buddą, turyści (głownie azjatyccy, ale europejczycy im nie ustępują), stoją sobie i gadają w najlepsze. Ja wiem, że może ten buddyzm nie wygląda dla aroganckich chrześcijan jakoś bardzo poważnie, ale żeby w kościele gadać w najlepsze? No i flesze, kamery, bajery, mimo wielkiego znaku – NO PHOTO!. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozbrajające zbeszczeszczenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dodam jeszcze, że jest to okraszone nacjonalistyczną dyskryminacją – osobne wejścia dla Tajów, osobne półki na buty dla Tajów, brak opłat dla Tajów. Jak jesteś z Tajlandii, to właź. Jak jesteś turystą (choć w sumie Tajscy turyści chyba też występują), to dawaj kasę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkie te budowle jednakowoż piękne, cudownie opływające złotem, bogate, ale wszystko to jakoś wyzute z tej świątynnej atmosfery.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Flee…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;4. Khao San i Ping-Pong-Show&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No proszę Państwa! Khao San miało być piękne! Pierwszego wieczoru udałam się właśnie tam. A tam kicz, tandeta, białasy z plecakami i ogólny wrzask i wrzawa. Może ja już się starzeję, ale jakby tak mnie to wszystko rozczarowało. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ogóle to Bangkok jest takim jakimś chorym połączeniem tego wszystkiego co tandetne, brudne i podejrzane w Trzecim Swiecie, z tym wszystkim co jest wynikiem ryczącej industrializacji i urbanizacji w Europie. Na straganach tandeta, syf i bałagan. Tu i ówdzie śmierdzi. A wszystko to w światłach neonów do dźwięków amerykańskiego popu, ryczących z okolicznych barów. Nie wspominając o wszechobecnym smogu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i ta taniość – powiedziałabym, że tak tanio jak w Warszawie… &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ping-Pong – kolejny zawód, płacz i zgrzytanie zębów. Nawet nie chcę wspominać tego co widziałam. Ponieważ nie chciałam oglądać starzyzny, widziałam dzieci, robiące paskudne rzeczy. Wszystko to w towarzystwie prawie pedofilskich par – starych europejskich dziadów i tajskich młódek, rozkładających nogi i układających usta w sposób dość jednoznaczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wszystko to okraszone transwestytami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chyba za dużo jak dla mnie…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;5. Chinatown&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To już jest w ogóle kicha sezonu. Dla tych, którzy nie wiedzą jak wygląda Chinatown w Bangkoku, zachęcam do odwiedzenia wielkich hal w Tuszynie koło Łodzi. Ten sam poziom kiczu. Tak samo tłoczno i na szczęście mniejszy upał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Filmów się za dużo na oglądałam i chyba miałam zbyt wielkie oczekiwania…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;6. Zakupy&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie kupowałam bajerów na Bali, bo uznałam, że kupie w Bangkoku… Błąd… Wielki Błąd… W sklepach to co w Polsce, po co najmniej Polskich cenach, na straganach kicz, tandeta, syf i kadzidełka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz &lt;strong&gt;3 POZYTYWY&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W całym tym przemierzaniu Bangkoku było tylko kilka przyjemnych rzeczy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;First Class Cinema – poszłam do kina na Law Abiding Citizen, zapłaciłam 500 Bahtów i w najprzyjemniejszy dotychczas sposób obejrzałam sobie film. W wielkim rozkladanym miekkim fotelu, z cola w szklance i nieustajaco dosypywanym pop-cornem. I poczestunkiem przed seansem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Noodles – mniam! Bardzo dobre tajskie kluchy! W przeciwieństwie do Shabu-Shabu, na które poszłam z ciekawości i trafiłam do jakieś fabryki z taśmociągiem jedzenia i taśmociągiem klientów,  w której dostajesz LIMIT czasowy na stolik. Jadłam krócej niż limit, ale niesmak pozostał…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siam Square – miejsce fajne na szoping, bo jest tu sporo fajnych butików jakiś pokręconych projektantów. Nie masówka, nie stragany. Ciekawe miejsce. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i to tyle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tajlandia SUX!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7758470397736448540?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7758470397736448540/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7758470397736448540' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7758470397736448540'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7758470397736448540'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/10/wielkie-azjatyckie-rozczarowanie.html' title='Wielkie Azjatyckie Rozczarowanie'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-2815422943640297700</id><published>2009-10-19T07:24:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:38:49.986+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Kiwi w podróży - cz.2</title><content type='html'>W Bibii jemy kolację. Ja byłam już głodna mniej więcej w połowie drogi, nie wspominając o trójce głodomorów na tylnim siedzeniu. Peter (Ugandyjczyk), nalegał na dojechanie do Ugandy bo tam sprzedają ponadczasowe i nieporównywalne smakowo matoke – czyli zielone banany ugotowane tak, ze smakują jak ziemniaki. Pick-up odjeżdża, a my jemy. Ja wzięłam ryż po tym jak zobaczyłam jak prezentują się frytki oraz matoke. Ryż zobaczyłam dopiero na talerzu i byłam lekko przerażona, ale generalnie posiłek był regenerujący i całkiem smaczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Juba tak mnie rozpuściła pod względem jakości miejsc w których jadam, że zapomniałam już jak wygląda normalne miejsce, w którym spożywa się posiłki. Maurice w Nimule powiedział, że po drugiej stronie w Bibii jest mnóstwo sklepów i knajpek, więc ja głupia łudziłam się, że będzie to full wypas zachód. Oczywiście nie był. Ale full wypas jak na okolicę – bez wątpienia. Wciągneliśmy więc nasze kurczaki i inne banany na tradycyjnych plastikowych krzesełkach, przy za małym i za niskim drewnianym stoliku, na werandzie baru ogrodzonej bambusowym płotkiem, pod pięknie rozgwieżdżonym niebem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ruszyliśmy dalej, prowadząc nasze dyskusję o równouprawnieniu kobiet, poligamii i równoznacznej z kurestwem poliandrii a także o zwyczajach lokalnych, takich jak na przykład kanibalizm wśród niektórych ugandyjskich plemion, czy rzucanie na ludzi czarów pozwalających wykorzystywać ich do pracy bez ich świadomości (chciałam, żeby mnie chłopaki wysłali na szkolenie w zakresie rzucania tych czarów, wtedy znacznie zwiększylibyśmy efektywność pracowników na budowie, albo co najmniej znacznie zmniejszyli koszty robocizny – bo takiemu zaklętemu pracownikowi nie płaci się). Dowiedziałam się jak sprawdzić, czy ktoś jest pod wpływem uroku czy rzeczywiście nie żyje. Uslyszałam o miejscu, w którym kiedyś była wielka tradycyjna świątynia  (tym razem w Sudanie), a teraz dzieją się tam straszne rzeczy i nie wolno przejeżdżać przez to miejsce po zmroku. Dowiedziałam się również co spotkało innych niedowiarków mojego pokroju (czyli innych białasów), którzy chcieli się przekonać co tam się dzieje, wzięli więc auto z lokalnym kierowcą i właśnie w tym miejscu wylądowali na drzewie w wypadku samochodowym. Dodam, że kierowca wierzył w te bajery i prawdopodobnie panika go ogarnęła, ale niewątpliwie jest to dowód na to, że nie wolno tam jeździć. Za dnia jest zupełnie bezpiecznie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkie te i inne historie o rzucaniu uroków, życzeniu komuś śmierci i przekleństwach, a także o wiedźmach zaklętych w sowy, pada z ust ludzi, którzy podają się za śmiertelnie wierzących chrześcijan i na moje pytanie, czy te wszystkie zabobony nie kłócą się z wiarą chrześcijańską – odpowiadają chórem: Religia to Religia, a Kultura to Kultura. I masz biała babo placek!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kwestii tej sowy – wiedźmy, to sytuacja była dość ciekawa i wywołała gęsią skórkę na plecach wszystkich. Zaczęło się to wszystko od jednego niefortunnego sowiego egzemplarza, który siedział sobie na drodze i ledwie uniknął przejechania przez nas bo miał słabszy refleks, jak również dlatego, że był wiedźmą, więc Maurice nie zwolnił nawet odrobinę, bo wiedźmy trzeba zabijać, bo wiedźmy są złe. Nie wolno ich zabijać pod postacią ludzi (bo przecież można iść siedzieć), ale pod postacią sowy – jak najbardziej. Sytuacja zagrożenia życia sowy wywołała mój głośny sprzeciw objawiony w postaci „Maurice, nie zabijaj sowy!”. Wtedy to dowiedziałam się o sowiej naturze i jej parszywej roli. Sowa jest bowiem zwiastunem śmierci. Gdy sowa pojawia się gdzieś, należy koniecznie powstrzymać ją przed wydawaniem dźwięków, bo jak zacznie huczeć, to gwarancja 100-procentowa – ktoś umrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie muszę wspominać rozbawienia, jakie wywołało uświadomienie mi o co kaman z sowami. W najlepsze jednak roześmiana, mówię do chłopaków w 2 rzędzie „No to musicie uważać, bo ostatnio widziałam huczącą sowę na Batch Plancie” (co w języku naszej gumbo-geografii – tuż obok campu pracowników). Z automatu padło pytanie „Kiedy”, na co roześmiana odpowiedziałam „w sobotę”, a następnie rozległ się dźwięk, który oznaczał jednocześnie ulgę, zrozumienie jak i potwierdzenie teorii. W sobotę sowa odwiedziła nasz camp, a w niedzielę Margaret została zastrzelona. Wszystko się zgadza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Muszę przyznać, że nawet ja przez ułamek sekundy miałam gęsią skórkę na plecach, ale dość szybko mi przeszło. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chwilę później lunął deszcz. Chłopcy stwierdzili, że Margaret jest już w domu i niebo płacze i inne takie tam. Prawda była taka, że przez całą drogę burza uciekała przed nami, więc w końcu się skropliła, ale mój racjonalny argument został odrzucony przez teorię, że Margaret chciała bezpiecznie dotrzeć do domu i dopiero teraz pada. Rzeczywiście może 2 minuty później zadzwonili krewni Margaret, żeby powiedzieć, że dojechali spokojnie i że teraz już piją herbatę i deszcz właśnie spadł, potwierdzili również teorię moich współpasażerów o interwencji sił zewnętrznych w powstrzymanie deszczu na czas drogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szkoda, że siły zewnętrzne nie wytrzymały jeszcze z godzinę, zanim dotarliśmy do Gulu, bo sceneria w czasie deszczu zrobiła się jak żywcem z horroru. Czarna afrykańska noc (one są najczarniejsze na świecie, bo nie ma żadnych latarni ani innych świateł elektrycznych a świeczka w deszczu ma nieprzejednane tendencje do gaśnięcia), lejący deszcz, ale normalnie walący strumieniami, do tego porywisty wiatr kołyszący palmowymi liśćmi i innymi drzewiastymi formacjami. W charakterze przyprawy – czarne, niewidzialne postacie pojawiające się od czasu do czasu w światłach samochodu, ni stąd ni z owąd. Wszystko to napawające strachem i grozą. Aż tu nagle przejeżdżamy przez jakieś mniejsze, ledwo oświetlone miasteczko. Kilka skazanych na samotność żarówek rozświetla wnętrza sklepików. Jakaś latarnia ledwie świeci za bramą szpitala.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż tu nagle pada sformułowanie sezonu: „To miasteczko jest bardzo słynne w Ugandzie” – mówi Maurice, więc pytam „czemu?”, i dowiaduje się, że kilka lat temu w tym szpitalu kilkanaście osób zmarło na Ebolę, w tym lekarz, który pomagał chorym. Dowiaduję się również, że Ebola zdarza się tu tak po prostu. No i jeszcze muchy tse-tse. Przełykam głośno ślinę i mówię tylko do Maurice’a „wrzuć 5-tkę i dodaj gazu!”&lt;br /&gt;W końcu dojeżdżamy do Gulu, szybko ładujemy się do hotelu i uderzamy w kimono. Rano trzeba wstać, kupić kozę i jechać na pogrzeb…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak też się dzieje. Następnego dnia wymieniamy waluty obce, kupujemy kozy, herbatę, cukier i inne pierdoły dla rodziny, oraz wieprzowinę (którą zabieramy do Gumbo dla białasów).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dojeżdżamy do rodzinnego domu Margaret, tam trwają już uroczystości pogrzebowe, objawiające się dużym zgromadzeniem ludzi, rozstawionym przed domem rachitycznym zadaszeniem, wystawioną przed dom trumną. Osoby, która nie umarła śmiercią naturalną, nie można bowiem trzymać w domu. Dowiaduję się również, że dorosłych nie wolno chować przed południem (tylko dzieci), kobiety natomiast chowane są między południem a 15.00, mężczyźni od 15.00 do 18.00 (do zmroku). Im później, tym ważniejsza osoba. Margaret była pochowana po 14.00. Od południa zaczęły się lamenty. Grupa kobiet opłakiwała każde miejsce, w którym Margaret przebywała. I ten płacz nie był taki normalny, naturalny. To było rozdzierające serce i pulsujące w głowie zawodzenie. PO godzinie pękała mi również głowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze względu na daleką podróż, koło 13.00 wyruszyliśmy w drogę, zostawiając dla żałobników kozy i mały gotówkowy upominek dla sierot po Margaret.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O 21:00 dotarliśmy do Gumba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czwartek wieczór… A w sobotę Azja…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-2815422943640297700?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/2815422943640297700/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=2815422943640297700' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2815422943640297700'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2815422943640297700'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/10/w-bibii-jemy-kolacje.html' title='Kiwi w podróży - cz.2'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7222965701516259198</id><published>2009-10-08T12:49:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:38:49.987+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Uganda'/><title type='text'>Kiwi w podróży - cz.1</title><content type='html'>Moja wielka podróż zaczęła się tydzień wcześniej niż miała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W poniedziałkowy poranek obudziły mnie wieści o śmierci jednej z naszych pracownic. Margaret, kobieta, która pracowała w kuchni i na Kampie w charakterze gosposi (nie znoszę tego sformułowania), po odłożeniu części swoich wypłat postanowiła otworzyć biznes, który by ją dokapitalizował. Mąż (bo każdy przyjaciel kobiety to jej mąż) zastrzelił ją i odebrał jej pieniądze. Była w 4 miesiącu ciąży. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W środę pojechałam do Ugandy, jako część pogrzebowej reprezentacji składającej się z 3 przedstawicieli „Trzech Narodów” – jak potocznie mówi się o składzie etnicznym moich pracowników budowlanych (choć przecież na budowie pracują jeszcze Etiopczycy i Polacy, ale co tam…) – po jednym z Kenii, Ugandy i Sudanu.  Oprócz mnie, w aucie jeszcze nieprzejednany przebywacz trasy Juba-Nimule – Maurice Muki, który każdą dziurę na 180-kilometrowym odcinku zna na pamięć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po lunchu (czyli o 13.20) wyjechaliśmy z Juby, za cel mając miejscowość Keyo, 7 km od Gulu, w strone Bibii. Nic wam pewnie te nazwy nie mówią, wiec dodam tylko, że Bibia to ugandyjskie miasteczko graniczne. Po stronie sudańskiej odpowiednikiem Bibii jest Nimule. 180 km przebyliśmy w 4,5 godziny, co biorąc pod uwagę jakość dróg jest nie lada wyczynem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przejeżdżaliśmy przez krainę urodzaju. Cały widnokrąg okryty zielonym grubym płaszczem, wszelkiego rodzaju drzewa, „słoniowa trawa”, gdzie-niegdzie kukurydza, przy drodze od czasu do czasu rosły arbuzy, o których ktoś zapomniał. Na co drugim zakręcie miejsce wypalania węgla drzewnego i ustawione elegancko wielkie worki, czekające na transport, który wywiezie węgiel do Juby, przynosząc producentom kilka funtów dochodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co kilka kilometrów mijaliśmy wioski tworzone z grup wybudowanych na planie koła tukulów, przykrytych słomą. Podwórka wokół wysprzątane tak, że wygrzana słońcem ubita ziemia niemal lśniła. W centrum wioski mangowiec, kilka ławek, które służą jako miejsce spotkań starszych, lub jako szkoła dla dzieci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasz cel podróży ciągle majaczył przed nami w oddali. Pasmo górskie, które stanowi nieformalną granicę pomiędzy państwami. Za tymi górami, za tymi lasami i za tymi łąkami – Uganda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W końcu dojechaliśmy do bram Nimule. Droga prowadzi na szczyt wzgórza, z którego rozpościera się niewiarygodny widok. Nil płynący leniwie zakolami, rozlewający się na boki, tworząc jakieś małe jeziorka. Rzeka zbiera swoje powolne zakręty w wielkiej dolinie (naprawdę wielkiej) pomiędzy ciemnozielonymi wzgórzami. Ja nie mogłam pozbyć się tej samej myśli, która dopadła mnie ponad rok temu w Masai Mara – tak ludzie powinni wyobrażać sobie rajski ogród. Piękny, bogaty, żyzny, zielony. Niestety nie aż tak rajski w tym wydaniu. I wyglądający jakby człowiek miał być dopiero stworzony przez tego gościa z góry, bo wszystko to trwa w swojej naturalnej formie, nie zostało w żaden sposób przetworzone.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A kilkaset kilometrów na północ (w północno-zachodnich stanach Południowego Sudanu – w okolicach Wau, Awil itp.) ludzie umierają z głodu. Kilkaset kilometrów na południe (w Kenii na północ od Eldoret) ludzie umierają z głodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście po afrykańsku, sudańska granica już była zamknięta tego dnia, bo po 16 urzędy nie działają, a już szczególnie po zmroku. Ale eskortujemy ciało kobiety, która została zastrzelona przez męża. To zły omen, więc lepiej będzie jak jednak przejedziemy przez granicę. Oczywiście pełen non-legal. W Ugandzie to samo. Maurice odprawia swoje czary i odjeżdżamy z przejścia granicznego, za nami podąża pick-up, na którym złożona jest trumna z ciałem. A na tej trumnie, na tym pick-upie, siedzi kilkoro znajomych Margaret, którzy chcieli eskortować ciało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pick-up sam w sobie stanowi ciekawostkę motoryzacyjną – nie ma bowiem rozrusznika (odpalany tylko z popychu), w jednym tylnym kole nie ma hamulców, bo płyn hamulcowy wyciekał i trzeba było odłączyć przewód i zawiązać na supeł, żeby pozostałe 3 koła hamowały,  a do tego wszystkiego nienajlepiej działa sprzęgło. Jednym słowem, jak już auto ruszy z popychu, z wrzucona na siłę jedynką, to potem można tylko wrzucić trójkę lub piątkę (parzyste biegi nie wysprzęglają się, czy coś), no i trzeba uważać na wyskakujące na drogę ruchome cele, bo hamulce nie działają. O dziury przejmować się nie trzeba – w tym zakresie już nic temu autu zaszkodzić nie może.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cdn...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7222965701516259198?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7222965701516259198/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7222965701516259198' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7222965701516259198'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7222965701516259198'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/10/kiwi-w-podrozy-cz1.html' title='Kiwi w podróży - cz.1'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-1964543966265653563</id><published>2009-10-02T16:42:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:56:46.040+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><title type='text'>Afrykańska edukacja – Cz. 3.</title><content type='html'>&lt;strong&gt;„Lifestyle”&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kultura i postępowanie, priorytety w życiu, motory napędowe i to co powoduje, że budzisz się rano, wszystko to jest inne w Afryce od tego co na „zachodzie”. Czy lepsze? Czy gorsze? Nie sposób tego porównać. Bo jak stwierdzić czy lepsza jest gruszka czy ananas?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To co nas białasów budzi co rano to chęć posiadania, gromadzenia, bogacenia, zapewniania naszym dzieciom lepszej przyszłości. Kolejne samochody, wygodniejsze mieszkania, nowsze spodnie, smaczniejsze jedzenie, większe możliwości. WIĘCEJ, LEJPIEJ, BARDZIEJ.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A co budzi Afrykańczyka? Afrykańczyka budzi upał lub chłód. Budzi go burczenie w brzuchu, budzi go płacz dziecka lub pianie koguta. Budzi go to, co go otacza. Budzi go teraźniejszość. Afrykańczyk wstaje, rozgląda się i żyje chwilą obecną. Nie planuje, co nas białych tutaj wyprowadza z równowagi i doprowadza do szewskiej pasji, bo my chcemy mieć wszystko poukładane i widzieć przyszłość. Afrykańczyk nie musi planować. Ma przecież wszystko poukładane przez naturę. Jest pora deszczowa, więc pójdzie najzwyczajniej w świecie na swoje poletko. A jak jest pora sucha – to z krowami pójdzie nad rzekę, żeby je napoić. Gdy urodzi się ciele – sprzeda dorosłą krowę lub byka. Gdy zepsuje się dach jego tuluku, naprawi go, żeby nie lało mu się na głowę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale Afrykańczyk wyśle swoje dziecko do szkoły, da mu możliwości do zmiany życia na inne. Nie będzie jednak zmieniał życia tego dziecka od razu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pytanie teraz czy lepiej żyje się w Europie? Gdzie codzienna gonitwa zabija tysiące ludzi zawałem serca. Czy nie lepiej usiąść w południe pod mangowcem, napić się herbaty i zapalić sziszę?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na pewno jeszcze lepiej jest być białym w Afryce, gdzie czas płynie wolniej i leniwiej, a gdzie jednak jest się specjalnym, innym, lepszym bo białym (bo kolonialiści zostawili takie piętno w głowach lokalnych społeczności).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-1964543966265653563?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/1964543966265653563/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=1964543966265653563' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1964543966265653563'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1964543966265653563'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/10/afrykanska-edukacja-cz-3.html' title='Afrykańska edukacja – Cz. 3.'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-1596352872911240981</id><published>2009-09-24T18:53:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:56:46.040+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><title type='text'>Afrykańska edukacja – Cz. 2</title><content type='html'>&lt;strong&gt;„Pomoc (niedo)rozwojowa”&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Na czarnym lądzie zupełnie zmienia się też podejście do pomocy rozwojowej, która nie bardzo rozwija. Większość pomocy oferowanej przez duże organizacje pomocowe jest bliższa formie „niedorozwojowej”. Rozdawanie żywności, robienie wszystkiego „za” lokalne państwowości rozwija w nich niedołężność administracyjną i uczy tego, że zawsze za płotem stoi UN lub World Bank, gotowy wyjąć z kieszeni parę milionów dolarów i wesprzeć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mało tego, podejście instytucji pomocowych ma w sobie zgnuśniały posmak negacji prywatnego sektora. Każda firma, która pojawia się na terytorium takiego kraju jak Sudan (czyli w tzw. Post Conflict Zone), dostaje od razu nalepkę „wyzyskiwacze”, podczas gdy wszyscy pracownicy NGO noszą dumnie na piersi napis „POMAGAM”. Ci „zachodni” wykształceni ludzie, których przodkowie nigdy nie musieli borykać się z takimi problemami, jakie można znaleźć lokalnie (lub borykali się z nimi tak dawno, że można dowiedzieć się o tym tylko z podręczników do historii), nie widzą w zupełności tego, że to właśnie sektor prywatny rozwija ten kraj najbardziej, wbudowując w niego stałe struktury, wprowadzając w życie rozbrzmiewające tu i ówdzie hasło „capacity building”. To w takich miejscach jak nasza budowa, mężczyźni którzy dotychczas znali tylko wojnę, zaczynają stawać się cieślami, zbrojarzami, murarzami. Uczą się zawodu innego niż zabijanie wroga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To małe i większe firmy rozbudowują ten kraj w sposób najbardziej zrównoważony, bo naturalnym wynikający z potrzeb. Więcej nauczą się ode mnie moi współpracownicy, niż beneficjenci pomocy od pomagających, którzy nie nawiązują niemalże żadnej więzi z ludźmi o których piszą, zbierają dane lub rozwożą wodę, a następnie czym prędzej chowają się za murami swoich „campów” otoczonymi szczelnie drutem kolczastym, oświetlonych solarowymi latarniami, na których są baseny, korty do tenisa i boiska do siatkówki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzekomy wyzysk prywatnego sektora i pracujących w nim wyzyskiwaczy jest zdecydowanie mniejszy od tego, który jednostkowo wywierają Pomagający. Daje sobie obciąć rękę, że rzadko która firma prywatna otacza tak szerokim pakietem socjalnym swoich pracowników, jak robi to UN, Czerwony Krzyż, czy inny pomocowy moloch.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-1596352872911240981?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/1596352872911240981/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=1596352872911240981' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1596352872911240981'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1596352872911240981'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/09/afrykanska-edukacja-cz-2.html' title='Afrykańska edukacja – Cz. 2'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-825857051742200586</id><published>2009-09-23T16:10:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:56:46.040+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><title type='text'>Afrykańska edukacja – Część I</title><content type='html'>&lt;strong&gt;„Upadek stereotypów”&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Afryka otwiera oczy na bardzo wiele rzeczy. Przebywanie tutaj zmienia zupełnie perspektywy i postrzeganie świata. Nie tylko tego, który aktualnie mnie otacza, ale również Świata jako ogółu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy bastion europejskiego zabobonizmu, wtłoczony do mojej głowy przez media i amerykańską propagandę (jak również pro-amerykańską lokalną propagandę w Polsce – kraju tak zamerykanizowanym i kochającym USA, że gdyby można było, dokleilibyśmy gwiazdki do naszej flagi), upadł gdy zetknęłam się ze społecznością arabską licznie reprezentowaną w Sudanie. Szczególnie przez Libańczyków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Beirut – jako miasto, o którym wiemy tylko tyle, że jest siedzibą ekstremistów pod wodzą Homeiniego, z którego wystrzeliwuje się pociski wykierowane w biedny Izrael (naszego sojusznika w walce z wszechobecnym złem, którego źródło leży w roponośnych krajach Bliskiego Wschodu), okazał się być piękną (na razie tylko na zdjęciach) stolicą bogatego kulturowo i obyczajowo Libanu, który jak każde państwo ma swoje wewnętrzne problemy a do tego leży przypadkowo na „osi zła”. Libańczycy są zaś równie terrorystycznie nastawieni do świata co Polacy i Papuasi. Spoglądanie na nich przez pryzmat ekstremistów byłoby równie niewłaściwie co nazywanie wszystkich Polaków poplecznikami Rydzyka przyodzianymi w moherowe beretki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobnie z resztą było z upadkiem kolejnego muzułmańskiego (czytaj: terrorystycznego) stereotypu – Dubaju i tych najprawdziwszych arabów z krwi i kości, ubranych w białe podomki, z ręcznikami na głowie. Moje pierwsze interakcje z tymi ludźmi podszyte były strachem, niepokojem jakimś, nieufnością i kołaczącym się gdzieś w tle sygnałem ostrzegawczym. Tak głęboko zakorzenione przeświadczenie o naszej zachodniej wyższości nad wszystkimi innymi nacjami wręcz mnie przeraziło. Bo szanowni rodacy – nie możemy się niestety nawet równać z tymi ludźmi pod kątem pomysłowości w robieniu kasy, w przewidywaniu, w wizjonerstwie. Oczywiście wszystko to ma swoje korzenie w polach naftowych, które w Polsce nie zakwitły, ale ta dyscyplina, uporządkowanie, dobrze zorganizowana mentalność jest godna pozazdroszczenia i niewątpliwie nie do osiągnięcia przez nasz ciekawie zdezorganizowany i ociężały naród.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-825857051742200586?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/825857051742200586/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=825857051742200586' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/825857051742200586'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/825857051742200586'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/09/afrykanska-edukacja-czesc-i.html' title='Afrykańska edukacja – Część I'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6710749403062411636</id><published>2009-09-18T12:41:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:57:45.387+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Azja'/><title type='text'>Wakacji nadszedł czas!</title><content type='html'>Kiwi wyrusza na swoją pierwszą podróż do Azji (bo Dubaju jako Azji nie liczę, choć chyba geograficznie powinnam, ale jedyna azjatyckość tego miejsca przejawia się w postaci setek Filipińczyków i innych żółtych kurdupli). Toteż Dubaju nie liczę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lecę wprost z Afrykańskiego serca ciemności (no, prawie) do Azjatyckiego punktu G, bo do Bangkoku. I mimo, że staram się wtłoczyć do swojego umysłu jak najwięcej informacji o tej części świata, nic nie przemawia do mnie tak barwnie jak wizja wystrzałowych mięśni Kegla :) Na hasło Bangkok widzę rozchylone uda i wyskakujące spomiędzy nich obłe przedmioty. Mam nadzieję, że moja wizja Azji się odmieni z lekka.&lt;br /&gt;Poza Bangkokiem mam w planach 10 dni słodkiego nic-nieróbstwa połączonego z przebywaniem pod wodą w ilościach graniczących z chorobą umysłową. Znaczy – nurkować jadę. Nurkować jadę na Bali, ale już sobie postanowiłam, że następna wycieczka do Azji to Phuket i Kambodża… O ile będziemy się podobało tym razem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale ale – wracamy do sedna sprawy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3. października 2009 o godzinie 13.30 (o ile Ethiopian Airlines postanowią wyjątkowo się nie spóźnić) lecę z Juby (Sudan) do Addis Abeba. Tam tradycyjna wycieczka na Injerę lub do Sheratona na ciastko, powrót na lotnisko i wylot o północy z Addis Abeba do Bangkoku (znów widzę te uda rozchylone!). Jeden dzień orientacyjno zapoznawczy z Bangkokiem i wylot na Bali. A tam jak wszyscy wiemy – NURY, impry, plaża, masaże i drinki z palemką. Nic innego nie przewiduję. Czyste lenistwo w najbardziej prymitywnej formie okraszone tylko zejściami w wodne czeluście. Żadnego zwiedzania, podróżowania, wysilania się, myślenia czy odbierania telefonów (jak BB będzie działać, to się zaszczelę :) ). NIC! I tak przez 10 dni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem powrót do Bangkoku na 4 i pół dnia. I tutaj zacznie się szał. Na liście do zobaczenia, przeżycia, poczucia lub w ogóle doświadczenia mam już:&lt;br /&gt;1. Sto milionów pomników i świątyń Buddy i inne jakieś azjatyckie budowle.&lt;br /&gt;2. OWOCE MORZA – co najmniej pół tony&lt;br /&gt;3. Tajski masaż i inne formy relaksacji połączonej z pielęgnacją ciała&lt;br /&gt;4. Ping-pong szoł – czyli te uda rozchylone&lt;br /&gt;5. Co najmniej jedna wycieczka za Bangkok gdzieś dalej, żeby sobie zobaczyć przez okno pociągu jak wygląda lajf w Azji, np. w porównaniu z Afryką&lt;br /&gt;6. Pływający market gdzieś tam ;-)&lt;br /&gt;7. ZAKUPY – ciuchy, pierdoły, bajery, jedwabie, kamienie półszlachetne, PRZYPRAWY, buddy małe i duże, świeczki, kadzidła i lampiony. I wszystko inne co się może spodobać lub w łapy wpaść. &lt;br /&gt;8. JEDZENIE inne niż owoce morza – drugie pół tony :)&lt;br /&gt;9. Zwierzęta w formie naturalnej, albo w jakimś parku, albo w formie mniej naturalnej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z tego wynika, że musze co najmniej 2 rzeczy dziennie robić :) to będzie czelendżujące :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale Państwo Drodzy!&lt;br /&gt;Zwracam się z apelem do was – mówcie mi tu szybko lub piszcie (ekijewska@gmail.com), co warto zobaczyć, zrobić lub wogle-gogle, jak już będę tam daleko, daleko tam.&lt;br /&gt;Czekam na wszystkie możliwe sugestie wraz z instrukcją obsługi (gdzie, jak, z kim i za ile).&lt;br /&gt;CZEKAM!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6710749403062411636?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6710749403062411636/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6710749403062411636' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6710749403062411636'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6710749403062411636'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/09/wakacji-nadszed-czas.html' title='Wakacji nadszedł czas!'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-4692087269771543216</id><published>2009-09-14T18:27:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:04:16.535+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Back 2 the Bank</title><content type='html'>Dawno nie odwiedzałam banku. Z pół roku będzie:) jak była z nami Ola, to świat był piękny i prosty, Ola stawała w kolejce, szczerzyła zęby i mrużyła oczy zalotnie.&lt;br /&gt;Ja w tym czasie mogłam oddawać sie innym zupełnie niezbędnym czynnościom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skończyły sie czasy prosperity:) Ola wyjechała, w Bulok Branch padł system i wszyscy dzisiaj stoją w kolejce w Juba Branch. W chuj ludzi. Kolejka długa jak amazońska anakonda tylko w bankowym wydaniu. Albo jak tory kolei transsyberyjska. Albo mur chiński. Albo cos innego długiego i w sumie prawie nieruchomego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i ja stoję. Nuda sześcienna. Wszystko sie tu poci i śmierdzi, a ja wraz ze wszystkim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W takich chwilach człowiek zastanawia sie jak to jest możliwe, ze w tym kamieniu łupanym, w tym mega-ciemnogrodzie, w tej szczytowej formie dezorganizacji cos takiego jak ten bank może w ogóle funkcjonować. Jak to możliwe, ze w tym syfie, pocie i smrodzie ludzie przemaglowywują tysiące, miliony dolarów. I ze to jeszcze nie splajtowało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taka afrykańska syfiastość, powolność i rozlazłość wychodzi tu z każdego rogu. Ludzie, którzy chyba dopiero z drzew poschodzili, bo nawet w przyzwoita kolejkę nie umieją sie ustawić, nie mówiąc o jakiejś potrzebie zachowania porządku czy tez uznania czyjegoś pierwszeństwa przed tobą z tytułu odstania juz swojego czasu w tym parszywym ogonku, który na swojej długości z każda minuta dorabia sie jakiś pobocznych narośli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to klienci. Oni nie mają czasu, wiec łokcie w ruch i dzida do przodu. Wszystko zrozumiale.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasuwa sie tylko pytanie - co za patałach zarządza tym bankiem. Co z niego za gudłaj :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlaczego w klitce 3x2 usilnie próbuje zmieścić kasy, przelewy, corporate banking a nawet cos tak prestiżowego jak private banking (na private banking wyznaczona jest szklana kanciapa wielkości budki telefonicznej).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do każdego bankiera, a właściwie urzędnika bankowego, tłoczy sie kilkanaście osób, i żeby zmniejszyć swoja wydajność pan-bankowiec obsługuje wszystkich na raz, wiec tak naprawdę w sumie nikogo dobrze. Twoje informacje finansowe dostępne są dla 13 innych osób, których informacje dostępne są dla ciebie. Od razu wiesz czy twój sąsiad w tym tłumie ma konto puste czy pełne, i jak pełne, to do jakiego stopnia i w jakiej walucie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście stan konta na drodze oficjalnej może otrzymać tylko osoba upoważniona - i na drodze oficjalnej oznacza tutaj skrawek papieru z nagryzmolonymi cyferkami. Natomiast monitory odwrócone w połowie do klientów mówią same za siebie.&lt;br /&gt;Pełna transparentność. Nic sie nie da ukryć.&lt;br /&gt;Ale to jeszcze nie "the end".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Juba Branch są aż cale 3 okienka kasowe, w tym w jednym z nich jest western union, wiec tak na prawdę działają tylko 2. Jedno z tych 2 jest okienkiem pierwszeństwa dla takich, co chcą zdeponować czek, a nie go zrealizować, wiec co jakiś czas mamy do czynienia z jednym okienkiem. W dodatku w tym okienku zazwyczaj siedzą 2 osoby, których głównym zainteresowaniem jest prowadzenie ze sobą pogłębionej konwersacji, a wiec ta kolejka-mur chiński utwierdza sie w swojej murowości i ani drgnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A to wszystko jest dzisiaj udekorowane pięknym, powtarzanym niczym hasło nadchodzących wyborów parlamentarnych, stwierdzeniem "system is down", co oznacza ze wszystko, co sie dzisiaj odbywa ma spowolnione tempo. Spowolnione do granic bólu. Wszystko robi sie tu dzisiaj manualnie, pisemnie, w zeszytach i na karteluszkach. Wszystko trwa wiecznie (mimo, ze niebezpiecznie jest myśleć ze cokolwiek trwa wiecznie). W juba branch czas tez postanowił, ze pierdoli nie robi i sie zatrzymał. Szkoda tylko, ze za drzwiami pędzi juz w całkiem normalnym tempie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szkoda, ze nie widzicie jak pan na nienazwanym stoisku chyba przelewów trzyma w zębach plik bardzo ważnych dokumentów, z czekiem na wierzchu. Chcecie wiedzieć, jaka jest kwota na czeku? Niech no sie przyjrzę się...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejka nawet odrobinę drgnęła. Jeszcze tylko 6425562 osoby przede mną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chyba będę kończyć, bo mi wszystko opada, poza adrenalina...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-4692087269771543216?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/4692087269771543216/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=4692087269771543216' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4692087269771543216'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4692087269771543216'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/09/back-2-bank.html' title='Back 2 the Bank'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8747520438269090608</id><published>2009-09-07T16:08:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:44:02.328+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><title type='text'>United States of Southern Sudan</title><content type='html'>Niedzielne popołudnie, margherita sączona przez słomkę, ciemne okulary i leżak przy brzegu basenu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tle jakieś amerykańsko-red-neckie przeboje na zmiane z muzyką country. W basenie podstarzali kolesie pijący whisky i palący cygara, lub nie palący, bo im szkodzi. Wszyscy z zadupiastym amerykańskim akcentem przechwalają się swoimi poczynaniami w czasach zimnej wojny. Wszyscy oni – bohaterowie, sławni Marines albo inni Air Forces.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobiety z odpowiednimi wałkami tu i ówdzie. Wywyższające się ze względu na swą amerykańskość. Patronizująco poklepujące barmanów po ramionach wypowiadając jednocześnie zdania „oh, nie ma virgin bloody marry? mój drogi, trzeba było powiedzieć, ja mam tysiące litrów soku pomidorowego”. Lub patrzące na mnie wymownym spojrzeniem "biedna dziewczyna z biednej Europy wschodniej, pewnie komunistka albo katoliczka, fe"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozmowy w stylu: „Ohhh, jesteś z Polski? A co wiesz o Czechosłowacji?” lub „Jesteś z Polski – zdrastwujcie (czy jak to tam po rosyjsku by było)”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poor girl from Poland, what does she know?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wie wiecej o Czechosłowacji niż wy i niż wy wiecie o Kanadzie czy Meksyku! Wie, że jej już nie ma. I nie mówi po Rosyjsku!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W niedzielę byłam w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. A właściwie na ich eksterytorialnym terytorium w Południowym Sudanie. W miejscu, w którym czas zatrzymał się gdzieś w latach 60-tych, podobnie jak rozwój intelektualny większości mieszkańców. W miejscu, które wygląda jak wspomnienie starych dobrych czasów, ale raczej wyblakłe i pożółkłe, jakieś zniszczone i sterane. I bardzo niechlujne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo, ze nie trzeba było wizy, ani nie dawali stempelka, security było jak na lotnisku, zaglądali nawet w dziurki od nosa! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Biedni, chorzy Amerykanie-Megalomanie…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8747520438269090608?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8747520438269090608/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8747520438269090608' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8747520438269090608'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8747520438269090608'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/09/united-states-of-southern-sudan.html' title='United States of Southern Sudan'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6896809749310334916</id><published>2009-09-02T18:33:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:59:27.179+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Olaboga!</title><content type='html'>Dawno nie latałam samolotem i mi się nie nudziło, toteż dawno nie pisałam :) Ale oto jestem, wracam, już piszę piszę piszę…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od czego by tu zacząć. A może, że jakiś czas temu w nudną sobotę (jedyną do tej pory w którą nie było baletu), podczas gry w kości z niejakim Maćkiem Trawką (w które parszywie mnie ograł, świnia), dostałam prezent…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest na naszej pięknej budowie dużo ludzi, wszelakich rodzajów. Ludzie Ci są rozmaici, a wśród rozmaitych są i egzemplarze ciekawe. Przykładem jest Peter Wamoya. Taki sympatyczny murzyński kurdupel (bo mojego wzrostu i w porównaniu z większością lokalesów, którzy mają po 12398702039m wzrostu wypada blado :p), jak się koleś kiedyś obnażył w pełnym słońcu od pasa w górę i jego czarne ciałko lśniło od potu, i dźwigał jakieś kawałki szalunków, to wyglądał… apetycznie. Ale nie o tym, nie o tym… Peterowi bardzo się podobają białe dupcie, co ja, Ola i Iwona odczułyśmy już. Ja kiedyś dostałam od niego miłosny list w którym współczuł mi jakie to moje życie musi być trudne, a do tego to „unfavourable sunshine”… ubaw po pachy. No a ostatnio Peter dostał promocję, to znaczy został promowany i ze stanowiska „helper” awansował na stanowisko „formwork Carpenter”, i podwyżkę dostał, o jakieś 30% (moim zdaniem całkiem miło z mojej strony, ze aż tyle tej podwyżki mu dałam). No i Peter w końcu upolował moment, w którym byłam w kampie w sobotnią noc i przyszedł. Przyszedł z… tortem. W podziękowaniu za podwyżkę i awans.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż się człowiekowi ciepło na duszy robi i chciałoby się więcej ich promować. Szkoda tylko, że się nie da, bo większość jednak elokwencją nie odstaje od przeciętnie inteligentnego kubka na kawę :P Straszna jestem, nie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale jak można inaczej, jak się w czwartkową noc walczy z pompą do betonu ponieważ pan operator, najlepiej opłacany robotnik na budowie, zapomniał wlać do pompy beton, a jak mu się przypomniało, to coś się zapchało i pompa się zabetonowała i trzeba było ją rozłożyć na części a potem rozkuć… Naprawdę zajebista impreza :P&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;taki lajf afrykański&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6896809749310334916?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6896809749310334916/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6896809749310334916' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6896809749310334916'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6896809749310334916'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/09/olaboga.html' title='Olaboga!'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8432566400614080831</id><published>2009-08-13T12:21:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:45:30.536+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><title type='text'>Kiwi na ścieżce do szczęścia</title><content type='html'>Oto gry plan. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(Naczytałam się bowiem książek wszelakich o pogoni za pasją, o dążeniu do perfekcjonizmu, o podążaniu do celu wybraną przez siebie ścieżką i o wewnętrznym sukcesie.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Chciałabym być dobrym liderem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znam takiego gościa, który wkurza mnie do bólu, potrafi doprowadzić mnie do stanu, w którym chciałabym usiąść i płakać nad swoją niezaradnością. Ale robi to w taki sposób, że zamiast siadać i płakać, myślę sobie „ja Ci pokaże!”. No i właśnie zaczynam drogę w stronę pokazywania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gościu ów podarował mi książkę, którą polecam wszystkim adeptom trudnej sztuki zarządzania ludźmi. Książka „Shackleton’s Way” autorstwa pań Margot Morrell i Stephanie Capparell. Nie wiem jak brzmi polski tytuł. Książka opowiada o człowieku, który na początku XX wieku organizował wyprawy na Antarktydę. Na jego przykładzie pokazuje jak powinno się budować zespół, jak powinno się temu zespołowi przewodzić.&lt;br /&gt;Bo każdą rzecz da się zrobić na dwa sposoby: prosto i trudno. Gdy ma się wokół siebie ludzi, z którymi tworzy się jedną drużynę, wtedy zostaje tylko jedna droga – prosta. A tą drogą szybciej dochodzi się do celu. Jakikolwiek by on nie był. Jakkolwiek zawiłe koleje losu miałyby spotkać tę drużynę po drodze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oprócz drużyny ważny jest też jej lider. Czyli ktoś, kto dba o to, żeby te wszystkie elektrony, neutrony i protony stworzyły odpowiedni pierwiastek. No i to właśnie takie moje wymarzone miejsce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być liderem to nie tylko mieć zdolności przywódcze, choć pewnie bez nich się nie da. Ale to przede wszystkim umiejętność współpracowania z ludźmi i wydobywania z nich tego co najlepsze. Nie poprzez wyzysk, ale poprzez dawanie im możliwości do rozwoju, do przejęcia odpowiedzialności, do nauki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bycie liderem to też tak jakby bycie sędzią, bycie matką i ojcem, bycie starszym bratem. I księdzem (dla tych dla których ma to pozytywny aspekt). Bycie liderem to ciężki kawał chleba. Cokolwiek byś nie wymagała od ludzi – od siebie musisz wymagać 110%.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tu pojawia się problem, szczególnie gdy się jest leniem… Ale pewnie da się jakoś to zmienić, w sobie, tego lenia… Będę was informować na bieżąco o postępach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Chciałabym wiedzieć co i gdzie chciałabym w życiu robić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To jest dopiero trudne zadanie związane z grzebaniem w sobie i zastanawianiem się nad tym co sprawia przyjemność, do czego ciągnie. No i muszę skapitulować.&lt;br /&gt;Nie chcę robić niczego awangardowego. Nie potrzebuję być kimś, kto swoim zawodem wprawia ludzi w „łał”. Mam to troszkę jakby teraz. Gówniara budująca coś dużego jak na polskie warunki. I to w Sudanie… i cóż mi to daje? Oprócz poklepywania po plecach? Łał nie jest najważniejsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ważniejsze w tym co robie jest to, że daje mi to DUŻO satysfakcji. Spełniam swoje marzenia rozmaite poprzez to – uczę się zarządzać naprawdę sporym projektem, robie to w Afryce, którą zawsze pragnęłam zobaczyć i poczuć, poprzez różne dziwne dziwactwa wróciłam do rodzinnej klątwy – budownictwa. To chyba geny mnie tu przyprowadziły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i tak robiąc rachunek sumienia – chciałabym jako menadżer takich lud ciut mniejszych/większych projektów jeździć po świecie i oglądać to, czego jeszcze nie widziałam. Chciałabym zrealizować jeszcze 3-4 projekty w Afryce, ale na dalszym Południu, na Zachodzie, już nie w Kenii, już nie w Sudanie. Coś nowego chciałabym spróbować. Poznać smak innych bananów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem? Potem chcę wrócić do Europy. Ale mogę wyjeżdżać. Obiecuję :) Albo nie wrócę :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślę sobie, ze na świecie jest przecież coś koło 170 państw. Chciałabym zobaczyć każde. Wszystkie. Nawet jeśli miałoby to oznaczać, że spędziłabym w każdym tylko kilka dni. Nie wszędzie chciałabym żyć. Ale wszystkie chciałabym zobaczyć.&lt;br /&gt;Ale chciałabym budować. To daje takie fajne namacalne wspomnienia i ślady. To właśnie w ten budynek włożyłam swoje serce. To ta droga, która prowadzi do budowlanego pamiętnika z rocznika np. 2008. Tak jak Maji Moto, do którego chciałabym udać się na pielgrzymkę, jak do mojego Afrykańskiego sanktuarium. Jak do Mojego Afrykańskiego Betlejem – gdzie ten cały bałagan zaczął się dla mnie…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W związku z powyższą chęcią budowania z dniem 1 września wracam do szkoły. Chcę zgłębiać tajemnice architektury, planowania i takich tam. Chcę znać zasady. Nie będę nigdy projektować sama, bom beztalencie plastyczne. Ale są rzeczy, które można przyswoić i ja chcę je wszystkie zgromadzić w mojej głowie. Tymczasem przechodzę kurs praktyczny – uczę się jak wygląda budowa, jak należy lać żelbet, którędy należy prowadzić rury i czym SDS-Max różni się od SDS-Plus.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza tym – chcę odkryć tajemnice tworzenia harmonogramów i budżetów projektów. W sposób profesjonalny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałabym być taki omnibusem projektowo-budowlanym – choć pewnie to nie możliwe… Ale ważne, żeby dążyć do doskonałości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A najważniejsze jest to, że po tych wszystkich SGH-owych „mogłabym być każdym, więc nie wiem kim jestem i właściwie nie jestem nikim” doszłam w końcu do miejsca w korytarzu możliwości, że jestem skłonna wybrać te drzwi, które już uchyliłam. I nie dlatego, że są uchylone. Ale dlatego, że fajnie jest za drzwiami!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3. Chciałabym być zadowolona i mieć czas dla siebie i ludzi – coraz to nowszych i coraz ciekawszych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam plan żeby rozpocząć poważną przygodę z nurkowaniem. Chcę dać się ponieść pasji, którą może nieść jeżdżenie od plaży do plaży, od morza do morza i nurkowanie i oglądanie tego co pod wodą. A do tego chciałabym poznawać ludzi, którzy są równie nienormalni, żeby wydawać swoje oszczędności tak jak ja. Każdy nurek (człowiek lub zanurzenie) inspiruje mnie coraz bardziej. Nie chcę już oglądać tylko polskich jezior. Chcę czegoś więcej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy krok – Bali lub Malediwy. W zależności od mojej zamożności…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;4. Nie chcę mieć – chcę być, chcę czuć, chcę wiedzieć, że odniosłam sukces.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale nie materialny. Chcę się budzić co rano i widzieć, że to co robię ma sens i cel. Że to jest krok na drodze która prowadzi do jakiegoś konkretnego celu. I jeśli nawet tym celem miałoby być całkowite sprzedanie swojego ciała dla niekończącej się euforii płynącej z szalonych pomysłów i nieuczesanych myśli – chcę tego. Chcę żyć w przeświadczeniu, że to życie ma sens jakiś. Chcę żeby życie sprawiało mi przyjemność. Chcę żeby było mi dobrze. Chcę się uśmiechać o poranku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A najpiękniejsze, że dzień pierwszy już za mną. Mimo, że jestem na końcu świata, mimo, że jestem daleko od wszystkiego, co mogłabym nazwać domem czy „swoim miejscem” w tradycyjnym pojęciu – żyję przygodą, żyję pełną piersią i robię najkosmiczniejszą rzecz, jaką mogłam sobie wymyślić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest pięknie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. W Swiss Airlines na pokładzie podają lody truskawkowe! Swiss moją ulubioną linią lotniczą :-)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8432566400614080831?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8432566400614080831/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8432566400614080831' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8432566400614080831'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8432566400614080831'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/08/kiwi-na-sciezce-do-szczescia.html' title='Kiwi na ścieżce do szczęścia'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-3210401947706819108</id><published>2009-08-13T12:19:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:45:30.537+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><title type='text'>Kolejny powrót do rzeczywistości</title><content type='html'>Znowu siedzę w samolocie! Ileż można? Zaczęłam zbierać mile, żeby nie mieć poczucia, że latam po nic. Zbieram w Star Alliance, w KLM-Air France i w Ethiopian. Będę potentatem milowym jak tak dalej pójdzie. W tym toku przyleciałam już 3 razy do Polski, 3 razy do Dubaju i ze 3 razy do Nairobi. No i w Addis Abebie będę teraz po raz 4. Kosmos jakiś…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale nie o tym miało być, nie o tym. Chciałam napisać, że świat się przeciwko mnie sprzysiągł. W kontekście jednego z poprzednich wpisów. Nawet horoskopy (w które nie wierze), uporczywie powtarzają we wszystkich kolorowych pisemkach, że nadszedł czas na ustatkowanie się i moje szanse matrymonialne rosną. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czuję się osaczona. Dziś w samolocie słyszałam dwóch mężczyzn koło 40 roku życia, którzy ewidentnie musieli mieć problemy ze znalezieniem sobie odpowiedniej partnerki, bo jeden z nich rzekł, że w wieku 40 lat to ostatni gwizdek dla faceta na zakładanie rodziny. Drugi, żeby poprawić nastroje, dodał – całe szczęście u kobiet ostatni gwizdek to 25 lat…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No płacz i zgrzytanie zębami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ta prokreacyjno-rekreacyjno-rodzinna nagonka doprowadziła mnie do sytuacji, w której w piątek postanowiłam powrócić do mniej kobiecej wersji mnie – obcięłam włosy. Na chłopczyka. Teraz będę robić dużo więcej chłopczykowych rzeczy – np. będę pić piwo i bekać. Albo nosić włosy pod pachami (nie, no przesadziłam teraz). Byle by tylko odczarować ten zły urok, który został na mnie rzucony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślę, że to właśnie takie sytuacje, jakaś ogólna psychoza wisząca w powietrzu doprowadza dziewczyny w moim wieku do rozpaczliwego łapania się brzytwy, niczym tonący i sprint z kimkolwiek do ołtarza, byleby  miał penisa i mówił. No i ewentualnie zarabiał. Resztę się dopowie. Bo przecież to, że koleś rży jak koń do owsa, zawsze można przedstawić jako specyficzne poczucie humoru, a jego wielki zwisający brzuch, to przecież główna zaleta każdego „misia”… BLEEEE!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobiety! Gdzie wasze oczy! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matko – jestem jakąś ryczącą feministką! (NIE!)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koleżanki i koledzy – bądźcie szczęśliwi bo chcecie, a nie bo się od was tego oczekuje. Może nie jest dobrze samemu, ale nie jest lepiej z kimkolwiek…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-3210401947706819108?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/3210401947706819108/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=3210401947706819108' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3210401947706819108'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3210401947706819108'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/08/kolejny-powrot-do-rzeczywistosci.html' title='Kolejny powrót do rzeczywistości'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7381520792407570457</id><published>2009-08-13T11:51:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:04:16.535+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Ot tak...</title><content type='html'>Szalik na szyi, okulary na nosie, laptop pod pachą. Idzie wzdłuż korytarza, w uszach szum zażytych przed godziną lekarstw, w żyłach krew gotująca się nadal, bo przecież jeszcze wczoraj gorączka sięgała 40 stopni. W uszach szum. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ręce wiotkie, takie jakby słabe, z bolącymi kościami. I kolana jakieś miękkie. I to wszystko takie jakieś nie wyraźne. Jest ewidentnie osłabiona, widać na pierwszy rzut oka – poniżej pomalowanych powiek sine zakola. Nawet puder nie pomaga. Tusz pogorsza sprawę. Trzeba żyć z bladością policzków i fioletem pod oczami. Jeszcze tylko kilka dni. Po 7 dniach brania lekarstw ma być lepiej. Ma być dobrze. Lepiej, żeby było, bo przecież gorzej być nie może.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest w centrum świata, w miejscu gdzie dzieje się wszystko i dzieje się szybko i powinno dziać się jeszcze szybciej. Wchodzi do pokoju hotelowego, półżywa, mokra od malarycznego potu. Słaba i zmęczona, pada na łóżko, choć jest już zmęczona leżeniem. Ale nie może wstać. Jak wstaje, to słabnie jeszcze bardziej i znów pada. Idzie pod prysznic. Odkręca ciepłą wodę. Jak przyjemnie stać pod kojącym strumieniem gorącej wody. Rzadko się to zdarza w Afryce. Mogłoby być pięknie i miło, ale krople uderzające o szkło kabiny prysznicowej robią to tak głośno, że sprawia ból. Wychodzi spod prysznica. Napuszcza wody do wanny. Po 15 minutach bezmyślnego siedzenia na brzegu wanny, wchodzi do ciepłej wody. Nie może jednak leżeć zbyt długo, bo taka gorąca kąpiel osłabia. Po umyciu się wychodzi. Wraca prosto do łóżka, próbując znaleźć taki jego fragment, gdzie pościel nie jest mokra od potu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego ranka budzi się i jest jakby lepiej. Może już czytać, patrzenie na literki nie sprawia jej bólu. Pisze maila. Musi jechać do Polski, bo tam trzeba załatwić niektóre rzeczy. Trzeba kupić, wysłać, załatwić. Jedzie. Za kilkanaście godzin jest już w samolocie. Po niedospanej nocy ląduje w Polsce. Z każdą chwilą nabiera sił, z każdą chwilą bardziej tęskni za swoją Afryką. Coraz bardziej czuje, że tam przynależy. Nawet mimo to, że Afryka chce ją zabić. Chce ją osłabić i zniechęcić.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tygodniu wraca, zdrowa, odżywiona, odnowiona. Tęskniąca za tym trudem i brudem, który tylko tam. Zostawia Polskę z nostalgią, ale leci do Afryki z pasją, nadzieją, z uśmiechem na ustach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdyby tylko podróż trwała krócej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7381520792407570457?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7381520792407570457/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7381520792407570457' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7381520792407570457'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7381520792407570457'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/08/ot-tak.html' title='Ot tak...'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7755225963281820421</id><published>2009-08-06T12:34:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:06:25.119+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dubai'/><title type='text'>Królewna Śnieżka i 7 Krasnoludków</title><content type='html'>Nie wiem kto był pierwszym autorem tej bajki, ale według dzisiejszych norm powinna zostać dodana do bajek 1001 nocy. Oto dla czego:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Królewna Śnieżka była piękna, bo miała kruczoczarne włosy, jasną cerę oraz czerwone jak malina usta. A do tego była skromna, zgrabna, wiotka i powabna. Cechy prawdziwej królewny. No i jeszcze miała bardzo nadzianego tatusia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powyżej przeczytaliscie bajkowy opis współczesnych Arabskich dziewcząt z Dubaju. Powiem wam, że może ja się nie znam (lub wręcz na pewno się nie znam), ale tak pięknie czarnych włosów oraz czarnych, pięknie oprawionych oczu w otoczeniu śnieżnobiałej cery (nie wiem jak one to robią na pustyni w upale) z dodatkiem malinowego uśmiechu, to ja w Europie nie widziałam. A w Dubaju sporo! Oj naprawdę sporo! Do tego dziewczęta są skromne (a właściwie ten czarny szlafrok, który noszą sprawia takie wrażenie), zgrabne, smukłe, szczupłe i do tego wszystkiego oszałamiająco tajemnicze. Bo spod tego czarnego szlafroka wystawiają piękne twarze, często w markowych okularach, piękne zadbane dłonie i gdzie niegdzie kosmyk aksamitnych włosów. A z innych cech prawdziwej królewny – kto jak kto, ale ich tatusiowie są bardzo nadziani. Widział ktoś nastolatki w Polsce wychodzące z centrum handlowego obładowane torbami z ciuchami od Top Projektantów (z których najsłabiej wypada ESCADA czy FENDI) i wsiadające do swoich dziewczęcych Porsche Carrera czy innych skromnych aut?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz czas na krasnoludki. W tradycyjnej wersji bajki krasnoludki pracowały cały dzień, podczas gdy Śnieżka opieprzała się w domu, wpierniczając jagody i inne leśne smakołyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;We współczesnej wersji tej bajki Śnieżka dalej się upierdziela, chodząc po butikach, a krasnoludki dalej tyrają. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te krasnoludki to rzesze Filipińczyków i Innych małych Azjatów, którzy swoją rolę grają z największym zaangażowaniem. Do tego stopnia, że nie tylko są niscy, są wręcz uniżeni. I jakby mogli to skradli by ci całus w pupę. Azjaci wyglądają szczególnie krasnoludkowo w porównaniu z wysokimi, zgrabnymi Arabkami na szpilkach od Prady. I szczególnie krasnoludkowo tyrają jak tylko Śnieżka wejdzie do sklepu. Uwijają się wtedy jak w ukropie, zaciągają kotary, opuszczają zasłony, prowadzą Śnieżkę do przymierzalni i przynoszą jej tam zyliardy różnych królewskich kreacji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to nie wszystko. Krasnoludki tyrają na wszystkich członków rodziny królewskiej, ponieważ najkrólowszy z królów oraz inne Szejki-Mordoklejki wymyślili, ze jak krasnoludki chcą mieszkać w ich królestwie, to okupią to masą różnych wyrzeczeń. I nie dotyczy to tylko krasnoludków, bo i elfów, trolli i innych głupoli. Każdy kto ląduje w Królestwie Dubaj na wejście płaci 150 USD, żeby móc te cuda oglądać przez 2 tygodnie (czyli wizę kupuje). Potem musi zapłacić za hotel (od 120 USD w górę, chyba, że chce mieszkać pod palmą na sztucznie hodowanej trawie – to wtedy tylko mandat). Potem jeszcze za auto lub taksówkę a następnie za miliony innych rzeczy. I te miliony innych rzeczy to niby biznesy obcokrajowców, więc teoretycznie Szejk the Szejk nie powinien nic z tego mieć, a już tym bardziej pośledniejsi członkowie królewskiego rodu Arabów. A tu akuku! Chcesz mieć biznes obcy człowieku? Musisz sobie znaleźć „Lokalnego Sponsora”, któremu odpalisz działkę tylko za to, ze jest Arabem i umożliwi Ci działanie na własną rękę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak właśnie współcześnie wygląda bajka o Królewnach Śnieżkach i ich Krasnoludkach. A wszystko to nigdzie indziej jak w krainie spełnionych marzeń – Dubaju.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7755225963281820421?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7755225963281820421/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7755225963281820421' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7755225963281820421'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7755225963281820421'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/08/krolewna-sniezka-i-7-krasnoludkow.html' title='Królewna Śnieżka i 7 Krasnoludków'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-3215178821287303112</id><published>2009-07-28T13:26:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:08:38.253+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><title type='text'>Homoseksualizm a sprawa ludzka…</title><content type='html'>Z kraju i ze świata dochodzą mnie wiadomości o tym, że wśród znajomych oraz krewnych szerzy się plaga paskudnej choroby toczącej społeczeństwa na całym świecie. Choroba ta, chyba dziedziczna, a na pewno przenoszona drogą kropelkową oraz płciową, nazywa się małżeństwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moje koleżanki i kuzynki wychodzą nagminnie za mąż, zaręczają się lub „stabilizują”, co w przypadku substancji niechemicznych, oznacza tyle co jakby małżeństwo ale bez papieru lub powszechnie znane słowo-wytrych „partnerstwo”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moi koledzy i krewni płci męskiej zaś w ramach pogoni za partnerkami obkupują się w zaręczynowe pierścionki i polują na co piękniejsze okazy płci … hm… piękniejszej. To znaczy tak by to wyglądało, gdyby dzisiejsi samcy buchali testosteronem… W rzeczywistości natomiast, znajomi faceci odkrywają w sobie potrzebę założenia rodziny, chęć wychowywania dzieci oraz niezgłębione pokłady miłości względem swych „stabilizujących się” partnerek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W rezultacie wygląda to tak, że jak za parę miesięcy wrócę do Polski, to odnajdę się wśród tych samych ludzi, ale każdy z nich będzie miał swoją narośl, zwaną również drugą połówką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aaaaaa!!!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No niby fajnie z jednej strony, bo może chociaż na jakieś weselisko wyskoczę (z 10 lat nie byłam na żadnym!!!). Ale z drugiej strony – jak tak można…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja jestem aktualnie na etapie – jestem jeszcze strasznie młoda, prawie nic nie wiem o życiu, dopiero wszystkiego się uczę, raczkuję, nie chodzę jeszcze ani nie biegam. A co dopiero kłaść się w małżeńskim łożu, albo nie daj "bog" na łóżku na porodówce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciągle słyszę, żem dziecko, odważne, ale dziecko. No bo raptem Pani Kijewska ma 25 lat a tu już próbuje z motyką na afrykańskie słońce się rzucać. Dla wszystkich, z którymi współpracuje szokujące jest połączenie tego Jubańskiego miejsca i zajęcia z moim wiekiem. Przecież ja nawet 30 lat nie mam. A do tego płeć nie taka :) Albo wręcz płeć nijaka – bo co to za stwór – baba z jajami?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i w tych okolicznościach przyrody, zadaję sobie pytanie. A co jak kiedyś jednak zdecyduję się założyć rodzinę? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiecie jak to jest na wyprzedażach – po sezonie można dostać albo za małe albo za duże rozmiary i to w dodatku z modeli, w których wygląda się conajmniej niekorzystnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I niestety z potencjalnymi kandydatami na małżonków podobno jest podobnie. Towar może być przebrany… I co wtedy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wtedy właśnie trzeba mi będzie zmienić orientację seksualną i upolować jakąś młodą przyjemną partnerkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ktoś mi ostatnio powiedział, że skoro mogę mieszkać 6 miesięcy w namiocie, to bycie lesbijką nie będzie dużo trudniejsze…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale nic to, drodzy koledzy i koleżanki – żeńcie się i wychodźcie za mąż, a potem w miarę rozsądnie się rozmnażajcie. Pamiętając jednak o tym, że 10% par rozwodzi się po 2 latach :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A! Przypomniało mi się. Jest nadzieja! Mężczyźni z second-handu. To tak apropos rozwodów. Można podobno znaleźć naprawde fajne modele, w okazyjnych cenach. Bardzo często z pożądną metką od znanego projektanta… tylko na takiego to trzeba czekać do 40-tki :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiwi&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-3215178821287303112?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/3215178821287303112/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=3215178821287303112' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3215178821287303112'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3215178821287303112'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/07/homoseksualizm-sprawa-ludzka.html' title='Homoseksualizm a sprawa ludzka…'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-1837214448927427894</id><published>2009-07-27T23:23:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:00:58.918+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Afryka…</title><content type='html'>Słyszeliście już Państwo drodzy, że w Afryce to nic nie ma? A pewnie tak! To ja wam jeszcze raz przypomnę…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż w Afryce, to niczego nie ma! A szczególnie w Sudanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To znaczy w Afryce jest w cholerę wszystkiego – zwierząt, roślin, chorób, biednych ludzi, wojen… Ale jakoś nie ma płyt Karton-Gips ani wylewek samopoziomujących.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc oto Kiwi na Afrykańskiej ścieżce musiała przedefiniować drogę prowadzącą do celu jakim jest wspomniany w poprzednim foto-blogo-odcinku Nowy Lepszy Południowy Sudan. A przedefiniowanie oznacza, że trzeba się posiłkować gdzieś poza granicami Sudanu. Najlepiej nawet poza granicami Afryki. Ale nie za daleko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tym magicznym sposobem, jestem właśnie po raz 3-ci w Dubaju, który został podsumowany przez moich współtowarzyszy podróży (dla nich – moich inżynierów budowlanych – jest to pierwsza wizyta w tym jakże modnym Emiracie Arabskim, Zjednoczonym z resztą) takimi oto słowy: „W chuj gorąco, wilgotno i drogo. Wracamy do Juby”. Jakby tam nie było gorąco czy drogo. Faktem niezaprzeczalnym natomiast jest, że w Jubie nie jest tak wilgotno. Ale cóż, nie przyjechaliśmy tutaj na wczasy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale co to ja chciałam właściwie przekazać?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A! Że jestem w Dubaju i kupuję materiały budowlane. To znaczy zamawiam, żeby przysłać do Juby przez Mombasę, statkiem, jak wszystko inne, albo prawie wszystko.&lt;br /&gt;Tylko niestety Dubaj wcale nie jest taki super ekstra. Może rzeczywiście te materiały nie są drogie, może i jest ich bardzo dużo i bardzo różnorodnych, ale  jakoś ta różnorodność nie przekłada się na jakość. I w ten magiczny sposób cały system ścian Karton-Gips musi przyjechać do nas z Polski, bo jakoś na miejscu go nie ma, w Kenii go nie ma a w Dubaju jakaś (cytuję) „chińska chujnia”…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moje marzenia o posiadaniu dużej ilości skumulowanych materiałów, żeby wszystkim pracowało się łatwo, miło i w miarę przyjemnie, a przede wszystkim SZYBKO, spełzło na niczym… nie ma ideałów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dubaj już podczas pierwszego pobytu wydał mi się podejrzany. Oto jak to miasto się prezentuje:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo dużo bardzo dużych budynków, które mają na sobie bardzo dużo szkła. Ale każdy z tych budynków, to taka, nie przymierzając – głupia biuściasta lala – w środku pusta. No może nie dokładnie i nie w 100% pusta, bo jednak coś tam w tych środkach jest, ale jest to np. cieknący kran, popsuty sedes, krzywo położone płytki i taka ogólna prowizorko-niedoróbka. Ja nie jestem ekspertem, ale trochę tego widziałam, głównie w Polsce, i wolałabym mieszkać na tych parszywych blokowiastych kabatach w dobrze wykończonym mieszkaniu, niż w mega wypasionym apartamentowcu na sztucznej wyspie w kształcie palmy, w którym ściany są faliste i pomalowane farbą olejną… No takich syfów to u nas nie ma. Jeff (taki nasz współpracujący guru budowlany) powiedział, że wynika to z dziwnej Polskiej mentalności, że chcemy mieć super szał w środku, a na zewnątrz wszystkie nasze domy wyglądają tak samo, podczas gdy na całym świecie jest inaczej. I może zabrzmi to jak jakaś dziwna forma patriotyzmu lokalnego, ale ja tam wolę Polską Drogę. Ale nie Polskie drogi, bo te wole w Dubaju (maaaasywne!)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo dużo bogatych arabskich bobków i trochę białych z całego świata. Przepaść. Kasa. Szpan. Apartamenty na wyspie. Lamborghini. Drinki z palemką. Silikon w biustach żon. I kochanek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;MASA (60% mieszkańców ZEA) ludzi – wyrobników z Indii, Filipin, Pakistanu i innych państw azjatyckich, które może i są piękne lub coś, ale nie mają kasy ani nie dają możliwości. To właśnie ci ludzie harują na tych wszystkich innych. Tych z pierwszej grupy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Białych i arabów można zauważyć tylko w centrach handlowych, jak wydają kasę. Wszyscy ludzie pracy pochodzą z Azji, lub innych „potęg” gospodarczych świata. Biali są jeszcze na polach golfowych. I w innych luksusowych miejscach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KOSZMAR!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To ja już wolę moją Jubę, gdzie jest syf, brud, malaria. Bo tam niby też tak trochę jest, ale jednak odwrotnie – lokalesi są biedni – napływowi są bogaci :) a ja jestem napływowa. I bez względu na to czy mam 2 funty czy 3 to mam BARDZO DUŻO.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakoś nie bardzo mogłabym mieszkać w takim jakimś rozwarstwionym, zabetonowanym, szpanerskim, dziwnym jakimś takim i w dodatku nieprzyjaznym pogodowo miejscu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może ja jakaś jestem nie teges, bo to chyba jednak cały świat jest taki, i ta moja Juba też. Ale jakoś mi bardziej lepiej z tym, że jestem w miejscu, w którym niczego nie ma i mogę być z siebie dumna, że udało mi się w tym niczym stworzyć coś.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A może chodzi o to, że w takim Dubaju byłabym trybikiem w maszynie, a w Jubie jestem jakby powiedzmy niby że coś jakby w elicie? Bosh… Jestem próżna :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chociaż wydaje mi się, że jednak to raczej chodzi w moim przypadku o chęć zrobienia czegoś nowego, dziwnego, takiego pełnego wyzwań, żebym mogła sobie powiedzieć – no Kijewska, kawał roboty odwaliłaś. I przeżyłaś swoje życie najlepiej jak mogłaś, nie na konsumpcji, nie na akumulacji. W ciągłej przygodzie! No i nie będąc NIKIM (vel Trybikiem w Maszynie). Będąc sobą...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-1837214448927427894?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/1837214448927427894/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=1837214448927427894' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1837214448927427894'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1837214448927427894'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/07/afryka.html' title='Afryka…'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-2509218310408696509</id><published>2009-07-18T19:51:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:14:40.663+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Europa'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dubai'/><title type='text'>Różne foty</title><content type='html'>&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmH83hbjHQI/AAAAAAAAIfI/M9FpqhDgDVc/s1600-h/P1090470.JPG'&gt;&lt;img src='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmH83hbjHQI/AAAAAAAAIfI/M9FpqhDgDVc/s320/P1090470.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt; Pani Project Manager i jej zaktualizowany harmonogram prac&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmH8S5k68SI/AAAAAAAAIfA/KRdO4lZLZ1Y/s1600-h/DSC_0724.JPG'&gt;&lt;img src='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmH8S5k68SI/AAAAAAAAIfA/KRdO4lZLZ1Y/s320/DSC_0724.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt; Kiwi i Minister Gier Chuang Aluong (aktualnie Minister Spraw Wewnętrznych) wskazują kierunek: Nowy Lepszy Południowy Sudan&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQ4EQwUvlI/AAAAAAAAIgg/yFjn9xBA_q0/s1600-h/DSC_1772.JPG'&gt;&lt;img src='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQ4EQwUvlI/AAAAAAAAIgg/yFjn9xBA_q0/s320/DSC_1772.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt; Burj Dubai - czyli najwyższy budynek swiata. Spory.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQ3z4aVqfI/AAAAAAAAIgY/WxWpKLSz3Ok/s1600-h/DSC_1770.JPG'&gt;&lt;img src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQ3z4aVqfI/AAAAAAAAIgY/WxWpKLSz3Ok/s320/DSC_1770.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;Jeszcze raz - wieża księżniczki :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQve2CxYtI/AAAAAAAAIfg/jd0vy1wLikg/s1600-h/DSC_1783.JPG'&gt;&lt;img src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQve2CxYtI/AAAAAAAAIfg/jd0vy1wLikg/s320/DSC_1783.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt; A to takie centrum handlowe, tuż obok najdroższego hotelu na swiecie. Madinat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQ2AuGzFII/AAAAAAAAIgI/61-cXRqke3c/s1600-h/DSC_1703.JPG'&gt;&lt;img src='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQ2AuGzFII/AAAAAAAAIgI/61-cXRqke3c/s320/DSC_1703.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;Widok ze sztucznej wyspy w ksztalcie Palmy na hotel Burj-Al-Arab (w ksztalcie zagla).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQ24Lw19CI/AAAAAAAAIgQ/UlwLymIXJYc/s1600-h/DSC_1935.JPG'&gt;&lt;img src='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQ24Lw19CI/AAAAAAAAIgQ/UlwLymIXJYc/s320/DSC_1935.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;A ja mam psa na desce rozdzielczej. Tylko zdechł...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQwR0awa2I/AAAAAAAAIfo/gTBVFDDAYP4/s1600-h/DSC_1485.JPG'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQwR0awa2I/AAAAAAAAIfo/gTBVFDDAYP4/s320/DSC_1485.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt; A to Amsterdam, 27 marca 2009...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQxW-MGoOI/AAAAAAAAIfw/0NoB1uKBO8A/s1600-h/DSC_1519.JPG'&gt;&lt;img src='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQxW-MGoOI/AAAAAAAAIfw/0NoB1uKBO8A/s320/DSC_1519.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt; Amsterdamski bicykl w deszczu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQ1XUKIh1I/AAAAAAAAIgA/O8TKG8ENzxU/s1600-h/DSC_1566.JPG'&gt;&lt;img src='http://4.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmQ1XUKIh1I/AAAAAAAAIgA/O8TKG8ENzxU/s320/DSC_1566.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt; Samo się przedstawia to zdjęcie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-2509218310408696509?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/2509218310408696509/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=2509218310408696509' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2509218310408696509'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2509218310408696509'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/07/rozne-foty_18.html' title='Różne foty'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SmH83hbjHQI/AAAAAAAAIfI/M9FpqhDgDVc/s72-c/P1090470.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-556998703744701746</id><published>2009-07-18T18:48:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:00:58.918+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Krótko, zwięźle i na temat - reportaż z miejsca zbrodni przeciw inteligencji i spostrzegawczości</title><content type='html'>Kiwi (lat 25):&lt;br /&gt;"Wiecie jak to jest z baba za kółkiem?&lt;br /&gt;No to ja dzisiaj wyszłam na taka, chociaż nie do końca za kółkiem, ale zdecydowanie w związku z motoryzacją."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Firma Tricomp/PSM posiada 2 toyoty rav 4. Jedna srebrna  - którą ostatnio buja się nasza bohaterka, bo jej zabrano land-cruisera, ponieważ niby przez rzeke ktoś codziennie przejeżdża, a pora deszczowa przyszła i rzeka zrobiła się duża i ravka sobie słabo radzi w charakterze amfibii. Druga ravka jest czarna i ma automatyczna skrzynie biegów, więc jeździ nią Ola (blondynka, lat 24), która jakies 2 tygodnie temu pierwszy raz w życiu usiadła za kółkiem. Jeździ automatem, bo tak łatwiej :-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- No i dzisiaj pojechaliśmy sobie (ja , Ola i Trawka), do City, żeby kupić dla mnie bilet do Dubaju (znowu tam lecę, tym razem najs hotel z basenem :P).- zwierza sie Kiwi, niefortunna bohaterka - Pojechalismy autem Oli, bo dziewczyna zafascynowala sie jazda autem po afrykanskich bezdrozach. Ola poszła wziąć te bilety, a ja i Trawa pojechaliśmy do naszego Super-Hiper-Mega marketu – JIT’a :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zakupieniu najbardziej niezbędnych w Afryce produktów (fajki, wino i maszynka do robienia frytek – sic!), bez ktorych przetrwanie w tych istnie spartańskich warunkach jest niemalze niemozliwe, Kiwi i Trawka (dobrze zbudowany mezczyzna lat 25)opuszczaja swiatynie konsumpcyjnej rozpusty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiwi, która miała kluczyki do auta, podchodzi do niego, otwiera drzwi od strony kierowcy, ale cos nie teges. Trawa na to w te słowa: &lt;br /&gt;- Z tej strony się nie otwiera! &lt;br /&gt;No tak, w Afryce jesteśmy, nie może być żeby wszystko działało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasza niestrudzona w walce z przeciwnosciami losu bohaterka podchodzi więc od strony pasażera, zamek dalej nie działa. Oboje kręcą, kombinują z kluczem – kupa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Zachodzę ravkę od tyłu, dobieram się do zamka w bagażniku. Ale ravka się nie poddaje, nie otwiera się. A w środku mój red-bull. No nie! Jak nie otworzymy auta do jesteśmy troszkę jakby – w pupie. - kwituje ze lzami w oczach bogu ducha winna dziewczyna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nagle pojawia się żołnierz z kałachem (czyli coś typowego w Sudanie – tak jak w Polsce spotyka sie białych ludzi na ulicach, tak w Sudanie spotyka sie żołnierzy z kałachami). No bo jacyś ludzie próbują dobrać się do auta, a że im nie wychodzi, to znaczy, że chcą ukraść. Tylko jakto? Biali chcą kraść auto? Coś się panu nie zgadza, więc zawczasu woła kolegów. Wszystko jasne – białym zepsuł się zamek w drzwiach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do akcji wkracza 4-osobowa drużyna „nie-białych” – tj. 3 murzynków i hindus sztuk 1.  Biegaja dokoła, huhają na klucz, polerują, próbują wyprostować, odprawiają czary wszelakie. Trzęsą autem i bujają, i tak przy każdych drzwiach z zamkiem. Pada nawet pytanie, czy klucz jest oryginalny, bo jakby był dorabiany, to wszystko byłoby jasne. Ale klucz jest oryginalny, wiec próby trwają i trwają. I NIC!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiwi (25)&lt;br /&gt;"Jesteśmy straceni! "&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trawa mówi: „!@#!@)!@#(*#$)!*@)$(!!!, Kiwi, coś ty zrobiła z tym zamkiem”…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skruszona Kiwi dzwoni do Krzysia – firmowego mechanika-magika. Klucz jednak przekazuje Trawie jednym sprytnym ruchem, żeby ten mógł się gimnastykować dalej, wszakże ruch to zdrowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiwi (długonoga szatynka o zielonych jak wiosna oczach):&lt;br /&gt;"Dzwonie do Krzysia, który już mi tłumaczy co robić, wsiadając do samochodu z zapasowym kluczem i zestawem narzędzi do awaryjnego otwierania wszystkiego – od konserw po ravki, już prawie trzaska drzwiami od swojego wozu, aż tu nagle słyszę:"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Kiwi, @#$#$%!@#$!@_$*%^*#$#9#@$(%#$##!!!!! Daj mi klucze od czarnej ravki a nie od srebrnej!” - rozdziera sie na cala okolice Trawka, ktory na szczescie mowi po Polsku, a tej mowy to tu nikt nie rozumie. Inaczej moglby zasiac powazne zgorszenie i trafic do pierdla.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiwi pada ze smiechu jak porażona gromem z jasnego nieba!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W skrócie: Kiwi miała 2 zestawy kluczy od ravek – i od srebrnej (przez przypadek) i od czarnej (którą akurat przyjechali), a że te od srebrnej jej się jakoś pierwsze wyjęły, to spędziła 15 minut z kolegą Trawą robiąc się na debili, żeby okazało się na koniec, że jak się włoży dobry klucz, to się otwiera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podpowiedź: Do każdych kluczy przypięty jest wisiorek z numerem rejestracyjnym samochodu – żeby się nie myliły!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziękuję za uwagę &lt;br /&gt;Informację wprost z Sudanu przekazala dla Panstwa Katarzyna Koleda-Zalewska, czy ktos :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-556998703744701746?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/556998703744701746/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=556998703744701746' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/556998703744701746'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/556998703744701746'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/07/krotko-zwiezle-i-na-temat-p.html' title='Krótko, zwięźle i na temat - reportaż z miejsca zbrodni przeciw inteligencji i spostrzegawczości'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-1725556584639358530</id><published>2009-07-08T11:12:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:11:24.158+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><title type='text'>PUSH TO FLUSH*</title><content type='html'>Odbywam doroczną rytualną całodzienną podróż do Afryki. W rok (bez 5 dni) po moim pierwszym afrykańskim odlocie, znów jestem w samolocie :-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem lecę pewna tego co zastanę, jak to będzie wyglądać i co chcę z tym zrobić. Lecę do znajomych, których już tam mam, do moich współpracowników. Lecę do mojego szefa… &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten rok przyniósł niemałe zmiany w moim życiu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skończył się najpoważniejszy w moim życiu związek. Zaczął się związek najbardziej skomplikowany. Zmienił się rozmiar moich spodni – na oszczędny :p Poznałam nowy sport (niedawno). Poznałam nowych ludzi. Poznałam zupełnie nowy, egzotyczny, pachnący mango i bananami smak życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I włosy mi urosły :-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy wylatywałam, w zeszłym roku, wiedziałam, że czeka mnie najważniejsza przygoda w moim życiu. Myślałam jednak początkowo, że owszem, odmieni ona moje życie, ale w najśmielszych i najbardziej szalonych snach nie przypuszczałam, że ta przygoda stanie się moim życiem. Stała się. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyjazd do Kenii to była całkiem szalona decyzja, ale to, co nastąpiło po powrocie z Kenii miało się okazać jeszcze bardziej szalone. Sudan – to miejsce powoduje, że wszystkich rodziców, dziadków i ciotków-pociotków przechodzą dreszcze. Miejsce, w którym jest wojna w Darfurze. Kraj, którego prezydent uznany jest przez świat zachodni (bo trybunał w Hadze to instytucja świata zachodniego –bez czarowania mi tutaj) za BANDYTĘ. No a do tego najbiedniejszy kraj na świecie. Najmniej rozwinięty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Juba przywitała mnie w grudniu upałem, uśmiechami ludźmi, z którymi później bardzo blisko współpracowałam. Przywitała mnie okrutnie drogą coca-colą i kurzem i pyłem i syfem i ONZ-em wszędzie :-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W styczniu (po przerwie bożo-narodzeniowo-sylwestrowej), przylatuję z powrotem, żeby tam żyć. Żeby tam mieszkać. Trochę to co innego niż przeświadczenie, że wpadłam na chwilę i zaraz spadam do domku, gdzie wszystko jest i o nic nie trzeba się martwić. &lt;br /&gt;Pamiętam styczeń jako ogień z nieba, walkę ze sobą, przyspieszoną naukę, upominania Jamesa, jeszcze szybszą naukę. Zmęczenie. Praca. Praca i jeszcze trochę pracy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nastąpił luty, nastąpił przełom. Odkryłam życie prywatne na nowo. Za sprawą imprezy Vivacell. Za sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności. Najważniejsze, że teraz mam do kogo się odezwać, z kim pójść na piwo lub na pizzę. Jest dobrze. Jest coraz lepiej.&lt;br /&gt;Zdarzają się co prawda momenty trudne, ale na szczęście coraz jest ich mniej i na coraz mniejszą skalę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właśnie przelatuję nad Południowym Sudanem, widzę chmury. Pora deszczowa zaczęła się na dobre. Ciekawe jak będzie to wyglądać z dołu… ale to dopiero jutro…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ależ mi się na wspominki zebrało…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem Kiwi, mam 25 lat, pochodzę z Polski, mieszkam w Sudanie. Moje serce skradła Afryka. Niestety ze względu na niewydolność służb prawa w większości krajów tego kontynentu, może się okazać, że moje serce pozostanie ukradzione i pozostanie w Afryce lub z Afryką na zawsze. Fajnie, bo mam taką swoją Mekkę, do której zawszę będę mogła pielgrzymować. Czy to we wspomnieniach, czy też fizycznie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnio usłyszałam, że moje życie zostawi ślad na ziemi. Odbije się w czerwonej lepkiej afrykańskiej ziemi. Wśród ludzi, którzy są skrajnym przeciwieństwem nas – zepsutych konsumpcją i rozpasaniem, różowych jak prosiaki białasów. Mam nadzieję tylko, że ten ślad, który zostawiam po sobie teraz w Sudanie, będzie jednym z wielu i któregoś pięknego dnia, będę mogła powiedzieć, że przyłożyłam moją białą łapę do rozwoju tego najbogatszego we wszystko i zarazem najbiedniejszego kontynentu. Fajnie byłoby, gdyby ten mój wkład był choć odrobinę znaczący.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to już przejaw próżności, prawda? Każdy chciałby być sławny i zarabiać miliony dolarów :-P Ja chwilowo mam swoją sławę i swoje prawie miliony. Pracuję jako Project Manager na największej budowie w Południowym Sudanie, w największej na tamtym rynku firmie budowlanej. Trochę nam brakuje do SKANSKA, ale pracujemy nad tym. Nie w jeden dzień Rzym zbudowano.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dodam jeszcze, że każdy powinien mieć w życiu pasję, jakieś pragnienie, marzenie, coś, co będzie go ciągnęło do przodu. Bez czegoś takiego życie nie ma smaku, celu ani znaczenia. Upływa dzień za dniem na robieniu rzeczy bez sensu, bez ciągu dalszego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja mam. Nie jest to może nic snobistycznego. Nie jestem malarzem czy pianistką. Nie umiem pobić rekordu świata w skoku o tyczce. Ale robię coś co daję mi siłę, odbierając ją czasem równocześnie. Walczę nie o kolejne auto, czy jeden metr mieszkania w Warszawie więcej. Nie pragnę kolejnych wczasów w Egipcie. Chciałabym, żeby ludzie na całym świecie mieli mniej więcej jednakowo. Wcale nie koniecznie aż tak jak w Europie, czy Stanach. Ale chociażby, żeby dzieci nie umierały z głodu (podczas gdy inne cierpią na chorobliwą otyłość) czy mogły nauczyć się czytać i pisać. Żeby kraj, w którym się rodzą nigdy nie był pułapką. No i może samej mi się tego nie da osiągnąć, ale czuję się fantastycznie wiedząc, że w moim życiu jest coś więcej niż tylko akumulacja dóbr i płodzenie potomstwa. Pięknie mi z tym. I pięknie się czuje. I uważam, że przez to staję się piękniejsza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdzieś kiedyś w mojej głowie pojawiło się afrykańskie ziarno, które zaczęło kiełkować. Nie pamiętam kto i nie pamiętam jak je zasiał. Pamiętam natomiast kto umożliwił temu ziarnu rosnąć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wdzięczna bardzo jestem niejakiej Marcie Miłkowskiej, która otworzyła przede mną te drzwi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i dziękuję rodzicom! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I milionom fanów na całym świecie :-P&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Napis w toalecie w samolocie oznaczający mniej więcej tyle, co „naciśnij, żeby spłukać”, ale fajnie brzmi po angielsku (coś jak: pusz tu flusz).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-1725556584639358530?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/1725556584639358530/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=1725556584639358530' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1725556584639358530'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1725556584639358530'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/07/push-to-flush.html' title='PUSH TO FLUSH*'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-2062568016954953440</id><published>2009-06-24T22:02:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:12:39.646+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Europa'/><title type='text'>Och męczące te weekendy w Polsce…</title><content type='html'>Wróciłam do Ziemi Przodków, na Ojcowiznę, do Polski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i nie za długo mi zajęło trafienie nad wodę, bo jakoś jestem spragniona wilgoci. Woda i ja to jak ujemne bieguny w magnesie. No nie ma innej opcji – nurkujemy :-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nurkowanie to najwyższa forma obcowania z wodą. Nie ma kolejnych stopni wtajemniczenia. Nie ma nic bardziej mokrego niż woda w czasie nurkowania. No nie ma i już!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechałam nad Jezioro Narty z ludkami z Underwater.pl (tu taka mała reklama – jak ktoś chce się zanurzyć, to z nimi, bo to ciekawa mieszanka ludzi… zapraszam na &lt;a href="http://www.underwater.pl"&gt;www.underwater.pl&lt;/a&gt; ). Dojechałam tam w piątek i męczący weekend rozpoczął się wraz z pierwszym drinkiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bo w Polsce to trzeba pić. Nie pić w Polsce to jak pojechać do Rzymu i nie widzieć Watykanu. Albo jak być w Alpach i nie jeździć na nartach. No po prostu, Polska wódka nie smakuje nigdzie tak dobrze. Żadna wódka nie smakuje nigdzie tak dobrze. A już smak Premium to na Mazurach. Szczególnie, że o smaku Premium przypomina poranny brak kaca. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem po imprezie kaca nie było – była za to epidemia malarii, bo wszystkich bardzo intensywnie bolały głowy. Poza mną :-) Ja wszakże uodporniona na malarię :-P&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechałam na Mazury po to, żeby pozażywać. Głównie wody, ale również powietrza, zieleni, ciszy, ptaków, drzew, chmur. Tej Polskości w czystej formie. I zażywałam ją intensywnie od momentu, w którym wyjechałam poza Warszawę i jadąc drogą nr 58 wprost do Szczytna jechałam pięknymi krętymi drogami, przez wsie i miasteczka i patrzyłam na tę Polską letnią zieleń. W deszczu. Krowy pasące się na łąkach, zboże, które już wyrosło po pas, po pachy. Na lasy, które po deszczu pięknie pachną, szczególnie te sosnowe. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polska mnie jakoś rozczula ostatnio. Potrafię się najzwyczajniej rozpłakać jadąc drogą pomiędzy dwoma szpalerami topól, widząc zielone łąki lub złote pola i lasy w oddali. Włącza mi się jakiś Weltschmertz czy inna przypadłość, na którą cierpieli znienawidzeni przeze mnie w liceum romantycy (w sensie, że poeci tego okresu). Ale teraz jakoś lepiej ich rozumiem, bo sama na takim niby wygnaniu, choć dobrowolnym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak zacznę pisać wierszem tutaj, to znaczy, że jestem Adam Mickiewicz i tylko patrzeć jak zejdę na gruźlicę…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mazury, jezioro, w którym raki nocą coś kombinują, okonie podpływają do nieruchomych nurków zaciekawione. Polska jest piękna. A jak ktoś nie wierzy, niech wyjedzie na parę miesięcy i potem wróci tutaj. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dodatkowo w docenieniu kraju pomaga to, że jestem absolutnie nie-na-bieżąco z polityką i ekonomią tego czcigodnego kraju, więc nic nie psuje mi tego sielankowego obrazu :-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale pojechałam. Miałam zanurkować 2 razy, nurkowałam 5 razy. I uprawnienia po drodze sobie podniosłam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i przeżyłam mojego pierwszego nocnego nurka. Ciekawe zjawisko. Śpiące ryby gdzieś na podwodnych łąkach, raki próbujące w tej ciszy odpracować cały dzień na nocną zmianę. I cisza…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Generalnie pod wodą jest dość cicho, ale w nocy ta cisza jest jakaś gęstsza. Bąble wydychanego powietrza są tak głośne jak tir przejeżdżający przed bramą Gumba o 6.00 rano. I płyniesz tak cichutko, żeby tych rybek nie pobudzić, oddychasz szeptem i nawet latarka szeptem świeci. Żeby ciszy nocnej w jeziorze nie zakłócać. Ciekawe zjawisko. Zupełnie inny nurek, z takim posmakiem tajemnicy, bo widzisz tylko tyle ile latarka pozwala Ci zobaczyć i nie wiesz czy ta czerń przed tobą to stok dna, toń jeziora, jakaś podwodna zielenina czy lokalny kuzyn potwora z Loch Ness. A jak masz wyobraźnię, to w ogóle masz dość intensywne wrażenia, bo w nocy w wodzie widać wszystko. Może być piękne to wszystko, albo nie koniecznie. A do tego musisz pamiętać, że jak się ekscytujesz, to hałasujesz bąblami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szkoda, że nie da się słowami opisać tego co czuć pod wodą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko to co dzieje się wokół ciebie czujesz wszystkimi zmysłami. No może poza węchem. Ale za to wzrok, dotyk, słuch. Wszystko to działa inaczej. A najciekawiej działa zmysł równowagi. Jak zamkniesz oczy i pozwolisz sobie swobodnie dryfować, to na bank w pewnym momencie stracisz poczucie, czy ty już głową w dół, w górę czy na bok. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nurkowanie jest jak latanie. Tylko lepsze, bo jest co oglądać pod wodą. A mnie na ten przykład ptaki nie fascynują zupełnie. Uważam je za raczej odrażające kreatury. Takie pierzaste śmierdziele srające na szyby samochodów. Co innego rybki. Rybki mają miliony kolorów, tysiące rozmiarów i w ogóle jest ich taka różnorodność, że szok. A oprócz rybek w wodzie są inne kreaturki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oprócz rybek w wodzie są nurkowie :-) Nurek to taki ssak, który z braku skrzeli nakupił towaru (na Okopowej ;-p ), założył te kilogramy ołowiu, butle, bajery, pianki i płetwy i wszedł do wody. I stał się czymś pomiędzy rybą a człowiekiem. Nurek to taka zmechanizowana forma syrenki. Nie auta, tylko takiego mitycznego czegoś – pół ryba – pół człowiek. Tylko biusty i torsy nurkowie mają pochowane :-)&lt;br /&gt;Nurek po wyjściu z wody traci swoją rybiość. Zaczyna powoli podsychać, aż wyschnie tak bardzo, że musi wejść pod wodę koniecznie raz jeszcze, żeby skorzystać z tego swojego drugiego ja, pozwolić swojej schizofrenicznej, drugiej, rybiej osobowości pobyć przez chwilę tą siłą wiodącą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tylko choroba psychiczna może bowiem zmusić do nurkowania w 14 stopniowej wodzie, 5 razy w ciągu weekendu, w niedoschniętym i lodowatym sprzęcie. I tylko choroba psychiczna może powodować, że czujesz RADOŚĆ po zmarznięciu na kość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podsumowując – chora psychicznie Kiwi  (której się wydaje czasem, że jest rybą) wzrusza się na widok pola pszenicy…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ktoś zna lekarstwo na  taką chorobę?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-2062568016954953440?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/2062568016954953440/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=2062568016954953440' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2062568016954953440'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2062568016954953440'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/06/och-meczace-te-weekendy-w-polsce.html' title='Och męczące te weekendy w Polsce…'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7052183663234520302</id><published>2009-06-18T17:51:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:01:38.523+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Etiopia'/><title type='text'>Afryka z historią</title><content type='html'>Nie było mnie tu dawno, bo chyba dawno mnie nic tak nie ruszyło. Albo znieczulona byłam.&lt;br /&gt;Napiszę najpierw o tym co mnie tak dotknęło, a potem opowiem wam o milionie innych przygód które w ostatnich czasach mi się przydarzyły.&lt;br /&gt;Co mnie tak rzuciło na kolana?&lt;br /&gt;Wylądowałam w pierwszym miejscu w Afryce, w którym czuć historię. W miejscu, w którym kiedyś było coś więcej niż kolonializm. W miejscu, w którym było coś co biały nazwałby prawdziwą afrykańską cywilizacją. &lt;br /&gt;Mimo, że auta które jeżdżą po ulicach tego miasta pamiętają pewnie jeszcze ostatniego cesarza (a jak nie, to niewiele im brakuje), mimo, że buduje się tu wielopiętrowe wieżowce, mimo, że mimo wszystko dominuje komunistyczna zabudowa w stylu późnego gierka, cała Addis Abeba oddycha jakoś inaczej niż Nairobi, niż Kampala. Oddycha po swojemu. Oddycha dumnie, bo ma coś czym inne kraje nie mogą się pochwalić. Etiopia i jej stolica ma swoją historię, ma swoją arystokrację, którą co prawda rewolucyjna zawierucha zmiotła i zrównała z innymi, ale ma coś czym może się pochwalić. Etiopia ma Hailie Selasie, ma to co on i jego ojciec zrobili – wybudowali szkoły i uniwersytet. Ma jeszcze dodatkowo wszystkie te pałace (które nie są wcale okazałe jak na możliwości europejskich starówek), w których dzisiaj mieszkają notable, ale ma to. Addis Abeba ma atmosferę. &lt;br /&gt;Etiopczycy mają dużo swoich rzeczy. Oczywiście poza krajem, historią i walutą. Mają język, który nie brzmi wcale znajomo. Nie jest mieszanką innych języków, albo jest taką mieszanką, że nic się z niej nie da wychwycić. Albo ja za mało oblatana jeszcze jestem. Poza językiem mają własny alfabet. Ciekawy, bo nie podobny do żadnego innego. Osobne literki nie wyglądające w żaden znajomy sposób. Etiopczycy mają też swój kalendarz, według niego jest jeszcze 2008 rok. Albo jeszcze gdzieś bardziej z tyłu. No i religię mają swoją. Kiedyś dawno dawno, jeszcze przed Lutrem i jego reformacją, jeszcze przed schizmą wschodnią (dla tych niewtajemniczonych – podziałem kościoła na katolicki i prawosławny), gdzieś tam w Etiopii wykiełkowała odmiana chrześcijaństwa, która daleko odjechała od pionu. Do tego stopnia, że Hailie był cesarzem synem boga Jaa, który jest bardzo bliskim krewnym boga Jahwe, który jak wszyscy wiemy jest tym czymś co my nazywamy po prostu Bogiem. Jednym słowem, Hailie Selasie jest w jakiś bardzo prosty sposób spokrewniony z Jezusem. A właściwie był. Wysoki poziom dyletanctwa przedstawiłam powyżej, ale cóż począć, nie jestem religioznawcą, a moje wywody oparte są na wiedzy, którą przedstawił mi bardzo miły pan Taksówkarz, którego imienia nie pomnę, mimo, że spędziłam z nim upojne 3 godziny jeżdżąc po mieście i robiąc zdjęcia. &lt;br /&gt;Etiopia jest niewątpliwie bardzo szczególnym miejscem. Miejscem, który ma smak. I nie jest to smak postkolonialnego socrealizmu czy nieudolnego kapitalizmu. Etiopia ma dumę. &lt;br /&gt;Kojarzycie tego lwa z płyt Boba Marleya? To jest symbol Hailie Selasie i jego rodziny, czyli symbol boga Jaa. Ten lew wygląda bardzo dumnie i spokojnie. Tak samo dumne i spokojne jest to miasto. Tak dumni są Etiopczycy. A ja jestem dumna z siebie, że chciało mi się ruszyć tyłek z lotniska i poświęcić czas oczekiwania na samolot do domu na wycieczkę po Addis.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7052183663234520302?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7052183663234520302/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7052183663234520302' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7052183663234520302'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7052183663234520302'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/06/afryka-z-historia.html' title='Afryka z historią'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-4600585226956894572</id><published>2009-03-31T01:12:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T17:12:39.646+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Europa'/><title type='text'>Podróż do domu</title><content type='html'>Wyruszyłam na spotkanie z moja dawną znajomą, Europą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piątek spędziłam w Nairobi. Wylądowałam tam o 11.00 absolutnie pozbawiona tych emocji, ze w Kenii jestem i to takie szczególne doświadczenie. Teraz Kenia jest takim przedsionkiem Europy (gdy lecisz w stronę domu), lub przedsmakiem Afryki (lecąc do Juby). Miasto, które wydawało mi się brudne, ze smogiem, strasznie nie poukładane i ogólnie nie fajne, nabrało nowych barw. Innych odcieni. Bo już nie jest absolutem. Straciło pozycje Afrykańskiego miasta na rzecz Juby. Teraz Nairobi jest mieszańcem. Bękartem ze związku Kenijczyków z Anglikami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nairobi tętni jakimś zupełnie innym rytmem niż Juba. Jeździ inaczej (a raczej stoi w korku), rozwija się inaczej (teraz to już nie przyrost ilościowy, zaczynam zauważać, że pojawia się dążenie do przyrostu jakościowego). Nairobi jest fajnym substytutem europy. Pomyślałby kto ? :P&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Nairobi jest wszystko. W Nairobi jest mięso i ser. Nairobi jest poza Afryką.&lt;br /&gt;Z Nairobi poleciałam do Amsterdamu, żeby w końcu zobaczyć to sławne miasto. Siedzę teraz w jakiejś ukrytej przed światem kawiarni i piję kawę z Kongo (nie da się uciec od fascynacji czarnym lądem, przepadłam…). Przyleciałam tu niemiłosiernie wcześnie rano. Zanim wyruszyłam w tournee po miescie, odprowadziłam mojego towarzysza podróży na samolot po uprzednim wypiciu Heinekena. W końcu bycie w Amsterdamie zobowiązuje.&lt;br /&gt;O 9.30 rozpoczęłam mój spacer po mieście. Zaczęłam od piekarni, w której przygotowują kanapki. Kawa, pełnoziarnisty chleb, twarożek, suszone pomidory i pasta z oliwek. Czy istnieje cos piękniejszego? MNIAM. Kocham Europę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć tak naprawdę kocham ją tylko za to jedzenie jak na chwilę obecną. Za łatwość dostępu do wszystkiego czego zapragniesz, że w końcu nie musze walczyć z jakąś obcą kosmiczną siłą, tylko się mogę kawy napić :) Nienawidzę jej za zimno, za deszcz, który mnie tu przywitał, za wiatr, za paskudną ponurą pochmurną pogodę. Nie lubię tego. Wole mój upalik +50 stopni niż -2 :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Amsterdam poza tym, że przywitał mnie deszczem (no nie miał dobrego wejścia chłopak), to jeszcze jest dzisiaj pełen Szkotów. W Europie bowiem gra się w piłkę nożną i ona budzi dziwne emocje oraz pragnienie podróżowania po świecie w kilcie (tu w przypadku Szkotów). I tak zamiast tych śmiesznych duńskich twarzy, tych wszystkich kolorów, gejów, mieszańców i dziwolągów, widzę tu wciąż i wszędzie różowe ryje wrzeszczących lub bulgocących śmiechem kolesi w skarpetach do kolan i spódniczkach w szkocką kratkę. No nie ukrywam, że lekko mi to mąci obraz. Ale trzeba wziąć głęboki oddech i uciekać od miejsc w których serwują piwo i jointy, bo to właśnie tu gromadzą się te urocze grupy. I tak zeszłam to miasto w kilku różnych kierunkach, marsz przez 4 godziny bez przerwy. Po dobrym śniadaniu (chleb!) wszystko jest do zrobienia. Teraz zawędrowałam w jakiś zaułek, ukryty przed Szkotami. Miejsce pachnące kawą i herbatą, w którym tę kawę i herbatę się sprzedaje, parzy, serwuje i pije z namaszczeniem. Bo kawa może być napojem, który się smakuje. Jak wino. Nauczyłam się tego w Jubie. Nie ma tam miejsca na smakowanie wina, ani innych frykasów. Ale kawę można zaparzyć, można napić się jej o poranku i dodać sobie sił, albo zrelaksować się, albo zapomnieć, albo powspominać przy niej. Kawa może mieć różne smaki. I ma. I uczę się poznawać je :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz w tym zaułku piję kawę z Kongo i uciekam przed Europą w Europie. Z jednej strony cieszę się, że już tu dotarłam, że tak blisko do domu. Ze są tu sklepy w których jest tyle żółtego sera, że można dostać zawrotu głowy.&lt;br /&gt;A z drugiej – jest zimno, nie ma walki, nie ma wyzwań, wszystko łatwo, wszyscy mili, czuję się bezpiecznie… to chyba nie jest  moje naturalne środowisko…&lt;br /&gt;Tak mi się apropos tego sera przypomniało. Nie przypuszczałam, że Holendrzy przykładają taką wagę do jedzenia. Tutaj miejsc w których serwuje się nietypowe w EU smakołyki jest pełno. Sklepy z serem i sklepy z wędlinami i mięsem (wyglądające z daleka jak luksusowe perfumerie) powaliły mnie na kolana. Holendrzy zyskali szacunek w moich oczach. Bo jak ktoś przyklada wagę do tego co je, to wie, że jest się tym co się je :) &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja jestem wołowiną, w związku z powyższym, bo w Jubie tylko to było dostępne. Ale jestem też ananasem i mango. I pomidorami i ziemniakami… &lt;br /&gt;Czas ruszać w dalszą podróż.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i przeszłam Amsterdam wzdłuż i wszerz. A przynajmniej centrum i to na tyle na ile starczyło mi nóg. Chodziłam tak do 16.30. zmęczyły się moje nogi bardzo.&lt;br /&gt;Byłam na pięknym ryneczku, taki targ na którym sprzedawane jest wszystko – mydło i powidło (dosłownie), ryby, bakalie, suszone owoce, mięso, warzywa, zioła i kwiaty. Holandia to przeciez kraj kwiatów. Przeszłam przez ten targ w jedną stronę i byłam tak zauroczona tym co zobaczyłam, że po prostu szłam i uśmiechałam się do tych kolorowych, czystych, pachnących straganów. Chciałam kupić kwiaty dla mamy, ale postanowiłam zrobić to w drodze powrotnej i był to błąd, bo w drodze powrotnej nie było już tych kwiatów. Takie życie. Kupiłam mamie tusz do rzęs :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po Afrykańskich targowiskach to co zobaczyłam mnie urzekło. Wszystko czyste, wszystko świeże, wszystko piękne. Jak z obrazka. Jak z filmu. I ludzie inni jacyś, jeszcze wszyscy na rowerach. No piękny romantyczny obrazek. Po przejściu przez ten rynek postanowiłam wejść do takiej zwyczajnej nie za pełnej włoskiej knajpki. Wyglądała na taką, w której ludzie po prostu jedzą, a nie turyści się przewalają. I tak rzeczywiście było. Przyszła jakaś para dziadków na pizzę, więc właściciel podszedł do nich, przywitał się, widocznie starzy znajomi. A potem cała obsługa jadła obiad razem przy jednym stole. Była 3 z minutami, więc czas najwyższy na obiad. Naprawdę super sprawa. No i właściciel, mały drobny ale z brzuszkiem – Włoch. Jego angielski zdradzał wszystko. Super miejsce, czuć taką włoską rodzinną atmosferę. Zjadłam sobie makaron, napiłam się stołowego winka w kolorze różowym a na deser spałaszowałam tirami su. I wtedy właśnie dotarło do mnie, że się odprężyłam, zrelaksowałam i w głębi duszy gdzieś jestem spokojna, uśmiechnięta i zadowolona. &lt;br /&gt;Szczęśliwa, bo do domu coraz bliżej… &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze tylko 2 i pół godziny do lądowania w Polsce.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-4600585226956894572?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/4600585226956894572/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=4600585226956894572' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4600585226956894572'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4600585226956894572'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/03/podroz-do-domu.html' title='Podróż do domu'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-469179453908703425</id><published>2009-03-23T00:41:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:44:02.328+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wewnętrznie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Mniammmm</title><content type='html'>Kiedyś dawno w Polsce lubiłam gotować…&lt;br /&gt;Teraz też zaczęłam to praktykować i karmię ludzi full wypas jedzeniem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/ScaxrsrUfsI/AAAAAAAAFe0/ku1ATZFqvOQ/s1600-h/DSC_1400.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/ScaxrsrUfsI/AAAAAAAAFe0/ku1ATZFqvOQ/s320/DSC_1400.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5316131774442798786" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To Nadir - już sie oblizuje :) Nadir użyczyl kuchni i zoladka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/Sca13K8cO1I/AAAAAAAAFfM/4jpqj-3fzho/s1600-h/DSC_1401.JPG"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 214px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/Sca13K8cO1I/AAAAAAAAFfM/4jpqj-3fzho/s320/DSC_1401.JPG" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5316136369592744786" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tu menu: cukinia, baklazan, marchewka, papryka, ziemniaczki, sos czosnkowy, salatka i baraninka :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;mniam&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-469179453908703425?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/469179453908703425/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=469179453908703425' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/469179453908703425'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/469179453908703425'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/03/mniammmm.html' title='Mniammmm'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/ScaxrsrUfsI/AAAAAAAAFe0/ku1ATZFqvOQ/s72-c/DSC_1400.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-2440290920298342391</id><published>2009-03-22T23:58:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.779+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Kiwi i ministrzy :P</title><content type='html'>Jak nie pisałam to przez miesiąc, a teraz jak mnie nagle wzięło to będę do was strzelać jak z kałasznikowa (który jest tutaj codziennością, ale o tym to już wam pisałam).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opiszę wam jak robię międzynarodową karierę polityczną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten mój projekt to podobno ważny jest, bo to dla kraju i to nowego i w ogole… No i co rusz to jakieś kartofle przyjeżdżają oglądać to co my tu wyrabiamy. &lt;br /&gt;*** &lt;br /&gt;w ogóle to zdjęcia na pikasie są, oto linki:&lt;br /&gt;&lt;a href="http://http://picasaweb.google.com/ekijewska/Kasiado20marca#/"&gt; częsc 1&lt;/a&gt; &lt;br /&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/ekijewska/Krzyska_do20marca#/"&gt; częsc 2&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/ekijewska/Od2102Do0703PartII#/"&gt; częsc 3&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/ekijewska/Od2102Do0703PartI#/"&gt; częsc 4&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;*** &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oprócz naszego ministra Giera, który pojawiał się już w naszej bajce i generalnie nie jest już dla nas żadną atrakcją, ostatnio do bandy ministrów doszedł jeszcze jego odpowiednik z Kenii. Ewidentnie inny kolo. Ale całkiem nie głupi. Przyjechał, posłuchał, pooglądał, pożartował sobie. Bardzo miło było. Stałam się mistrzynią w opowiadaniu czego my tu nie robimy na tej naszej budowie i jakiej finezyjnej technologii nie używamy. Jacy to my ogólnie przezajebiści jesteśmy, ale to nie trzeba długo się zastanawiać, bo przecież widać :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To był wtorek wieczór, dowiedziałam się wtedy, że w środę o 12.00 mam wygłosić prezentację na temat projektu. AAAAA!!! Całe szczęście, ze była prezentacja która była przygotowywana na przyjazd prezydenta, to miałam jakąś bazę, ale większość tego bla bla to była pełna improwizacja. I treeeema jak dawno. Dwóch ministrów, masa jakiś ważnych ICT (telekomunikacyjnych w sensie) bobków w Afryce, menadżerowie firm operatorów, wielkie sudańskie wydarzenie – a w nim Kiwunia, dziewczynka z nikąd mająca pojęcie o telekomunikacji takie jak żadne… no szał był. Potem był lunchyk, ściskanie dłoni, „och jak pięknie”, „och jak cudownie” i zaproszenie na kolacje z notablami, na której byłam jedyną białą osobą. Cieszyłam się odpowiednio dużym zainteresowaniem a z moją małomównością to w ogóle zrobiłam szał :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tym magicznym sposobem liczba afrykańskich notabli w mojej książce telefonicznej wzrosła o 50%. Teraz znam ich już 3 (nie 2), licząc tylko ministrów i prezydentów. Liczba ich przydupasów, których znam, wzrosła proporcjonalnie :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Życie jak w Madrycie, Kiwi tańczy na politycznym parkiecie…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-2440290920298342391?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/2440290920298342391/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=2440290920298342391' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2440290920298342391'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2440290920298342391'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/03/kiwi-i-ministrzy-p.html' title='Kiwi i ministrzy :P'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8991241228938650491</id><published>2009-03-21T16:38:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.780+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Miesiąc bez słowa…</title><content type='html'>Jak tak można popadać w wir pracy, żeby nie mieć czasu na to, żeby dać upust tym wszystkim słowom, które narodziły się w głowie mojej. &lt;br /&gt;Jak można myśleć ciągle tylko o tym, że nie ma stali, cementu, piasku, agregatu, generatorów, water tanków i innych rzeczy.&lt;br /&gt;Jak można nie umieć tak szybko liczyć, żeby objąć jakoś liczbę chwil i wydarzeń, które miały miejsce.&lt;br /&gt;Można, wystarczy przyjechać do Juby… Wystarczy stanąć tutaj na dwóch nogach (na jednej to zbyt niebezpiecznie lub zbyt asekuracyjnie) i zaczerpnąć tego narkotycznego powietrza. W  Jubie jest wszystko i nie ma niczego…&lt;br /&gt;To chyba najbardziej fascynujące miejsce w jakim do tej pory byłam.&lt;br /&gt;Juba to kontrast&lt;br /&gt;Z jednej strony setki ekspatów wysyłanych przez miedzynarodowe organizacje lub firmy do serca Nowego Sudanu, którzy mają kucharzy, sprzątaczki, praczki, tysiące dolarów, klimatyzacje, samochody i wystawne kolacje. No i życie dzięki temu całkiem wystawne. Daje to nieustający posmak wakacji.&lt;br /&gt;Z drugiej strony jest bieda, ludzie koczujący na ulicach, fruwające śmieci, syf, malaria, gruźlica, AIDS i inne paskudne choroby. Dzieci z wydętymi brzuszkami (pierwszy raz w życiu widziałam dziecko, które miało autentycznie puchlinę głodową, łzy w oczach się zbierają). Z tej strony wszystko co najpaskudniejsze w Afryce kumuluje się tutaj, jak wrzód…&lt;br /&gt;Ale idziemy do przodu, każdy coś buduje, kombinuje, rozwija, zatrudnia, szuka, znajduje, imigruje lub emigruje. Juba ewoluuje w oka mgnieniu. Rośnie, rozwija się, bogaci. Samochody na tutejszych drogach są godne pozazdroszczenia. W Polsce nie ma tylu luksusowych Land Cruiserów ile jest w Jubie.&lt;br /&gt;A ja w tym wszystkim, utaplana we wszystko po kolana… trochę zmęczona. Bo tutaj życie jest jak na ciągłej amfetaminie, 500 000 obrotów na minutę, a wszystko to na częściowo jałowym biegu. Więc ty pchasz i pchasz do przodu, a to i tak w miejscu stoi lub porusza się wolniej. To znaczy wysiłek, żeby coś tu zmienić jest kilka tysięcy większy niż w Europie. Ten amfetaminowy high uzależnia, wciąga, nie pozwala Ci nawet pomyśleć o tym, że miałabyś dobrowolnie z tego zrezygnować. Nie ma szansy, trzeba chłonąć tę kosmiczną energię, bo drugiego takiego miejsca nie ma. Tutaj właśnie ma się wrażenie, że tworzy się państwo od zera. Od kamienia. A trzeba w kilka miesięcy z prehistorii przeskoczyć do 21 wieku… piękne wyzwanie…&lt;br /&gt;Oczywiście psioczę każdego dnia, budzę się rano mówiąc sobie „no k*, kolejny dzien w piekle przede mną”. Ale to miejsce jest dla mnie wielką lekcją.&lt;br /&gt;Czuję się jak w matrixie. Jak Neo miał zainstalowane kung-fu w mózgu i już umiał. Tutaj wszystkiego człowiek uczy się własnie w takim tempie. Wiedza przyrasta z dnia na dzien o setki procent. Rozwijają się umiejętności, rozpościerają się skrzydła w zakresie finezji relacji międzyludzkich. Piękne psychologiczne studium. Ludzie zamknięci w pięknym piekle, każdy nienawidzi tego miejsca, każdy to miejsce kocha na swój sposób.&lt;br /&gt;Można uczyć się wiele lat, można uczyć się bardzo systematycznie. Można też rzucić się na głęboką wodę i w wieku 25 lat zarządzać projektem w którym bierze udział 80 osób różnych narodowości i profesji. Z czego w tych 80 osobach 78 to starsi ode mnie mężczyźni budowlańcy. Już niczego się nie boje :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Wiecie jak to jest wypocić całą wodę z organizmu, tak że nawet oczy są suche? Tańczcie 6 godzin w Jubie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8991241228938650491?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8991241228938650491/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8991241228938650491' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8991241228938650491'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8991241228938650491'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/03/miesiac-bez-sowa.html' title='Miesiąc bez słowa…'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8928857929309125933</id><published>2009-02-17T09:27:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.780+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>W Jubie jest życie wieczorne… a nawet nocne!</title><content type='html'>Odkryłam to co prawda dopiero w ubiegłą sobotę, ale odkryłam to z taką siłą, że hoho!&lt;br /&gt;W Walentynki zostałam zaproszona (razem z Olka Florys), na bankiet – otwarcie nowej sieci komórkowej – Vivacell. No impreza jak ta lala. Dużo politycznego pieprzenia, cała masa bzdur, ale za to dobre jedzonko, duuuuuużo białego wina i całe stado różnych expatów lokalnych, którzy kochają białe kobiety. I tym pięknym sposobem mój fanklub rozrósł się do rozmiarów mojego ego. Albo jest zbliżony :)&lt;br /&gt;I tak mnie naszło po tym wszystkim – jak to pięknie być białą kobietą w Afryce. Nie ma tutaj takiej opcji, że nie da się rozwiązać jakiegoś problemu przy użyciu trzepotania rzęsami. Oni wszyscy tutaj lecą do białych kobiet jak muchy do miodu. Wszyscy pragną mieć kogoś takiego blisko siebie, żeby pochwalić się kolegom, znajomym, żeby się samemu trochę wybielić. To w przypadku tych „czarnych” i „ciemniejszych intelektualnie”. Dla bielszych skórą lub mentalnością biała kobieta to taki egzemplarz, z którym można porozmawiać, nie beka przy jedzeniu, nie czai się i nie trzeba zapłacić 300 sztuk rogatego bydła, żeby uważać ją za swoją. To całkiem fajne rozwiązanie :) dość ekonomiczne. Tylko ma taki defekt, że nie jest bezwarunkowo posłuszna, nie uważa że chwyciła boga za nogi i co wieczór nie składa dziękczynnych pokłonów za bycie posiadaną przez jakiegoś mężczyznę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tyle tytułem wtorkowo-porannego pitu-pitu :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8928857929309125933?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8928857929309125933/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8928857929309125933' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8928857929309125933'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8928857929309125933'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/02/w-jubie-jest-zycie-wieczorne-nawet.html' title='W Jubie jest życie wieczorne… a nawet nocne!'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-5275806587722037954</id><published>2009-02-11T17:18:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.780+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Na lunch - Injira</title><content type='html'>&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SZLeP7cSUqI/AAAAAAAAEGI/-MP_7YTvvR4/s1600-h/DSC_0578.JPG'&gt;&lt;img src='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SZLeP7cSUqI/AAAAAAAAEGI/-MP_7YTvvR4/s320/DSC_0578.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='text-align:center;margin:0px auto 10px;'&gt;&lt;a href='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SZLhCSFZj4I/AAAAAAAAEGQ/mC1GfhdzWNY/s1600-h/DSC_0576.JPG'&gt;&lt;img src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SZLhCSFZj4I/AAAAAAAAEGQ/mC1GfhdzWNY/s320/DSC_0576.JPG' border='0' alt='' /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style='clear:both; text-align:CENTER'&gt;&lt;a href='http://picasa.google.com/blogger/' target='ext'&gt;&lt;img src='http://photos1.blogger.com/pbp.gif' alt='Posted by Picasa' style='border: 0px none ; padding: 0px; background: transparent none repeat scroll 0% 50%; -moz-background-clip: initial; -moz-background-origin: initial; -moz-background-inline-policy: initial;' align='middle' border='0' /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ramach zwiedzania Juby oraz zdrowego odzywiania się - jemy lunche :) Dzisiaj przyjemna wizyta w nieznanym mi z nazwy miejscu, w którym leciala mzungu-music i dawali Etiopskie jedzenie. Mniam...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-5275806587722037954?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/5275806587722037954/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=5275806587722037954' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5275806587722037954'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5275806587722037954'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/02/na-lunch-injira.html' title='Na lunch - Injira'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SZLeP7cSUqI/AAAAAAAAEGI/-MP_7YTvvR4/s72-c/DSC_0578.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7707503085807316278</id><published>2009-02-09T22:05:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.781+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>6 km do Konga</title><content type='html'>Drodzy czytelnicy mojego bloga,&lt;br /&gt;Bardzo chciałam napisać wam, jaką to wspaniałą podróż do Yei odbyłam w zeszłym tygodniu, ale ze względu na tzw „zajeb” roboty, nie miałam do tej pory czasu. Teraz pewnie też bym nie miała, bo jest już 21:30 a o tej porze to grzeczne dziewczynki zazwyczaj spią, po tym jak przeharowały 13-14 godzin z ich dnia :) taki to już smutny lajf :P&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale podróż-wycieczka była naprawde fajnym sposobem oderwania się od Jubowej codzienności. Przede wszystkim dlatego, że nie trzeba było walczyć z przeciwnościami losu, jak to jest zazwyczaj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyruszyliśmy z Juby w środę, o godzinie 8:30. Przed nami zaledwie 100 mil drogi, czyli mniej wiecej 160km. W sumie nie daleko. Ale przecież wszyscy już wiemy, że odległości tutaj liczy się nie w kilometrach a w godzinach. Bo to przecież Afryka jest. Tym magicznym sposobem Yei jest dużo dalej od Juby, niż Kraków od Warszawy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdążyliśmy wyjechać za miasto (pomijam fakt, że zajęło nam to godzinę, bo to jeszcze tu podjechać, coś tam załatwić, a do tego korki [sic!] – bo to w koncu stolica jest, wiec i korki muszą być jak na stolicę przystało), pokonaliśmy jakieś 5 kilometrów, a tu przed nami tzw. Akuku! Rozminowywanie drogi. Trzeba czekać. &lt;br /&gt;Z tym rozminowywaniem to oczywiście jest tak, że ta właściwa drogowa droga już została rozminowana, albo to przez organizacje, które się tym zajmują, albo w najgorszym przypadku przez przygodnych rozminowywaczy. Teraz natomiast co jakiś czas stawia się tablice, że rozminowywać mogą tylko osoby upoważnione, w związku z czym lepiej nie zjeżdżać z drogi. Bo można co najmniej stracić nóżkę… No i stoimy tak z pół godziny w naszym wozie strażackim (bo czerwonym), czekamy aż człowiek operujący tą wielką machiną do pożerania min, skończy swoje zadanie i będziemy mogli spokojnie przejechać. Miny są bowiem tak blisko drogi czasem, że nie bardzo można pozwolić samochodom jeździć w czasie procederu znikania miny. Niech by się bowiem taka mina zdecydowała wybuchnąć. Można by było stracić oczko…&lt;br /&gt;W końcu człowiek-mina dał znać człowiekowi szlabanowi, że czas przeciąć wstęgę i puścić tę rzeszę biedaków w dalszą drogę. Była już jakaś 11 chyba :)&lt;br /&gt;Dodam jeszcze, że przez dłuższy czas naszej podróży chciało mi się siku. Oczywiście czegoś takiego jak zajazd przydrożny nie uraczysz (w ogóle na odcinku 160 km – dwie wsie), a jak tu się zatrzymać i pójść w las, jak tam miny… No słabo! W końcu jednak znaleźliśmy miejsce odpowiednie. Był zakręt i kamień i Maurice (nasz pracownik, Sudańczyk z Yei własnie) stal po drugiej stronie drogi a ja sikałam na jezdnię. Bo przecież w pole mi nowe nie będę wchodzić… Jakoś się przywiązałam do moich kończyn.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem czekała nas jeszcze dluga wyboista droga. Tzn krótka, bo zaledwie 25 mil, ale za to trwała jakies 2-3 godziny. Dyskoteka, jak to James określił. Jazda z tak zawrotną prędkością, że nawet się wskazówka prędkościomierza nie podnosi. Wolniej to już chyba tylko L-ki jeżdżą :) &lt;br /&gt;Natomiast za jakąś górą i za jakimś krzakiem, za mostkiem, czekało to lepsze, to równiejsze. Droga – tzw. Marram grade II. Znaczy że droga bita 2 kategorii. Ale 80 km/h można pruć. Tak pruliśmy, że już koło 14:30, czyli zaledwie po 6 godzinach, byliśmy w Yei. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A w ogóle to do Yei pojechaliśmy obadać drewno, które do Juby przywozi się właśnie stamtąd. W związku z powyższym spotkaliśmy się w centralnym punkcie Yei z naszym przyszłym-niedoszłym dostawcą, aby pojechać na drewniane zakupy. I pojechaliśmy. Drogą do Kongo. Yei leży bowiem 18 mil od granicy z Kongo. Przyjeżdżają do tego miasta ludzie, którzy mieszkają z drugiej strony granicy, ale ponieważ w tym pieknym kraju kongijskim są tylko wojny, o drogach nikt nie słyszał, to łatwiej przedostać się do sąsiedniego państwa, niż szukać jakiejś większej mieściny gdzieś z drugiej strony dżungli. Bo jeść przecież coś trzeba, i nie tylko kore z drzewa.&lt;br /&gt;No więc jedziemy po to drewno, prawdziwym Congo-Highway (zdjęcia na pikasie), przejeżdżamy przez wielgachne koleiny pełne wody, samochód ubłocony aż po progi, wielkie ciężkie Prado 4x4 a wozi nim w tym błocie jak maluchem na lodzie. No ale brniemy dalej, napotykamy takie ciężarówki, które sprawiają wrażenie absurdalnych. Bo widział ktoś takiego tira z Polskich dróg, z naczepą pełną drewna, żeby po takich dziurskach. Czizas, masz wrażenie, że coś się zaraz złamie albo przewróci i będzie katastrofa. Ale to oczywiście strach w oczach Białasów, bo ta droga po stronie Sudańskiej to jest autostrada, a tam w Kongu, skąd ten tir brał to drzewo nie ma nawet takiej drogi. Zamiast mostów wielkie drewniane bale, które ustawia się odpowiednio do rozstawu kół, i niczym podczas spaceru po linie, przejeżdża się przez jakąś szumiącą w dole rzeczkę. Pychota.&lt;br /&gt;Dojechaliśmy w końcu do nikąd, więc nasz dostawca mówi: tutaj zgarniamy kolesia i troche zjedziemy z głównej drogi, żeby zgarnąć to drewno. &lt;br /&gt;Już sama główna droga powoduje we mnie lekkie obawy o finalny stan aut (oprócz Toyoty jedzie z nami Isuzu dostawcze, ten nie ma napędu na 4 i ogólnie to nim jechać bym nie chciała, klimy nie ma :P), a pomysł zjeżdżania z niej napawa mnie lękiem. No ale jak mus to mus, jedziemy dalej, w bok. Równolegle do granicy. Po pół godziny jesteśmy 300m dalej, bo jakiś delikwent biegnie przed nami i wycina drzewka rosnące nam na drodze. W końcu Kiwi się denerwuje. Jest już 17, za 2 godziny będzie ciemno, a tu drewna nie ma. Jest dużo drzew, ale to jakby co innego. No to zawracamy. Zawracamy i jak na złość momentalnie łapiemy gumę. Ale nie, że taką normalną. W naszych bezdętkowych oponach toyotowych, które wyglądają pół-pancernie, jest dziura nie w bieżniku, a w boku koła. I to nie taka dziurka tsssss, tylko dziursko, że pięść można włożyć do środka. &lt;br /&gt;Robi nam się ciepło… Wracamy bez dwóch zdań, powoli, ostrożnie, bo zostać w nocy w lesie, tuż obok granicy państwa, w którym jest wojna, na terenie państwa, w którym wojna dopiero co się skończyła, mając białego-świecącego pasażera na pokładzie, to lekko mówiąc samobójstwo.&lt;br /&gt;Udaje nam się przed 20;00 dotrzeć z powrotem do Yei. Oczywiście na pokładzie nie mamy nawet zapałki, więc wkurwienie me sięga zenitu. Pytam kolesia, czy może nas jutro o 7 zabrac w jakieś bardziej cywilizowane miejsce, on oczywiście obiecuje, że tak zrobi. Oczywiście jak na Afrykańczyka przystało, nie pojawia się wcale rano, telefon ma wyłączony i ogólnie ma nas w dupie. My z resztą w tej dupie jesteśmy. Albo w innej, ale w dupie :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest 20:00, jest ciemno, jesteśmy w Yei. Nie jest to jakoś szczególnie turystycznie rozwinięte miasteczko, więc szukamy jakiegoś noclegu. Całe szczęście, że w co drugiej dziurze w Sudanie jest albo był ONZ, USAID albo jakiś inny pomocnik zza oceanów, który wybudował camp dla swoich agentów, przysłał ich tu, żeby rozruszali troche towarzystwo, a potem zwinął agentów kolory białego, zostawiając czarnuszków, wzmocnionych, przeszkolonych liderów.&lt;br /&gt;W związku z powyższym trafiamy do campu Norwegian People’s Aid, który ma swój compound w Yei. Okazuje się, że świetnie trafiamy, bo dostaję najwygodniejsze łóżko jakie miałam możliwość kłaść pod sobą odkąd przekroczyłam granice tego pięknego kraju. Full wypas podwójne wyro, z grubym, nowiutkim, nie wygniecionym materacem, do tego BAWEŁNIANE prześcieradło (nie sztucznizna) na spód i na wierzch, a na to wszystko – moskitiera, jak bita śmietana w deserze.&lt;br /&gt;No to nocleg już jest, teraz opona. Znajdujemy takie miejsce, które jest warsztatem samochodowym, wulkanizacją i innymi podobnymi naraz. Plac podarowany przez rząd dzieciakom, które walczyły w czasie wojny w tzw. Red Army (jakieś dziwne skojarzenia mnie naszły jak to usłyszałam), czyli w armi dziecięcej. Ci to właśnie skrzywdzeni przez wojnę w sposób psychiczny lub fizyczny panowie prowadza warsztat. 24h, bo mieszkaja na tym samym placu. Jesteśmy mega szczęściarzami, bo okazuje się, że był tu ostatnio ktos z takim samym autem i chłopakom udalo się pozyskać jego zapasowe koło. Więc okazyjnie kupujemy je za 180 SDG, czyli 90 USD (hmmm….), pompujemy, zakladamy i spadamy.&lt;br /&gt;Teraz już tylko jedzenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W każdej nawet najbardziej zapadłej dziurze jest knajpa, bo przeciez gdzies starszyzna się musi spotykać przy piwku. Całe szczęście Yei nie jest tak zapadłe bardzo. Knajp jest kilka, w tym ta jedna do której się wybraliśmy. Pojęcia nie mam bladego, czy ma to jakąś nazwę. Ale żarcie serwują paskudne. Natomiast piwko mają zimne, więc po jednym bach i zjazd do wyra, na to wielkie wygodne łóżko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czwartek zaczał się o 6:55, oczywiście naszego delikwenta nie ma, więc czym prędzej zmieniamy kurs i walimy prosto do kolesia, który ma swój drewniany skład na podwórku. Bogaty egzemplarz – ma murowany dom! Przyjeżdżamy akurat w momencie, gdy pan właściciel myje zęby, ale przecież nie szkodzi to w ubijaniu interesu. Z resztą na to mycie zębów patrzę z zazdrością, bo przecież szczoteczki nie wzięłam.&lt;br /&gt;Kupujemy drewno, wrzucamy na Isuzu i HEJA do domku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dodam tylko, że drewno to potrzebne było na budowę. Głównie do robienia szalunków. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kupiliśmy mahoń, bo był tańszy niż sosna. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak ktoś mi powie, że ma mahoniowe drzwi, to ja mu powiem, że ja mam mahoniowe szalunki, a co!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7707503085807316278?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7707503085807316278/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7707503085807316278' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7707503085807316278'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7707503085807316278'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/02/6-km-do-konga.html' title='6 km do Konga'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6288571308921909091</id><published>2009-02-06T16:22:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.781+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Zdjęcia z wyprawy do Yei</title><content type='html'>Proszę bardzo - oto foto. Już jutro relacja slowna :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/ekijewska/RoadToYei#/"&gt;Wyprawa do Yei&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wasza Kiwi Sudańska&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6288571308921909091?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6288571308921909091/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6288571308921909091' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6288571308921909091'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6288571308921909091'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/02/zdjecia-z-wyprawy-do-yei.html' title='Zdjęcia z wyprawy do Yei'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6806742978152676090</id><published>2009-02-03T15:49:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.781+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Foty-Juboloty</title><content type='html'>Oto foty - autorstwa Oli Florys&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/ekijewska/NaszSajtAtNajt#/"&gt;Nasz Sajt Nocą&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/ekijewska/PresidentSVisitPartI#/"&gt; Wizyta Prezydenta&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.com/ekijewska/NiedzieleWJubie#/"&gt;Niedziele w Jubie&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6806742978152676090?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6806742978152676090/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6806742978152676090' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6806742978152676090'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6806742978152676090'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/02/foty-juboloty.html' title='Foty-Juboloty'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7655024091538014665</id><published>2009-02-02T18:30:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.782+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Sudańskie Przygody z Notablami – cz. II</title><content type='html'>W sobotę 31.01.2009 naszą cudownie wspaniałą budowę odwiedził sam Prezydent Południowego Sudanu, którego imienia nie pomnę. W związku z jego przyjazdem odbyła się cała wielka szopka.&lt;br /&gt;Po pierwsze – w piątek wymieniliśmy cały płot, postawiliśmy jadalnie, wysprzątaliśmy wszystkie śmieci, wyrównaliśmy ziemię w wykopie, obwiedliśmy go czerwono-białą taśmą i gdyby tylko na naszym placu rosła trawa, to prawdopodobnie pomalowana zostałaby na zielono.&lt;br /&gt;Po drugie – na tę okoliczność kupiony został byk, został on również zaszlachtowany w tradycyjny sposób (wyglądało to tragicznie, krew się lała), pan prezydent zgodnie z tradycją przeskoczył nad bykiem i ogólna radocha była. W ciągu 30 minut byk został rozdany pomiędzy uczestników imprezy i nam przypadły w udziale żeberka :) Nasz plac budowy został oflagowany, pracownicy zostali zaopatrzeni w małe papierowe flagi, i wszyscy machali nimi na prawo i lewo (a tak ogólnie to wywieszałam flagi z Ola Florys, takie duuuze, do wieszania na płocie, no i jakoś się tak zdarzyło, że powiesiło się ją nam do góry nogami, na szczęście przyszedł jeden z żołnierzy, którzy pełnią u nas na placu rolę ochrony i powiedział nam, że zrobiłyśmy wielkie fondue, więc czym prędzej zrobiłyśmy rotację i tadam!)&lt;br /&gt;Po trzecie – po przesiedzeniu całej nocy w biurze w celu wydrukowania folderów dla pana prezia i jego koleżków z parlamentu, przespaniu aż całej jednej godziny, wróciłam do biura, żeby przygotować salę konferencyjną do wizyty prezydenta i rzutnik z laptopem do prezentacji, którą miał popełnić James. 10 minut przed przyjazdem prezydenta do ministerstwa (jego teraźniejszej siedziby, w której mieści się również nasze biuro), wsiadłam w furke i z prędkością światła pomknęłam do Gumbo, żeby się umyć, przebrać i zamalować worki pod oczami. Padałam na ryj, ale jak się cała banda notabli zjechała, to szczerzyłam się jak głupia i mądrzyłam się jak to ja potrafię najmądrzej. Podobno nawet w miarę wiarygodnie wypadłam. Najlepsze było jak mówiłam o Gateway-u (to są takie dwa wielkie kontenery pełne światełek, które powodują, że ludzie mogą gadać przez komórki i korzystać z Internetu), o którym pojęcie mam mętne, a gadałam tak mądrze, że szczęka z zawiasów wypada.&lt;br /&gt;Po czwarte – zaprosiłam całe to gogusiowate towarzystwo na poczęstuneczek do naszego skromnego oboziku. Ja cię sunę, jakie bydło. Wyglądało to tak jakby oni nigdy wcześniej nie widzieli owoców, ciastek czy napojów. Koszmarrrrr! &lt;br /&gt;Po tym wszystkim dostałam milion gratulacji, podziękowań, poklepywań po ramieniu i uścisków dłoni. Wszyscy mi mówili, że było zajebiście i ą ę. Nawet dostałam dzięki od J.O. (czyli szefuńcia).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdjęcia wrzucę nawet na picasse. Tak zajebiście było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. ZNAM JEDNEGO PREZYDENTA OSOBISCIE, WOW!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7655024091538014665?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7655024091538014665/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7655024091538014665' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7655024091538014665'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7655024091538014665'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/02/sudanskie-przygody-z-notablami-cz-ii.html' title='Sudańskie Przygody z Notablami – cz. II'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-5173432162247954202</id><published>2009-02-02T18:28:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.782+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Sudańskie Przygody z Notablami – cz. I</title><content type='html'>Jak zapewne wiecie, nasz czcigodny projekt, to projekt rządowy. Minister Telekomunikacji i Poczty wymyślił sobie Gateway i nowe biuro i takim to magicznym sposobem znalazłam się na drugim końcu świata.&lt;br /&gt;His Excellency Major General Gier Chuang Aluong – w skrócie Mister Minister to jak sama nazwa wskazuje żołnierz, generał, który w czasie wojny Afrykańczycy – Arabowie zakończonej remisem (0:0) zwanym Comprehensive Peace Agreement (w skrócie CPA) zajmował się łącznością i w 1984 rozpracował wielką libijską radiostację, dzięki której arabowie łączyli się między sobą i uzyskiwał potajemnie informacje o planach wroga. Taki odpowiednik tych kolesi od Enigmy. Poza tym ładnych parę lat spędził w Londynie, gdzie jego rodzina zbiegła, żeby nie zginąć od jakiejś pędzącej w niewiadomym kierunku kulki. Ogólnie koleś jest elegancja Francja, całkiem bystry, sprytny i kumaty. A do tego gadżeciarz. Mister Minister ma 7 telefonów (w tym 3 różne Blackberry i iPhone’a), Toyotę Land Cruisera nówkę sztukę i trzech żołnierzy ochroniarzy, zawsze uzbrojonych w kałacha.&lt;br /&gt;Gier zaprosił mnie kiedyś do siebie na kolacje, na której była cała masa innych ministrów i posłów-osłów, żeby się pochwalić, jaka to Pani Kiwi buduje mu nowe biuro. Pani Kiwi została nazwana przez niego Iron Lady (i ma nadzieje, że nie będzie z nią jak z Margaret Thatcher i nie będzie musiała się martwić o strajkujących górników) i robiła ogólny szał na imprezie. Ale to nie impreza sama w sobie stanowiła tzw. Klu.&lt;br /&gt;Czułam się jak kopciuszek troche, jak przyjechał po mnie rządowy samochód z przyciemnianymi szybami, z 2 żołnierzami w środku, zawiózł mnie do domu Giera. Żołnierz-nie-kierowca po przyjeździe wysiadł z auta i zakomunikował, że przyjechał po Madam Project Manager, po czym zapytał mnie czy jestem gotowa, otworzył mi drzwi z tyłu za pasażerem (jak to protokół dyplomatyczny przewiduje), zamknął drzwi i powiózł w siną dal. Przez te przyciemniane szyby na ulicach nie oświetlonej niczym Juby, widziałam przysłowiowe NIC i szczerze powiedziawszy do dzisiaj się zastanawiam gdzie ja dokładnie byłam. No ale byłam, dojechałam, opiłam się czerwonego wina, pogadałam sobie o pierdołach i w dokładnie taki sam kopciuszkowi sposób wróciłam do naszego cudownego GUMBO.&lt;br /&gt;Dodam jeszcze, że ubrałam się najładniej jak mogłam i jak już tam dotarłam, to okazało się że wyglądam jak dziad, bo cała reszta zaopatruje się w ubrania u Hugo Bossa, Armaniego i ich kolegów. Całe szczęście, że skórę mam białą, to jakoś mi to uszło płazem. Ale obciach lekki był.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-5173432162247954202?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/5173432162247954202/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=5173432162247954202' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5173432162247954202'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5173432162247954202'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/02/sudanskie-przygody-z-notablami-cz-i.html' title='Sudańskie Przygody z Notablami – cz. I'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6844678060482904926</id><published>2009-01-27T15:14:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.783+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Jak to tutaj jest...</title><content type='html'>W Sudanie jest strasznie inaczej. Biedniej niż w Kenii, drożej, gorecej, straszniej. Na ulicach spotykasz zolnierzy groźnie spogladajacych spod swoich czerwonych beretów, często uzbrojonych w najpopularniejszy karabin świata - AK-47 (nawiasem mowiac, Rosjanie sprzedają to lepiej niż USA coca-cole, tutaj Kalacha ma prawie każdy, a na czarny słodki napój stać tylko niektórych).&lt;br /&gt;Generalnie widać, ze to kraj, który raptem 4 lata temu przestał walczyć, którego od niedawna nie obowiązuje embargo na wszystko, kraj jak wielki odkurzacz, zasysajacy wszystko co można z przyjaznych krajów osciennych (Kenia, Uganda). Bo tutaj wszystko jest z importu. Każda jedna rzecz, która nie może powstać w podrzednym warsztaciku skleconym z trawy i bambusa, musi być przywieziona do Sudanu. Dojeżdża tu drogą, prawdziwym afrykańskim high-wayem, który jest bardziej dziurawy niż sitko. Choć właściwie ciężko stwierdzić ze jest dziurawy. Musiałoby to oznaczać, ze jest jakaś płaszczyzna która została podziurawiona, a tutaj nie do końca tak jest. Tu za autostradę do Kenii i Ugandy robi trochę poszerzona lepiej ubitą polna droga, która w czasie pory deszczowej przypomina raczej rzekę Jangcy (płynące błoto). Tymi właśnie szlakami do Juby, czyli stolicy Poludniowego Sudanu, dociera wszystko - pomarancze, ananasy, ziemniaki jak również ryby (mimo, ze Nil jest pełen tego towaru także i tutaj). A wszystko to dlatego, ze przez ostatnie 60 lat wszyscy wychodzili z założenia, ze nie ma sie co osiedlać, rozpoczynać upraw, rozkręcać biznesów, bo zaraz armia wpadnie na pomysł żeby Cie opodatkować albo zamknąć Ci ten biznes. A w dodatku w taki sposób, w jaki armia w czasie wojny lubi najbardziej, bez względu jaka to armia, południowa czy północna. Obie potrzebują pieniędzy.&lt;br /&gt;Z tymi rybami to jeszcze jest tak, ze Polnoc, czyli Sudan Wlasciwy, sprzedał jakiejś egipskiej firmie licencję na połów ryb właśnie w tych okolicach i tylko oni mogą odlawiac hurtowe ilości. Oczywiście tego nie robią, bo pewnie sie nie opłaca, ryzyko za duże, rynek za mały albo jeszcze coś tam, więc ryby przyjeżdżają z Ugandy. Dodam tylko, ze Jube i Ugande dzielą trzy dni drogi a temperatura za dnia tutaj to jakieś 40 stopni. Smacznego!!&lt;br /&gt;No i właśnie dlatego Sudan jes odkurzaczem. Zasysa wszystko. Zassal i mnie.&lt;br /&gt;Nie jest to może idealne miejsce do tego żeby żyć, zakładać rodzinę i chodzić do parku na niedzielne spacery z psem, ale Sudan to żywioł. To czysty wzrost ekonomiczny, szał budowania, powstawania i tworzenia. Tutaj wszystko rośnie. Pojawia sie z dnia na dzień. Szaleństwo.&lt;br /&gt;Jedziesz sobie taka drogą do nikąd i wystarczy ze powiesz stop, wyjmiesz parę dolarów i postanowisz rozkręcić biznes - sukces masz murowany! Jest to generalna zasada sprawdzającą się nie tylko tutaj, ale tu widać ze ta ziemia wola o kapitał, o inwestycje, o to żeby ktoś pomógł im rosnąć lepiej.&lt;br /&gt;I ja tu właśnie po to, fajnie nie? Będę zbawiać świat po sgh-owemu. Nie tak że będę rozdawać ubranka albo miski z ryżem, tylko będę budować infrastrukturę, wielka wędkę, która pozwoli Sudanowi łowić ryby nie tylko z Nilu. Jestem z siebie tak dumna, ze zaraz pęknę!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6844678060482904926?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6844678060482904926/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6844678060482904926' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6844678060482904926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6844678060482904926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/01/jak-to-tutaj-jest.html' title='Jak to tutaj jest...'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8239414494430315024</id><published>2009-01-12T15:00:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:32:31.783+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sudan'/><title type='text'>Najcieplejszy styczeń w życiu...</title><content type='html'>Jestem w Sudanie, ale nie w tym w którym obowiązuje prawo koraniczne, w którym zlodziejom obcina się rece. Jestem w Sudanie Poludniowym...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem w miejscu gdzie 40 stopniowy upal uwazany jest za codziennosc, bo przeciez w lutym ma byc jeszcze cieplej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem w Jubie, stolicy autonomii Poludniowego Sudanu. W miescie które przyrasta w takim tempie jak Dubai, tylko w lekko innej formie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem w mrowisku. &lt;br /&gt;Buduje ministerstwo telekomunikacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dominuje jednak u mnie jedna mysl - jest mi strasznie goraco!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bede wam teraz opowiadac nowe bajki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wasza Afrykanska Kiwi&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8239414494430315024?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8239414494430315024/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8239414494430315024' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8239414494430315024'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8239414494430315024'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2009/01/najcieplejszy-stycze-w-yciu.html' title='Najcieplejszy styczeń w życiu...'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8906460114900562434</id><published>2008-11-01T12:21:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.646+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Złodziejski chleb powszedni (z 10.10.2008)</title><content type='html'>Świat jest pełen świrów i złodziei. Szczególnie zaś świat wypaczony przez biedę, kolonializm, białych turystów z poczuciem winy, że oni tacy bogaci a tu taka bieda. Świat, w którym najłatwiej zarobić żebrząc a to żebranie wcale nie uwłacza twojej godności. Świat, w którym jako złodziej czujesz się niemalże bezkarny. Świat, w którym łapówka nazywana jest herbatą, a herbata najpopularniejszym napojem.&lt;br /&gt;Afryka jest pełna świrów i złodziei. Jest też pelna leniwych ludzi, którzy nie chcą pracować, a jak już nawet im się zdarza, to robią to niedbale, niechlujnie, opieszale i w ogóle w dupie mają swoją pracę.&lt;br /&gt;A najgorsze w Afryce jest przeświadczenie, że biały jest jakiś lepszy, bogaty, przed czarnym i w dodatku ze złota. Łączy się to oczywiście z zazdrością, zawiścią, nienawiścią czasem.&lt;br /&gt;Taki koktajl podany w szklance biedy powoduje, że nie można czuć się całkiem bezpiecznym na ulicach. Bo jak można nieść świecący garniec pełen złota poprzez biedny, głodny świat, tuż przed oczami biednych, glodnych, zdesperowanych. Ten garniec trzeba wozić taksówką.&lt;br /&gt;To był właśnie ten błąd, który doprowadził do tego, że zostałam pierwszy raz w życiu okradziona.&lt;br /&gt;Cała ta sytuacja nauczyła mnie jednego – trzeba kochać ten świat, ale jednak zza pancernej szyby, wpuszczając za nią tylko niektórych, wybranych, nam podobnych. Takich, którzy wyciągniętej ręki nie chcą odgryźć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8906460114900562434?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8906460114900562434/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8906460114900562434' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8906460114900562434'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8906460114900562434'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/11/zodziejski-chleb-powszedni-z-10102008.html' title='Złodziejski chleb powszedni (z 10.10.2008)'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-3756804658985227539</id><published>2008-11-01T12:16:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.646+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Seria niefortunnych zdarzeń (z 5.10.2008)</title><content type='html'>Do Maji Moto zjechała nowa ekipa wolontariuszy. Jest świeżo, wesoło, zabawnie i z zapałem. We wtorek cała ekipa zebrała się, żeby zaplanować działania na nastepny tydzień. Ambitnie podeszliśmy do tematu. Full-wypas tabelka, wszystko smooth and clear. A potem wtargnęła rzeczywistość.&lt;br /&gt;Czwartek&lt;br /&gt;Szeroko zakrojona działalność projektowa sprowadziła się do wyprowadzenia się z Manyatt konsumowanych powolnie przez termity, do namiotów. Poczułam, że mój pobyt w Maji Moto zatoczył koło… Znów w namiocie…&lt;br /&gt;Wieczorem zaś przyszedł wódz, żeby poinformować nas, że ktoś nam kradnie cement i on już wie kto!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piątek – dzień drugi&lt;br /&gt;Wsadzamy ludzi do więzienia&lt;br /&gt;Zaczęło się o 6.00 rano, kiedy to taksówka-komora gazowa przyjechała po mnie i Leszka (tego z Sega, który teraz w MM kible buduje – dziadek klozetowy taki…) i zabrać nas do Narok na Policję. Mieliśmy bowiem zachęcić policjantów do przyjazdu do Maji Moto. Przyjechali, odkryliśmy przed nimi, że 3 fundich i 3 Masajów wynosi nam materiały z magazynu i sprzedaje dyrektorowi szkoły podstawowej z pobliskiej miejscowości. Policjanci grzecznie aresztowali panów Złodzieji i kazali wracać do Narok składać zeznania. Cały boży dzień na narokańskim komisariacie. Plany szlag trafił, ale za to 6 chłopa za kratami. Prawdziwa pomoc rozwojowa…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sobota – dzień trzeci&lt;br /&gt;Plaga chorób&lt;br /&gt;W piątek nad ranem wstałam siku. Wysikałam się pod krzaczkiem i postanowiłam odnaleźć cole, którą zostawiłam przy ognisku. Wcześnie zaś padał deszcz. Dość długo i dość mocno (przypominam, że jesteśmy jeszcze w namiotach – wszystko płynie – Panta Rei). Idę do ogniska i widzę płonącą na czerwono gałąź, przekonana, że to właśnie ognisko. Ale! Ktoś mądry wcześniej wysunął tę gałąź z ogniska, żeby nie płonęła (choć nic to nie dało), ognisko przykrył popiół i w zupełnej ciemnicy (bo bez latarki of course) nie zauważyłam, że zaczynam chodzić po rozżarzonych węglach. Poparzyłam sobie palce u nóg.&lt;br /&gt;Ale nic to – Maja obudziła się z 38 stopniami gorączki, grypą, drgawkami itp. A Simat na ten przykład nadzial się na jakiś drucik, spuchło mu cale udo, normalnie ledwie chodził…&lt;br /&gt;Pomór w obozie…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-3756804658985227539?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/3756804658985227539/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=3756804658985227539' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3756804658985227539'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3756804658985227539'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/11/seria-niefortunnych-zdarze-z-5102008.html' title='Seria niefortunnych zdarzeń (z 5.10.2008)'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-2031574433235664123</id><published>2008-11-01T12:13:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.647+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Kisumu po raz drugi (z 22.09.2008)</title><content type='html'>Pojechałam z Krzyśkiem w ten weekend do Kisumu w celu wymiany lub naprawy panelu słonecznego, który miał nieść światłość Polakom w Maji Moto, ale nie doniósł. W związku z powyższym należało dokonać aktu podmianki gwarancyjnej czy coś. Toteż po krótkiej konsultacji z Anandę (człowiekiem z Kisumu, który handluje elektrycznością), postanowiliśmy ruszyć w świat.&lt;br /&gt;Po drodze trzasnęliśmy parę fotek i w końcu koło 14:00, po 5 godzinach jazdy (a wydawało się to jakoś bliżej) dotarliśmy do celu. A tam – same cuda na kiju!&lt;br /&gt;Anand (również zwany Amantem) jak na przedsiębiorczego Kenijczyka przystało – jest hindusem. Oni wszyscy tak. Jak ktoś jest dobrze zorientowany w biznesie to albo ma kropkę na czole, albo ołtarzyk Hari Kriszna za ladą albo chociaż ktoś z najbliższej rodziny urodził się z drugiej strony oceanu indyjskiego. No ale to nie o tym miało być…&lt;br /&gt;Anand (jak na Amanta przystało – przystojniak z fajną żonką po studiach w Londynie) zaprosił mnie i Krzyśka na obiad do Klubu Cosmopolitan. A tam kolonializm ryczący – tylko jakiś taki Dziwnowy troszku… Przy stołach Hindusi (70%), białasy (20%) lub azjaci raczej chińscy, obsługują ich murzynki z sobie właściwym podejściem do tematu – z hakuną makatą w powolnych ruchach ciała. Murzynki słabo w ogóle kumają o co chodzi w byciu kelnerem i na przykład przynoszą 3 wody i 1 piwo zamiast 1 wody, 1 piwa i 2 coca-caoli i podwójnej whisky… Ale o to mniejsza.&lt;br /&gt;Klub jak na kolonializm ryczący przystało – jest klubem sportowym (boisko do siatki, tenisa, squash, badmintona i basen) a po środeczku, przy basenie, taras, na tarasie restauracja a w karcie bardzo typowo „Kenijsko” – chicken masala, butter chicken i inne hinduskie smakołyki. Obiadek full wypas. Aż sobie przypomniałam, że tak dawno nie jadłam niczego o tak zdecydowanym smaku a przy tym tak pysznego.&lt;br /&gt;Po tej hinduskiej fecie wyruszyliśmy w drogę z Kisumu do Sega, żeby zgarnąć Leszka, który w cierpieniu oczekiwał na nasz przyjazd. Cierpiał, bo z samego rana wbijając ostatnie gwoździe na posterunku w Sega, tak się spieszył, że zapomniał gwoździa i młotkiem przywalił sobie w palec. Ślicznie, pysznie, śliwkowo…&lt;br /&gt;Leszek zgarnięty, drzwi zaryglowane – ruszamy. Po 15 minutach spotykamy ulewę. Jest już zupełnie ciemno, w drodze dziury (a właściwie – między dziurami skrawki asfaltu),  a z nieba leje się jak z kranu. Koszmar. Po ponad 2 godzinach takiej jazdy docieramy z powrotem do Kisumu, lokujemy się w hotelu „Sunset”, na 5 piętrze, w pokoju z widokiem na jezioro Wiktoria. Bierzemy szybki prysznic i biegiem na dół, bo tam czeka już na nas Anand, żeby zabrać nas na imprezowe tournee dookoła Kisumu.&lt;br /&gt;Zaczynamy od chińskiej restauracji, w której serwują prawdziwe delicje. Poza tym tradycyjnie czarni kelnerzy ubrani w tradycyjne chińskie kimono-kubraczki, tradycyjnie tępawo uśmiechnięci próbują sprawnie nas obsługiwać ze skutkiem dużo lepszym niż poprzednicy, ale nie w pełni satysfakcjonującym.&lt;br /&gt;Z restauracji ruszamy do Klubu nr 1, nazwy ani lokalizacji nie znam. Klub był jeszcze pusty, więc po jednym drineczku ruszamy w dalszą trasę. Trafiamy do lokalu o nazwie Grill Mouse. Tłum czarnych lokalesów, upał, impreza. I to jaka!&lt;br /&gt;No więc drineczek (nie wiem już który) i na parkiet, a tutaj…&lt;br /&gt;Pierwszy raz czułam się jak kosmita… Mzungu na parkiecie działa jak magnes jak magnes na czarnych facetów (a do tego prawie świeci w ultrafiolecie). Po trzech dygnięciach nóżką miałam wokół siebie już tak wielkie grono adoratorów, że tańczyli w trzech rzędach wokół mnie. To oczywiście budzi zawiść i niepokój żeńskiej części Kenijskiej populacji, więc wokół tych facetów zaczynają kręcić się jakieś laski. Po kilku kawałkach masz wrażenie, że cały parkiet kręci się wokół ciebie. Ale Murzyni próbują być kochanie i czarujący więc zagadują Mzungu. Pada tradycyjny zestaw pytań (Jak masz na imię? Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak Ci się podoba w Kenii?). Był tylko jeden nieszablonowy egzemplarz. Koleś który przemówił do mnie tymi słowy:&lt;br /&gt;„I love the package – beautiful and great dancer”&lt;br /&gt;I zabił mnie niemalże…&lt;br /&gt;Potem z Grill House poszliśmy jeszcze w jedno miejsce na lekki chillout, gdzie spotkaliśmy chłopaka pół-polaka, pół-luo. Bardzo zdziwieni po 1,5h rozmowy, wyczerpanie i solidnie napici wróciliśmy do Sunset Hotel, żeby pójść spać i przespać śniadanie.&lt;br /&gt;A cały następny dzień na mega kacu spędziliśmy w samochodzie… W drodze do Maji Moto.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-2031574433235664123?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/2031574433235664123/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=2031574433235664123' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2031574433235664123'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2031574433235664123'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/11/kisumu-po-raz-drugi-z-22092008.html' title='Kisumu po raz drugi (z 22.09.2008)'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-356332236152170879</id><published>2008-09-25T09:03:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.647+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Matatu relacji Kisumu – Kisii</title><content type='html'>W drodze z Sega do Maji Moto przytrafiła mi się niesłychana niesłychaność.&lt;br /&gt;W Afryce biały człowiek (czyli Mzungu) napotyka setki czarnych rąk wyciągniętych w stronę jego portfela. Bywa to okropnie męczące. Dzieci biegnące za tobą z krzykiem na ustach „Mzungu, give me sweets” albo „Madam, kup mi sodę”. Starsi są konkretniejsi: „Madam, kup mi lunch, jestem głodny” albo hicior sezonu „Madam, daj mi coś na pamiątkę naszego spotkania. Najlepiej 200 Szylingów”.&lt;br /&gt;Trzeba się przyzwyczaić i uodpornić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale dzisiaj w autobusie z Kisumu do Kisii zostalam zaszokowana. Dobrze, że siedziałam i jak zwykle było ciasno jak w puszce, bo bym chyba upadła albo spadła z fotela. &lt;br /&gt;Okazało się bowiem, że mój autobus koloru wściekle żółtego z migającymi światełkami nie zajeżdża na stację Matatu, skąd mogłabym wziąć udział w kolejnej podróży pojazdem kosmicznym przez kenijskie „drogi” i dotrzeć wytelepana do Narok. Wcześniej zaś powiedziałam jakiemuś żebrakowi, że mam tylko tyle kasy żeby starczyło mi na matatu do Narok i niech zjeżdża ze swoją krzywą nogą ode mnie (tych różnych szubrawców są tu jakieś miliony, wyrastają znikąd).&lt;br /&gt;A w ogóle to siedziałam na miejscu konduktora, bo powiedziałam, że nie będę jechać na stojąco. Biała Pani musi usiąść. Byłam więc otoczona pilną opieką wieloosobowej załogi matatu (4 chłopa, w tym konduktor). No i nagle tuż przed Kisii pan konduktor mówi mi, że ten pojazd nie zawiezie mnie na stacje, więc on mi DA 20 KSH, żebym jakimś Boda-boda (rowerem-taksówką) albo innym matatem dojechała do stacji. &lt;br /&gt;Wyobrażacie sobie mój szok?&lt;br /&gt;W kraju, w którym na każdym kroku ktoś chce mi coś sprzedać, wyżebrać, ukraść albo mnie oszukać dając mi specjalną dwukrotną cenę jako Mzungu Price i w ten sposób wyrwać ze mnie chociaż kilka szyli dla siebie, spotykam kolesia, który sam z własnej nieprzymuszonej woli chce mi dać pieniądze, 20 bob, no nie za dużo, ale jednak! Szok pełen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjęłam te pieniądze, bo nie ładnie odrzucić chęć pomocy, po czym wyjęłam z kieszeni inne 20 KSH i dałam Panu na sodę.&lt;br /&gt;Ubaw mieliśmy po pachy a do tego padło monumentalne stwierdzenie. Człowiek powiedział, że on po prostu musi dbać o wysoki poziom obsługi klienta.&lt;br /&gt;SZOK!&lt;br /&gt;No szok po prostu! Do tej pory zbieram szczękę i muszę ją podtrzymywać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-356332236152170879?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/356332236152170879/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=356332236152170879' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/356332236152170879'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/356332236152170879'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/09/matatu-relacji-kisumu-kisii.html' title='Matatu relacji Kisumu – Kisii'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-1436938592440001410</id><published>2008-09-25T09:02:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.647+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Targowisko-wysypisko</title><content type='html'>Powinniście się kiedyś wybrać na Kenijski targ. Poza niewątpliwie intensywnym zapachowo doświadczeniem, jest to miejsce prezentacji ekwilibrystycznej sztuki eksponowania towarów w sposób zwracający na nie uwagę.&lt;br /&gt;Pomarańcze ułożone w piramidki z podwyższonymi czubkami. Podobnie pomidory i inne dające się spiętrzyć krągłości. Buty układane są np. po trzy modele fikuśnie oparte o siebie, po jednym przedstawicielu każdej pary. Co mnie dziś ubawiło, to węgiel drzewny sprzedawany w takich małych wiadereczkach po margarynie. Każde wiadereczko było odpowiednio udekorowane nie wiadomo jak trzymającą się konstrukcja ulożonych w pionowu slupek kawałków węgla.&lt;br /&gt;Jeszcze banany fajnie wyglądają – ponieważ sprzedaje się je w wielkich kiściach, to te kiście kłada się w wielkie stosy. Takie fajne zielone góry bananów.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-1436938592440001410?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/1436938592440001410/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=1436938592440001410' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1436938592440001410'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1436938592440001410'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/09/targowisko-wysypisko.html' title='Targowisko-wysypisko'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-2232006884534456657</id><published>2008-09-25T09:01:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.648+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Pokarm dla ciała</title><content type='html'>W Afryce panuje głód, podobno. Nie widziałam go jeszcze w tej najstraszniejszej wersji, ale tak naprawdę to w pewnych miejscach, w pewnych krajach głód jest zjawiskiem nieobcym dla tubylców. Co innego turyści, ci mają zawsze brzuszki wypchane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Kenii głodni chodzą np Masajowie. Jedzą raz dziennie, zwykle popołudniu. Rano popijają tylko herbatę z mlekiem. Na pierwszy rzut oka widać już, że zjawisko obżarstwa jest im obce. A co jedzą jak już jedzą? Głównie kukurydzę, białą – nie żółtą jak pop corn. Jest ona bardziej miękka i soczysta niż ta w Polsce rosnąca. Ale bardzo rzadko jedzą ją na kolbie. Zazwyczaj gotują ziarna z ryżem i jakąś formą grochu lub fasoli. Stanowi to bardzo pozywny posiłek, bo ten groch czy fasolę trawi się długo. Na tyle długo, że wystarcza raz dziennie napełnić żołądek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Masajowie od czasu do czasu konsumują również mięso. Zwykle kozie. Czasem jedzą również krowy i owce, bo przecież jak już się takie zwierzęta ma to od czasu do czasu można sobie pozwolić na mięsną ucztę. Mięso przyrządza się w formie Nyama Choma, co w Suahili oznacza „mięso pieczone” i zawiera w sobie cały proces przygotowywania potrawy. Po upieczeniu na grillu zwanym Jiko (choć absolutnie nie takim jakie mamy w ogródkach choć też opalanych węglem drzewnym) sieka się to mięso na kawałki. Razem z kością.&lt;br /&gt;Powiem szczerze, że jeśli na talerzu spoczywa młoda koza, to jest ona całkiem smaczna, bo miękka. W przypadku starej kozy – przyjemność jedzenia mięsa jest żadna. Jest to sprawdzian wytrzymałości dla szczęk. Prawdziwa walka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest jeszcze jedno podstawowe Masajskie danie – jest nim mleko z krwią. Staje się ono podstawą żywieniową w porze deszczowej, kiedy suche krowie wymiona zaczynają robić się coraz bardziej pękate i pełne pokarmu. Wtedy Masajowie jedzą z mlekiem wszystko i wszystko na mleku gotują. Jest to przecież dar od świętego zwierzęcia. Zmarnować go nie wolno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Luo, czyli ci z Sega, są w zdecydowanie bardziej komfortowej sytuacji. Tutaj ziemia rodzi różne smakołyki przez cały rok. Oczywiście nie oznacza to, że objadają się po brzegi. Prowincja Nyanza, czyli ta z Segą w środku, jest włąśnie najbiedniejszą częścią Kenii. Jest to naprawdę szokujące, bo wokół tyle zieleni…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Sega i w całym Luo-Landzie jada się ryby (bo tutaj mają w czym pływać, woda jest wszędzie), świnki (choć nigdzie żadnej jeszcze nie widziałam), krówki, kózki i owieczki jak również wszelkie warzywa i owoce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To co w Kenii jest naprawdę cudowne, to właśnie owoce.&lt;br /&gt;Pomarańcze, o cienkiej zielonej skórce, są tak słodkie w środku, że aż trudno uwierzyć. Banany są grube i żółte lub malutkie i żółte (mają wtedy lekko gruszkowy posmak). Mango są duże, o łososiowym miąższu i pysznie soczyste. Ananasy – MNIAM! Papaje wielkości piłek do rugby, miękkie soczyste i pachnące. &lt;br /&gt;Ale najlepsze pod słońcem są tu Avocado. Są tak duże jak spore bakłażany, miękkie i jasnozielone w środku a do tego tanie jak barszcz (7 Ksh). Ludzie używają avocado do smarowania różnych rzeczy, zamiast masła, bo są one tak fajnie tłuściutkie i miękkie. No i tańsze niż masło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co było dla mnie sporym zaskoczeniem – nuda panuje wśród warzyw. Oprócz yamu, słodkich ziemniaków i sukuby, nie jadłam niczego szokująco nowego. Z resztą yam to taki wielki ziemniak w smaku a z wyglądu – wielka rzepa. Słodkie ziemniaki są… słodkie i ziemniaczane, a sukuma to takie coś między szpinakiem a kapustą.&lt;br /&gt;Poza tym to ziemniaki, pomidory, marchewka jak również kapusta, cebula, papryka zielona, ogórek, dynia, cukinia i bakłażan. Ale te „nudne” na pozór warzywa zamienia się w miliony rozmaitych fikuśnych potraw. Takie ziemniaki na przykład, stwarzają tu morze kulinarnych możliwości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza gotowaną zieleniną, Kenijczycy jedzą jeszcze dwie pyszne rzeczy. Pierwsza z nich to Chapali – takie coś między naleśnikiem a macą. Rewelka! Druga super sprawa to Mandazi. Są to z kolei takie pączko racuchy smazone w głębokim tłuszczu. PYCHA.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Acha! Jeszcze ciekawa sprawa jest z jajkami. Jajka są różnych rozmiarów, od malutkich po duuuże. Ale wszystkie mają jedną wspólną cechę – ich żółtka są żółte tylko z nazwy. Fajnie wygląda kenijska jajecznica – jest biała. No może lekko beżowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A co w Kenii się pije? Pije się głównie herbatę. Dobrą całkiem. Pije się także kawkę, ale tu już pojawia się pewien mały paradoks. Otóż w Kenii produkuje się pyszną kawunie, ale pakuje się ja w torby i wysyła w świat. W Kenii zostaja resztki, z których robi się rozpuszczalny napój kawo-podobny. Ale do wypicia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście wszyscy wszędzie piją również coca-colę, wodę i inne napoje. Fajny jest Krest bitter lemon. Taki gorzkawy, jakby grejpfrutowy. Jest też Stoney – smak imbirowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z alkoholi – wódka Smirnoff – smak dobrze znany. Są też wódki z trzciny cukrowej, ale nie próbowałam. Odwagi nie mam. Są też takie cosie – jakgdyby whisky. Bardzo miło wchodzą z colą. No i piwo. Głównie Tusker. Strasznie paskudny sikacz.&lt;br /&gt;Poza tym w takim mieście jak Nairobi można kupić wszystko. A w Narok m.in. jest Martini. W sklepach powszechnie dostępne są również wina. Nie ma win owocowych-niskobudżetowych. O zgrozo! Ale są niezłe wina z winogron. I niedrogie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-2232006884534456657?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/2232006884534456657/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=2232006884534456657' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2232006884534456657'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2232006884534456657'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/09/pokarm-dla-ciaa.html' title='Pokarm dla ciała'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8815714409168288506</id><published>2008-09-11T10:33:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.648+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Manifestacja władzy</title><content type='html'>Wybrałam się z Krzysiem do Busii. I ciekawie było od samego początku, tak jak obiecywałam z resztą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wsiadamy sobie do Matatu w Sega, przejeżdżamy 50 metrów a tu policjanci robią kontrolę. Naszemu Matatu nie otwierały się drzwi, więc pan policjant skuł pana konduktora i zawinął całe Matatu na komisariat, na którym jak przypominam pracują nasi chłopcy. No i podjeżdżamy tym matatem z tym policjantem na ten komisariat, a Leszek z Wojtkiem już ryją z nas. No i dawaj z powrotem na Matatu. Jakby takie deja vu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I abstrahując od absurdu konieczności powtórnego łapania matatu, pokonywania po raz drugi tej samej trasy, bo przecież wyruszyliśmy z komisariatu, poza faktem, że wszyscy pasażerowie pojazdu zapłacili za przejazd a nikt im nie zwrócił pieniędzy ani straconego czasu, że te worki z kukurydzą, avocado i innymi zawartościami musieli rozładować i zanieść z powrotem na następny matat i znów zapakować i znów zapłacić i znów upchać się w tym aucie, bo w tych matatach naprawdę mieści się nieskończenie wielu ludzi, a miejsc jest tylko 14, to wszystko to niczym jest w porównaniu z tym jaką władzę nad ludźmi ma kenijska policja. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Policja bowiem zatrzymała matatu do kontroli, która polega na tym, że trzeba zapłacić „Kidogo” (czyli „mało” w Suahili), powiedzmy, że to taki mandat, choć pewnie bliżej mu do łapówki, bo nikt nikomu nie mówi jaki przepis został złamany. Po prostu policjant mówi, że trzeba zapłacić i tyle. Nasz konduktor (czyli 37 pasażer 14-osobowego pojazdu zbierający myto za przejazd) postanowił jednak nie zapłacić owego Kidogo. Bardzo zirytował Pana Chiefa Policji, więc dostał czymś pomiędzy pałką a szpicrutą po głowie, po czym został w brutalny sposób skuty i zaprowadzony przez policjantów na komisariat. Szczęśliwie dzień wcześniej chłopcy wymalowali celę, to chociaż tyle, że miał aresztant czysto i świeżo w swoim nowym miejscu pobytu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to nie wszystko. Policjanci bowiem postanowili całe matatu gruntownie przetrzepać, toteż jeden z psów postanowił wysadzić pasażera, który siedział z przodu samochodu (na przednim siedzeniu) i bez możliwości zdemontowania swoich dóbr czy nawet po prostu zabrania ich z auta, pasażer ów został pozostawiony na drodze a matatu z pozostałymi pasażerami pojechało na komisariat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;My mieliśmy ubaw po pachy, w Polsce taka sytuacja nie do pomyślenia. A tutaj całe matatu wrzeszczy raz w Suahili, raz po angielsku, żebyśmy zrozumieli, że to przecież bezprawie zatrzymywać ludzi i wieźć ich na komisariat, tylko dlatego, że siedzieli w niewłaściwym pojeździe. Że przecież czas to pieniądz, a tutaj okrada się tych ludzi z czasu. Że ich prawa obywatelskie są gwałcone w biały dzień itd. Przypominam, że robi to na raz około 20 osób. Policjant zaś ze stoickim spokojem ma to wszystko w dupie i w ciszy wiedzie nas na komisariat. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Doszliśmy do wniosku, że policjanci postanowili zaprosić gości na świeżo odmalowany i wyremontowany komisariat i tak sobie wymyślili, że najlepiej będzie ich tak jakby aresztować i przewieźć matatami. Ściągnęli bowiem panowie psowie 4 czy 5 tych pojazdów. W każdym co najmniej 15 osób. Niezła impreza. Co prawda zaproszeni zostaliśmy, ale nie skorzystaliśmy. Postanowiliśmy spróbować szczęścia z kolejnym nissankiem. Tym razem z sukcesem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8815714409168288506?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8815714409168288506/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8815714409168288506' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8815714409168288506'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8815714409168288506'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/09/manifestacja-wadzy.html' title='Manifestacja władzy'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-2543397577565666835</id><published>2008-09-10T09:29:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.648+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Sega – Nianza Province</title><content type='html'>Wybrałam się na kilkudniową wycieczkę do zielonej Kenii. Wróciłam na północną półkulę (jestem jakieś 300 km bliżej domu). Wkroczyłam do zupełnie innego świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kenia, jak każde państwo ma flagę. Składa się ona z trzech pasków – czarnego, czerwonego i zielonego, albo na odwrót. I tak jak w przypadku Polski flaga oznacza białą cnotę na skrwawionej ziemi (cytat za jakimś historycznym mądralą) tak w przypadku tego Afrykańskiego kraju kolory oznaczają odpowiednio:&lt;br /&gt;- czarny – kolor ludzi&lt;br /&gt;- czerwony – kolor ziemi (gleby dokładnie)&lt;br /&gt;- zielony – kolor pól, lasów itp.&lt;br /&gt;W Maji-Moto będąc skłaniałam się raczej do stwierdzenia, że flaga powinna być czarno-beżowo-kolczasta. Ale wystarczyło przemierzyć kilkadziesiąt kilometrów, żeby stwierdzić, że coś jednak jest w powyższej czarno-czerwono-zielonej teorii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawsze jak sobie wyobrażałam Afrykę okolic równika, to widziałam zieleń, czarnych ludków kopiących jakiś maniok motykami, upał i jeszcze trochę zieleni.&lt;br /&gt;Przyjechałam do Sega i to właśnie zobaczyłam. A do tego Kenia jeszcze taka pofalowana, cała pokryta wzgórzami, ślicznie zielona.&lt;br /&gt;Po drodze mijałam plantacje herbaty, kawy, lasy bananowe (to jest dopiero coś!), wielkie mangowce, kolorowo ubranych ludzi noszących swoje koszyki na głowach, dzieciaki kopiące szmaciane piłki albo biegające za oponą od roweru wprawioną w ruch przy użyciu patyka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W telepiącym się po bezdrożach matatu poczułam się w końcu w pełni w Afryce. &lt;br /&gt;To naprawdę raj na ziemii jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ wyruszyłam z Narok o 14:00 to dotarłam do celu dopiero koło 22:00. Z matatu (trzeciego już) odebrali mnie chłopcy – Krzysiek, Wojtek i Leszek, którzy do Sega przyjechali w ramach wspólnego projektu Fundacji Sławek i Simby polegającego na renowacji posterunku policji w tej iście afrykańskiej miejscowości. Wysiadłam z rozklekotanego nissana (w którym zostałam sama z kierowcą i konduktorem kontynuując podróż z otwartym scyzorykiem w ręku w razie gdyby panowie postanowili zatrzymać się w krzakach w celach lubieżnych bądź rabunkowych) i przywitała mnie gorąca wilgoć. Lepka ciepła noc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wtorek upłynął mi pod znakiem eksploracji okolicy. Wyruszyłam na spacerek po Sega (nie ma przesadnie dużo do oglądania, jakieś 700 metrów bieżących wsi położonej wzdłuż trzech dziwnie skrzyżowanych uliczek, w tym jednej asfaltowej), po czym spotkałam dwóch chłopaków (Mike i Brian), którzy zaoferowali mi, że podwiozą mnie rowerem. Zdawałam sobie sprawę, że może to być typowa forma naciągactwa ale stwierdziłam, że raz się żyje i na wakacje nie wyjeżdża się codziennie. Po drodze dowiedziałam się, że w niedalekiej Ugunjy (Ugundży) jest targ we wtorek. Duży Targ. Postanowiliśmy przejechać się tymi dwoma rowerami we troje na targ. Okazało się, że tradycyjnie afrykańskie „tuż za rogiem” jest pięć razy dalej niż się człowiek spodziewa i w ten magiczny sposób przejechaliśmy i przeszliśmy (pod górę na pieszo) 15 kilometrów. Dodam, że na miejscu byliśmy w okolicy południa, więc w największy skwar i upał szliśmy sobie w pełnym słońcu drogą z prowadzącą z Kisumu do Busia (Kisumu to 3 co do wielkości miasto w Kenii, nad jeziorem Wiktorii, Busia z kolei to miasto na granicy z Ugandą). Poczułam co to znaczy Afryka równikowa w południe. Siedziałam na bagażniku roweru machając nóżkami niczym pięciolatka a pot płynął mi po plecach. KOSZMAR. Ale piękny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest to rzadko spotykane, żeby przechadzać się drogą wzdłuż rowów pełnych wody i żab rechoczących nieustająco. W środku dnia. A na pobliskich polach te czarne ludki z tymi swoimi motykami kopiący czerwoną ziemię. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Targ nie okazał się niczym szczególnym, poza może faktem, że w tej mokrej krainie je się sporo ryb, więc i zapach jest odpowiedni. Kupiłam na targu tradycyjne koszyki wyplatane przez kobiety z plemienia Luo (czyli tutejszych autochtonów), trochę owoców i warzyw jak również „sugar cane” czyli najzwyklejszą trzcinę cukrową, która służy tutaj jako substytut lizaka. O jedzeniu to może jeszcze wam napisze później, co?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W jedną stronę rowerem, w drugą wróciłam Piki-Piki (czyli motorem-taksówką), bo myślałam, że może się trochę schłodzę dzięki temu :-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po południem późniejszym Krzysiek zawiózł mnie do Kogere (czyli w miejsce, gdzie pierwszy projekt Simba Friends Foundation miał miejsce). Zobaczyłam szkołę (robi wrażenie) i piękny ogród. Naprawdę fajna szkoła. Uciekając przed deszczem, który pada tu codziennie punktualnie o 18:00, minęliśmy po drodze kościół katolicki i Sega Polytechnics.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorkiem zaś odwiedził nas Emanuel (lokales, który uczony jest przez tutejszych Białasów gry na gitarze). Poznałam chłopaka już w dniu przyjazdu, bo plumkał coś na tej swojej gitarce jak przyszłam z Matatu. Uderzająco pierdołowate wrażenie sprawił. Natomiast w ten piękny wtorkowy wieczór to mnie normalnie z krzesła mało nie zrzucił, jak przyszedł i powiedział, że skomponował piosenkę i chciałby zagrać i zaśpiewać, czego wkrótce dokonał. Okazało się, że jest to pieśń wychwalająca me piękno i wspaniałość. Normalnie w szoku byłam. Raz mnie chłopak widział, a już się poznał na tym, że jestem cudna, boska i wspaniała. A tak poważnie to rozbawił mnie do łez. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chłopak pocudował potem jeszcze coś z nowymi chwytami gitarowymi i postanowiliśmy pójść na miasto. Otwarta była tylko jedna mordownia, ale za to był stół do bilarda. Zagrałam jedną partyjkę z Krzysiem, a potem zostałam zaproszona do gry z lokalesami i przegrałam z kretesem dwie partie. No cóż. Bywa. Generalnie wesoła była impreza, nawet tańce były przez chwilę, ale jako że byłam jedną z 2 kobiet w barze, jedyną białą i nie-prostytutką, to po 3 minutach czułam wszystkie czarne oczy na mojej pupie i słyszałam jak murzynki przełykają ślinę walcząc z żądzami. No i tańce się skończyły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A dziś obudziły mnie ryczące za oknem kurczaki. I kac. Pierwszy od dwóch miesięcy. Jak czasem fajnie pójść na imprezę i się napić. Tęsknię za tym aspektem mojego bycia w Polsce… Ale nic to, odbiję sobie jak wrócę. Szykujcie się!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem kończę. Napiszę jeszcze później, bo tu w Sega chłopaki mają Internet bezprzewodowy podpięty do laptopa. Fajnie nie? Cywilizacja. &lt;br /&gt;A i prąd jest, i woda w kranie, zimna co prawda, ale jest. I budynek, w którym mieszkają jest normalnie murowany a nie z kupy. No jak w domu prawie. Tylko wilgotno, duszno, parno i czarno!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kocham Kenie, Kocham Polskę i was wszystkich też Kocham!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kończę, bo kac wygania mnie po wodę mineralną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Acha! Jadę dzisiaj do Busii, tam pod ugandyjską granicę. Fajnie będzie!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-2543397577565666835?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/2543397577565666835/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=2543397577565666835' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2543397577565666835'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2543397577565666835'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/09/sega-nianza-province.html' title='Sega – Nianza Province'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8589197191874776376</id><published>2008-09-02T11:51:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.648+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Masajskie penisy</title><content type='html'>Tak mi się właśnie przypomniało, że chyba nie podzieliłam się z wami najbardziej erotyczną przygodą Masajską jaka do tej pory mi się wydarzyła. Było to już ładnych parę tygodni temu – zanim wprowadziliśmy się do domków z gówna (bo o tym, że w domku z gówna mieszkam to wiecie, prawda?).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechałam z nikim innym ale właśnie z Simatem po patyki, z których wykonuje się konstrukcję Manyatt. Po drodze zabraliśmy trzech poważnie dorosłych Masajów, którzy nam te patyki przygotowali i mieli sprzedać. Po dotarciu na miejsce 4 Masajów ślicznie wrzuciło wielką stertę patyków na pakę naszego pick-up’a i dali hasło do odjazdu (Maabe!), toteż Kiwunia grzecznie usiadła za kółkiem, przekręciła klucz w stacyjce, lewą rączką wrzuciła bieg wsteczny, opuściła ręczny hamulec i … spojrzała we wsteczne lusterko! O ZGROZO! Okazało się bowiem, że jeden z Masajów który zajął centralne miejsce na kupie patyków, przodem do kierunku jazdy, nie trzymał nóg złączonych mimo, że pod swoim czerwonym kocykiem żadnej formy spodenek/majtek/czegokolwiek nie posiadał.&lt;br /&gt;No lekko mnie przymurowało jak ujrzałam tego siusiaka czarnego w lusterku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz positive message do Białych Mężczyzn – Masajski siusiak luzem nie stanowi zagrożenia dla waszej męskości. Dodatkowo pewne afrykanistyczne źródła donoszą, że te czarne siusiaki to ogólnie przereklamowane są.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tym optymistycznym akcentem zakończę&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Buziaki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Simat siedzial ze mna w szoferce. Prezentowany siusiak mial lat ok. 35 ;-)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8589197191874776376?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8589197191874776376/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8589197191874776376' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8589197191874776376'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8589197191874776376'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/09/masajskie-penisy.html' title='Masajskie penisy'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-4138838331854991776</id><published>2008-08-28T13:30:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.649+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Simat idzie do szkoły - PART 2</title><content type='html'>Dziekuje wam BARDZO serdecznie za dotychczasowe wsparcie, ale nie krępujcie się, slijcie dalej wasze ciezko zarobione pieniadze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja w tym tygodniu pracuje nad umowa, ktora podpiszemy, wiec wrzuce wam w formie elektronicznej, zebyscie mogli poczytac!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sciski&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiwi&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-4138838331854991776?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/4138838331854991776/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=4138838331854991776' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4138838331854991776'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4138838331854991776'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/08/simat-idzie-do-szkoy-part-2.html' title='Simat idzie do szkoły - PART 2'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7899380387939867457</id><published>2008-08-28T13:23:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.649+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Maji Moto – czyli gorąca woda, szczotka, pasta i higiena</title><content type='html'>Pewnie niektórzy z was myślą, że w Afryce to brud syf i ubóstwo. No i mają rację, generalnie. Jednakowoż, są takie miejsca w których jest czysto, miło i przyjemnie. Tak jest właśnie w Maji Moto, ale nie w całej miejscowości, bo ta raczej kwalifikuje się do tej części brudnej i syfiastej. Jest takie jedno miejsce – gorące źródło, do którego żadne polskie SPA się nie umywa i niech nawet umywać się nie próbuje.&lt;br /&gt;Do tego właśnie źródła chodzimy co wieczór zażywać kąpieli wspaniale kojących rozkołatane zmysły. Jest naprawdę przyjemnie zanurzyć się w naturalnej wannie pełnej ciągle ciepłej wody, pod drzewami, pomiędzy którymi zobaczyć można niespotykanie rozgwieżdżone niebo. Wiatr kołysze liśćmi a jedyni współtowarzysze kąpieli, poza innymi Białasami, to od czasu do czasu nietoperze czy Bushbaby (tylko jak się siedzi bardzo cicho). Każdorazowa wyprawa to przy okazji nocne safari, bo do wodopoju ściągają tu Impale, Gnu i inne czworonożne stwory (czasem również słonie – wtedy jest absolutny zakaz kąpieli, bo słonie ludzi nie lubią, nie ma się co dziwić im z resztą). A w okolicy żyją całe stadka Springhear’ów, potocznie przez nas nazywane Skakunami. Są to jakieś dziwne Miksy kangura, myszoskoczka, wiewiórki i królika. Sugeruję oglądnąć sobie na wikipedii, bo ciężko sobie wyobrazić jak takie cuś wygląda, a za cholerę nie chce dać sobie zrobić ładnego zdjęcia.&lt;br /&gt;Także, jeśli martwiliście się choćby przez chwilę, że zarastam brudem – nie martwcie się ani chwili dłużej. Co wieczór zażywam seansu w lokalnym SPA, przy świetle lamp naftowych, w doborowym towarzystwie Białasów. Warszawianka to dno w porównaniu z tym. Nawet Nałęczów się chowa. No miodzio, po prostu miodzio!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7899380387939867457?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7899380387939867457/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7899380387939867457' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7899380387939867457'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7899380387939867457'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/08/maji-moto-czyli-gorca-woda-szczotka.html' title='Maji Moto – czyli gorąca woda, szczotka, pasta i higiena'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7804194488484192702</id><published>2008-08-23T13:20:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.649+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Simat idzie do szkoły</title><content type='html'>Ladies’n’Gentlemen&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powstała w mojej głowie taka idea, ażeby Simata wysłać do szkoły. Chłopak jest bystrzak, świetnie gotuje, robi półki w kuchni i ogólnie wymiata pod wieloma względami. Szkoda, żeby się marnował, żeby skończył na pasaniu krów, w gównianym domku z wyrzezaną żoną i gromadką dzieci bez możliwości wyboru.&lt;br /&gt;Pomyślałam więc, że można by wysłać go do szkoły od stycznia. Szkoła jest w Machakos (koło Nairobi), jest to Mumbuni Polytechnics, co w praktyce oznacza, że jest to szkoła zawodowa. Trymestr kosztuje ok. 9 000 KSH (all inclusive, czyli czesne, internat, wyżywienie, kieszonkowe, przejazdy, buty, ołówki itp a także egzaminy końcowe).&lt;br /&gt;Simat będzie do szkoły uczęszczał przez 2 lata (to jest 6 trymestrów), marzy o tym, żeby zrobić kurs mechaniki samochodowej, prawo jazdy na wszystkie kategorie świata oraz kurs turystyczny, ponieważ chciałby zostać przewodnikiem turystycznym po Masai Mara. Wszyscy bardzo mu w tym kibicujemy, szczególnie odkąd odkryliśmy (na safari właśnie), że Simat zna wszystkie zwierzaki z imienia i nazwiska, wie jakie wydaja dzwieki, ile czasu są w ciąży, kiedy rodzą małe, co jedzą, czego nie, jakie są ich zwyczaje, czego nie lubią i dlaczego maja kropki, paski, rogi, nogi itp. Gdyby nie to, że nasz przewodnik od czasu do czasu coś wtrącał, nasz lokalny Maji-Motański Masaj opękałby nam całe safari.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale wracając do tematu. Szkoła jest naprawde fajna. Po 8 września jadę do niej już z Simatem,  żeby sobie chłopak obejrzał, pozwiedzał i zadecydował czy chce czy nie. Ale na razie jest napalony jak szczerbaty na suchary, więc nie przewidujemy niechcenia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I teraz TADAM, główny punkt programu. 2 lata nauki dla Simata to 54 000 KSH (sporo jak na Kenijskie warunki) a dla Polaka to 1650 PLN (na dwa lata, czyli 68,75 PLN miesięcznie). &lt;br /&gt;Ja oczywiście jako pomysłodawczyni tego zwariowanego pomysłu zamierzam pokrywać te koszty. Ale pomyślałam sobie, że wielu z was ma przecież czasem nadpłynność finansową. 68,75 PLN to jest dla nas śmieszny pieniądz. Jedno wyjście do knajpy kończy się gorszym ubytkiem w portfelu, a tutaj może to zmienić chłopakowi życie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyobraźcie sobie, że od takiej kwoty zależałoby czy skończycie studia czy nie. To naprawdę bardzo ważna rzecz. Jeśli zechcielibyście mnie wesprzeć, będę BARDZO BARDZO wdzięczna. Każde 5 zł się liczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli więc macie kilka złotych w portfelu, którymi moglibyście się podzielić z kimś kto tego potrzebuje – przelejcie je na konto (moje prywatne w Citibanku):&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;55 1030 0019 0109 8518 0122 6864&lt;br /&gt;Tytułem: Dla Simata&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja te pieniądze bezprowizyjnie wyjme z banku i wpłacę na konto, które zamierzam otworzyć Simatowi w listopadzie w Kenijskim Citibanku. O wszystkich wydatkach będę informowana na podstawie umowy, która zostanie spisana przeze mnie, Simata i Salatona (który ma dopilnować, żeby Simat wydał kasę na szkołę). Umowa będzie do wglądu przez każdego darczyńcę, podobnie jak wszystkie rachunki, faktury, bajery. Simat będzie zobowiązany do przesyłania raportów kwartalnych dotyczących jego postępów w nauce jak i innych aspektów zycia.&lt;br /&gt;Ja sama zamierzam dołożyć jeszcze do tego obowiązkowy seans kinowy raz na miesiąc (bo w całej Kenii jest 8 kin, z czego 4 w Nairobi, a w Maji Moto nie słyszeli o czymś takim jak film, popcorn, Superman, Batman czy Brad Pitt).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Toteż jeszcze raz mały apel – podarujcie Simatowi parę złotych. Ładnie proszę w jego imieniu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7804194488484192702?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7804194488484192702/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7804194488484192702' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7804194488484192702'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7804194488484192702'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/08/simat-idzie-do-szkoy.html' title='Simat idzie do szkoły'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-1685305998923985031</id><published>2008-08-23T13:18:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.650+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Safari Masai Mara 17-18.08.2008</title><content type='html'>Nie będę pisać dużo, bo wszystko to co się tam działo sprowadzało się zdecydowanie bardziej do widzenia niż cokolwiek innego w moim życiu. Żaden budynek, żadne miasto, żaden wytwór człowieka nie może równać się z obserwacją tętniącego życia, płynącego spokojnie przez sawannę milionami zwierzęcych istnień. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;http://picasaweb.google.com/ekijewska/MasaiMara&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Będąc w Masai Mara ma się takie przeświadczenie, że czas się tam zatrzymał. Że ten krąg życia toczy się tam nieustannie przez miliony lat i ma on centralnie w nosie to, co dzieje się poza parkiem. Lwy zjadają gnu, gnu zjada trawę, słonie jedzą drzewa a sępy jedzą wszystko co popadnie. I do tego taki nieograniczony przestwór tego parku. Po horyzont. Bezkres.&lt;br /&gt;Jedynym przeszkadzaczem są oczywiście ludzie w tych safari autach, ale to można pominąć.&lt;br /&gt;Jest tam po prostu pięknie.&lt;br /&gt;Ja nigdy nie uważałam się za jakąś szczególną miłośniczkę łona natury, choć odnosiłam się do niej z szacunkiem. Ale to doświadczenie przewróciło mi świat trochę.&lt;br /&gt;Jacy my jesteśmy ubodzy i biedni i nadzy z tym naszym betonem, asfaltem, tym przetworzeniem i przekształceniem. Z pustymi lasami. Z pustymi łąkami. Z tymi kilkoma sarenkami, niedźwiadkami i paroma ptaszkami. Bieda i nędza.&lt;br /&gt;Prawdziwe bogactwo jest tutaj. Nadchodzi z każdej strony, szczerzy kły, mlaska, wydaje jakieś swoje różne dźwięki, śmierdzi, merda ogonem, rozpościera skrzydła i pochyla się nad rozkładającą się śmierdzącą padliną. To oni są bogaczami. A my, pozbawieni natury białasy, ciągniemy tu dziesiątkami i tacy wygłodniali, spragnieni, jak hieny, próbujemy chociaż troszeczkę się tym posilić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chcę wracać do Europy po tym co tu widziałam. Nie chcę równych dróg, prądu, bieżącej wody, Internetu i całej reszty białych wymysłów. Wolę tę ciszę. Wiatr szumiący w nieszczelnym dachu mojego domku z gówna, palące słońce, cowieczorne koncerty świerszczy, kąpiele w gorącym źródle między drzewami w towarzystwie nietoperzy, tę ciszę, ten spokój, ten brak pośpiechu…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie jestem sobie w stanie wyobrazić powrotu do Warszawy. Na szczęście na razie nie muszę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślę sobie tylko czasem, że to jest takie miejsce, w którym mój Tato czułby się bardzo szczęśliwy. Może Enkai go tutaj przyprowadzi…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-1685305998923985031?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/1685305998923985031/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=1685305998923985031' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1685305998923985031'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1685305998923985031'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/08/safari-masai-mara-17-18082008.html' title='Safari Masai Mara 17-18.08.2008'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6249956155272460829</id><published>2008-08-23T13:17:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.650+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Kiwi ma Firestonki!!</title><content type='html'>W Afryce powstają rozmaite ciekawe wynalazki (np. flying toilet - wynalazek z Kibery*), powstają też ciekawe formy recyklingu. Jedną z nich jest wykorzystywanie zużytych opon na potrzeby przemysłu obuwniczego. Buty znane jako Tyre-shoes albo Firestone-shoes (po polsku – firestonki) można nabyć tu na każdym rogu i w co drugim sklepie. Wyrób jest prosty w konstrukcji, trwały i tani. Komfort chodzenia w tych butach dobrze odzwierciedla cenę (you get what you pay for :-P). Sprzedawane są one w rozmiarach odpowiadających angielskiej butowej rozmiarówce, co oczywiście nie oznacza, że rozmiar jest jakoś skrajnie ustandaryzowany – nie nie. Każda para jest tak niepowtarzalna jak paski na plecach żyrafy. &lt;br /&gt;Ponieważ mnie generalnie kręcą rozmaite lokalne dziwności – postanowiłam za 100 KSH (3,50 pln) nabyć takie buty, w rozmiarze 6 (bo nie mogą być za małe gdyż wtedy palce nie są odpowiednio chronione). W wyborze odpowiedniej pary towarzyszył mi naturalnie Simat, który to również zaoferował pomoc w dopasowaniu butów do mojej stopy. Dokumentacja fotograficzna znajduje się tu:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;http://picasaweb.google.com/ekijewska/KiwiMaFirestonkiCzyliButyZOpony&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Buty nabyłam w Maji Moto, u Aliego, mojego ulubionego sprzedawcy. Bo w MM są generalnie tylko 2 sklepy, jeden bar, jeden lokal 2w1 (hotel i rzeźnik), młyn do mielenia kukurydzy i ogólny syf. Zdjęcia z Szoping Center w MM przedstawiają się następująco:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;http://picasaweb.google.com/ekijewska/MajiMotoShopingCenter&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-------------------------------------------------------------------------------------&lt;br /&gt;* - flying toilet to taki kibelek dla biedaków. W Kiberze (slumsach nairobianskich) mieszka bowiem ok. 1 miliona ludzi, a toalet naliczyli tam zaledwie kilka tysięcy... Toteż mieszkańcy Kibery wymyślili flying toilet. Robią kupę do foliówki, związują na supełek i rzucają jak najdalej od swojego domostwa. Tym samym toilet jest dosłownie latająca. Biada tym, którzy na trajektorii lotu toalety się znajdują.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6249956155272460829?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6249956155272460829/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6249956155272460829' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6249956155272460829'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6249956155272460829'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/08/kiwi-ma-firestonki_23.html' title='Kiwi ma Firestonki!!'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-1938934093666788538</id><published>2008-08-08T16:30:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.650+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Simat - Mój Masajski Mąż</title><content type='html'>Niektórzy wiedzą juz o tym zapewne, ze mam Masajskiego Małzonka. Ma na imię Simat i należy do radosnego plemienia Ludzi Coca-Coli (bo Masaj jest jak Coca-Cola w butelce - czarny w całości i czerwoną ma etykietkę - szukę). A że tu Coca-Cola wszędzie i Masajowie wszędzie to tym bardziej. No i znak tuż przed Narok: "Welcome to the Coke Side of Life" mówi wszystko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak to? Zechcecie zapytać. No więc to tak, że tutaj jak kobieta idzie w towarzystwie mężczyzny to może to tylko i wyłącznie byc jej mąz. Nie ma szlajania się z kumplami po okolicy. I tak się jakos zdarzyło jakiś czas temu, że poszłam z Simatem (który pracuje z nami w charakterze kucharza-malarza-akrobaty i ogólnej złotej rączki) do Shopping Center (nazwa stosowana z dużym nadużyciem), gdzie znudzone dziećmi kobiety przesiadują na schodach sklepów i obserwują bacznie okolicę. No i nagle nadchodzi Simat, a za nim pełznie Mzungu. I już usta pełne plotek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia dowiedziałam się od naszej zaprzyjaźnionej Kanadyjki-Wolontariuszki Cheryl, że słyszała, że się wydalam za Simata. Później poszłam zrobić pranie nad rzeką (kolejne miejsce kongregacji kobiet) gdzie slyszałam tylko Mzungu, Simat, Simat, Mzungu. A wisienkę na czubek dołożył Salaton Ole Ntutu - wódz - który przyszedł i powiedział, ze juz zbiera krowy dla Simata, zeby mógł za mnie zapłacic i szykuje ceremonie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dodam tylko, że Simat jest najmłodszym synem jednej z Wdów z Salatonowej wioski. Ma lat koło 22, z tego co jest w stanie oszacować i grzecznie i potulnie uczy mnie Swahili.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A poza tym jest fanem Boba Marleya i od kiedy dostał mp3 zapełnioną Bobem właśnie, jego myśli krąża między Etiopia a Jamajką. Za cholerę sie nie da z chłopakiem porozumieć, więc w ciszy oczekujemy na wyczerpanie sie baterii...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale poza tym Simat złoty chłopak jest, pierze, sprząta, gotuje, nosi wodę, zbiera drewno, kosi trawę i za to szacun dla niego Coca-Colowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A! jeszcze jedno. Simat chce miec tylko 1 żonę, niewyrzezaną i 2 dzieci. I wie co to antykoncepcja, a nawet jak go zapytałam czy jest HIV positive czy negative jak pokroił sobie palca i go opatrywalam (sama mam dlonie jakbym walczyła z jeżozwierzem), to powiedział, że jeśli chcę to możemy pojechać do szpitala i zrobić odpowiednie badania. Normalnie człowiek żarówka - tak oświecony! :-P&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-1938934093666788538?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/1938934093666788538/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=1938934093666788538' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1938934093666788538'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/1938934093666788538'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/08/simat-mj-masajski-m.html' title='Simat - Mój Masajski Mąż'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8731346001136578266</id><published>2008-08-08T16:16:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.651+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Bardziej osobiście - na prośbę osób trzecich</title><content type='html'>Nie bardzo wiem co mogłabym napisać o bardziej osobistych odczuciach, poza tym, że spanie w namiocie przez miesiąc może wejść w krew i jest nawet całkiem przyjemne. Że cowieczorne ogniska bardzo zbliżają ludzi i że bardzo mi się tu podoba i chciałabym zostać jak najdłuzej, ale nie do końca zycia. Oznaczałoby to bowiem konieczność dostosowania się do panujących tu reguł. A jak niby przyzwyczaić się do tego, ze męzczyzna, do którego mówisz w połowie twojej wypowiedzi odwraca się i odchodzi? Hołdując zasadzie, ze mówiących kobiet słucha sie tak jak szczekających psów...&lt;br /&gt;Jak można się przyzwyczaić do tego, że kobiety harują jak woły a mezczyzni ze stoickim spokojem na to patrzą. I nie tylko Masajek to dotyczy. Gdy wyładowywaliśmy materiały z cięzarówki na budowę, która już się zaczęła, chciałam przestawić leżąca w naszym magazynie siatkę. Było jej z 5-6 rolek. Przeniosłam jedną, drugą, odwracam sie i widzę grupę 20 chłopa patrzących na moje poczynania. Powiedziałam im więc dobitnie, ze między mną a Masajkami jest pewna subtelna róznica. Nie będzie tak, ze ja bede pracowac a oni patrzec. Co najwyzej na odwrót. To się wszyscy nagle rzucili do tych 2-3 rolek, bo im Mzungu na honor wjechała...&lt;br /&gt;Ale generalnie Masajowie mają świetnie wyrobiony tryb Stand-By. Jak tylko widzą jelenia, który mógłby pracować za nich, to pach, rączki w kieszonki i obserwacja.&lt;br /&gt;Leniwce...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8731346001136578266?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8731346001136578266/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8731346001136578266' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8731346001136578266'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8731346001136578266'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/08/bardziej-osobicie-na-prob-osb-trzecich.html' title='Bardziej osobiście - na prośbę osób trzecich'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-9195753356240141456</id><published>2008-08-08T16:09:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.651+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Maji Moto bez światła...</title><content type='html'>W Maji Moto nie ma prądu (szokujące, prawda?), o biezacej wodzie też tylko legendy krążą, w związku z czym pobiera ją się w źródle (Enkare Nairowa = Maji Moto = Hot Water = Gorąca Woda), nalewając do kanistrów i taszczy się tę wodę do swojej wioski, czasem nawet kilkanaście kilometrów. Oczywiście noszenie wody to obowiązek kobiet. Masaj tak ciężką pracą swych rąk nie kala. A co do prądu - w najnowocześniejszym Kraalu w okolicy (czytaj - w Wiosce Wdów) jest solar, inwerter i akumulator i jest to miejsce gdzie można naładować komórkę i laptopa za odpowiednio 20 i 100 KSH. Pieniądze trafiają do Wdowiego Gara, który ze względów kulturowych zazwyczaj jest pustawy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Maji Moto to idealne miejsce na koncert unplugged. Bo nie ma chu-chu żeby się tu gdziekolwiek wpluggować.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-9195753356240141456?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/9195753356240141456/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=9195753356240141456' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/9195753356240141456'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/9195753356240141456'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/08/maji-moto-bez-wiata.html' title='Maji Moto bez światła...'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-5296052330919829131</id><published>2008-08-08T15:45:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.651+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>Życie Maasaja jako choroba zawodowa</title><content type='html'>Jak to jest z tymi Masajami? Z jednej strony śliczni chłopcy i dziewczęta w czerwonych strojach, bo czerwony to boski kolor, a z drugiej strony to tak pięknie nie jest...&lt;br /&gt;Ale od początku.&lt;br /&gt;Masaj rodzi się dzięki grawitacji. Matka rodzi go na stojąco. Grawitacja ciągnie go za główkę w dół. Być może już to powoduje ich późniejsze głupie pomysły. Ale mimo wszystko jest to jednak troszkę męczące dla Masajskiej Matki. Jakoś słabo sobie wyobrażam 8 godzinny poród z komplikacjami na stojąco. Słabo mi na samą myśl, że miałabym przez 8 godzin STAĆ, a co dopiero rodzić... Kosmos...&lt;br /&gt;Jak już Masaj urodzony, to jest z górki. O ile oczywiście jest chłopcem. Bo z dziewczynkami jest znacznie mniej ciekawie...&lt;br /&gt;W wieku 9 lat są one wyrzezane.&lt;br /&gt;9 letnie dziecko, zanim dostanie pierwszą miesiączkę, zanim zaczną roznąć jej piersi i w ogóle zanim odkryje na czym tak na prawdę polego różnica między płciami, zostaje pozbawiona łechtaczki. Choć to duże uogólnienie.&lt;br /&gt;Zabieg wyrzezania odbywa się w domu (przypominam, że jest to chatka z gówna), za ręce i nogi trzymają ją tacy lokalni odpowiednicy rodziców chrzestnych, a jedna z kobiet z wioski, zwykle starsza często jakaś zielarka, wróżka czy inna wiedźma, przy użyciu żyletki, zaostrzonego kamienia lub kawałka metalu przypominajacego grot strzały wycina WSZYSTKIE TKANKI z dziecięcego krocza, aż poczuję gołą kość łonową pod palcami.&lt;br /&gt;Całe to wyrzezanie oczywiście tylko po to, żeby zachować czystość. Ponieważ dziewczyna, która zaszłaby w ciąże przed wyrzezamiem zostaje wyrzucona ze społeczności. Stąd ten wiek. 9-latka raczej w ciążę nie zajdzie.&lt;br /&gt;Po zabiegu wielka krwawiąca rana polewana jest śmietaną, a nogi dziewczyny podwiązane tak, aby nie mogła ich złączyć i aby przez to rana nie zabliźniła się nie pozostawiając żadnej dziurki. Bo przecież chociaż jedna dziurka potrzebna jest Masajom płci męskiej, aby mogli skonsymować dobrze wyżezane małzeństwo. Po kilku dniach, dziewczynka naturalnie może wrócić do swojej codziennej pracy - czyli tachania wody ze źródła do wioski, przynoszenia drewna na opał, jak również może zacząć sie przygotowywać do zamążpójścia, które następuje wkrótce po pierwszej miesiączce.&lt;br /&gt;Potem już tylko odpowiednia ilość krów ofiarowanych jej ojcu jako zapłata i szczęśliwe pożycie gwarantowane. Im więcej krów tym szczęśliwsze, naturalnie...&lt;br /&gt;Z tym, że Masajka raczej na dozgonną miłość męża to liczyć nie może. Masaj kocha (?) żonę swą do momentu, w którym mu się nie znudzi lub do dnia w którym spodoba mu się inna Masajka. Wtedy może nabyć drogą kupna  nową żonę, naturalnie świeższą, nieużywaną, fajnie wyrzezaną czarnulkę, która będzie mu służyć. Jak również jego przyjaciołom. Bo przecież wszystkim trzeba się dzielić, żonami też.&lt;br /&gt;Żona numer X, jeśli zostanie wydana za starego grzyba (a Ci najczęściej są bogatsi niż młodzi chłopcy), może liczyć na rychły zgon męża, ale wtedy już nigdy z nikogo za mąż nie wyjdzie. Bo recyklingu się tu nie stosuje. W żadnej dziedzinie. Jeśli ma szczęście i brat jej męża zechce ją odziedziczyć wraz z krowami (albo jeśli syn jest wystarczająco dorosły). Gorzej jeśli nie chce. Wtedy Masajka pozbawiona prawa posiadania ziemii i bydła, zostaje bez środków do życia ale za to z gromadką dzieci. Bo o antykoncepcji słyszeli tu tylko najbardziej światli obywatele, a i ci tylko słyszeli. W praktyce antykoncepcja stosowana jest tylko u kóz i owiec. A ludzie to przecież istoty wyższe, antykoncepcja im nie potrzebna...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-5296052330919829131?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/5296052330919829131/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=5296052330919829131' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5296052330919829131'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/5296052330919829131'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/08/ycie-maasaja-jako-choroba-zawodowa.html' title='Życie Maasaja jako choroba zawodowa'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7615853574914681651</id><published>2008-07-31T12:53:00.002+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.652+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>18.07.2008 – Piątek</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Przyspieszony kurs jazdy po lewej stronie i jednoczesnej fotografii.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Straszne są drogi w tej Kenii… Doszłam do wniosku, że kolory dróg na mapie odpowiadają kolorowi ziemi, która została ubita i służy do jazdy. Np. droga z Narok do Masai Mara jest na mapie oznaczona kolorem czerwonym. Jedzie się tutaj po czerwonym żwirku, który ktoś dla fantazji posypał asfaltem jak kruszonką. Cudowna przygoda. Z kolei droga odchodząca od w/w w stronę Maji Moto ma na mapie kolor żółty i z przymrużeniem oka odpowiednim, można stwierdzić, że jest ona rzeczywiście żółta. Choć bliżej jej do brudnego beżu, względnie do pylistego syfu. Do tego ukształtowana dość fikuśnie w koleiny, dziury, rowy, wyżłobienia po zeszłorocznych deszczach itp, stanowi całkiem fajny tor do treningu przed rajdami typu Paryż-Dakar. Jak do listopada nie nabawię się pylicy od jazdy tymi drogami, to wystartuje w takim rajdzie. Matizem, żeby nie było żadnych ułatwień ani udogodnień. Pewnie i tak będzie wygodniej niż w simbusie, który jest toyotą wymyśloną dla wybitnie małych ludzi. Na nic nie ma miejsca, szczególnie zaś na prawy łokieć, który za sprawą lewostronnego ruchu pozostaje bezrobotny. Jego przedłużenie odpowiada za włączanie kierunkowskazów. Pierwsze próby ich włączania zakończyły się dla mnie machaniem wycieraczkami.&lt;br /&gt;Oczywiście nie jest tak, że jeździłam sobie bez celu – pojechaliśmy kosić trawę na dach chatek. Jak wracałam z pierwszym ładunkiem, po drodze spotkałam wielkie stado Thompsonów (małych antylopek). Było ich około 30. Ponieważ nie mogłam się zatrzymać bo zwierzaki mi uciekały, zaczęłam jechać za nimi i jednocześnie robić zdjęcia. No i droga nie sprzyjała. Ale kilka ładnych fotek udało się strzelić.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7615853574914681651?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7615853574914681651/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7615853574914681651' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7615853574914681651'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7615853574914681651'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/07/18072008-pitek.html' title='18.07.2008 – Piątek'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-3158046115270311892</id><published>2008-07-31T12:53:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.652+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>17.07.2008 – Czwartek</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Narok – miasto piachu, syfu, kurzu, brudu i śmieci.&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;W końcu nadchodzi mój czas na kontakt z cywilizacją!!!!!! INTERNET J&lt;br /&gt;A wyobrażacie sobie, że przez tydzień można nie odbierać poczty, nie sprawdzać newsów, nie ggadać, nie czatować i w ogóle mieć komputer ogólnie w dupie? Naprawdę. Za to można co wieczór siedzieć przy ognisku w pełni księżyca i słuchać świerszczy, które są tu wielkości myszy. I przyglądać się nietoperzom w kolorze pomarańczowym.&lt;br /&gt;Narok jak to Narok – syf malaria nabiera nowego znaczenia J podobnie jak syf, kiła i mogiła :-P&lt;br /&gt;Fajne w Narok jest tylko to, że kupuje się tam jedzenie. I to nie byle jakie. Tym razem kupujemy np. avocado w cenie 10 KSH (33 grosze) za sztukę. Każde z nich wielkości strusiego jaja, do tego miękkie i pachnące. Oprócz tego banany, papaje i mango, które są jak małe arbuzy. Wiele rzeczy można Afryce zarzucić, ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że nie mają fajnych owoców. Słaby mają za to chleb. Jedzą chleb tostowy tylko. W końcu to brytyjska kolonia. Aż żałujemy, że nie jesteśmy w Mozambiku, gdzie jak przystało na prawie francuzów, serwuje się bagietki i inne francuskie bułeczki-pierdolniczki.&lt;br /&gt;Wracając z Narok mam swoje pierwsze przeżycia z dziką zwierzyną. Widziałam zebry, strusia, impale, a potem jeszcze małpy. Jakieś takie szare puszyste z długimi pokręconymi ogonami.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-3158046115270311892?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/3158046115270311892/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=3158046115270311892' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3158046115270311892'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/3158046115270311892'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/07/17072008-czwartek.html' title='17.07.2008 – Czwartek'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-2136547848208603484</id><published>2008-07-31T12:52:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.653+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>16.07.2008 – Środa</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Kaja choruje na malarię, a ja pilnuję domków z gówna i robię obiad.&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Przechodzę dzisiaj szybki kurs gotowania sukumy. Sukuma to daleka afrykańska krewna szpinaku. Równie smaczna. Serwuje się ją na każdy obiad, bo jest zdrowa i pożywna. Wszyscy lubimy sukumę. Oprócz sukumy jest fasolka szparagowa (mniam) i mashed-potatoes, czyli takie puree z jakimś grochem w środku, cebulką, pomidorkiem. Mniam. Całkiem smaczne. Robię z przepisu Daniela. Jedynym problemem jest to, że jak na 7 osób to trochę małą porcję przygotowuję. Ale za to na deserek wcinamy BANANY Z GRILLA. W ogóle w Kenii jest zylion rodzajów bananów, jak jabłek w Polsce, a moje ulubione dotychczas to takie małe bananki, które smakiem przypominają bardziej mango niż banana. PYCHA.&lt;br /&gt;Kaji malaria polega na tym, że nikt nie pozwala jej nic robić, więc jest bardziej wściekła niż chora. Ale rzeczywiście jak wybieramy się na spacer, to zaczyna kręcić jej się w głowie, więc ląduje w namiocie.&lt;br /&gt;Tak jeszcze kilka zdań o tym gotowaniu. Otóż, proszę sobie nie myśleć, że to cokolwiek przypomina gotowanie w Polsce. Tu musi być dużo, tanio i pożywnie. Potem musi być gotowane, nietrujące, a dopiero później smaczne. Na szczęście my nie zapominamy o smaku, przyzwyczajeni do frykasów Daniela. No i oczywiście pewnym utrudnieniem jest to, że wszystko gotuje się na palenisku, nad żywym ogniem, który ciężko kontrolować i nigdy nie wiadomo, czy już jest wystarczająco duży żeby podgrzać olej na patelni, czy też może zupełnie nie, ale sprawia pozory. No i strasznie konsumuje czas taka nierówna walka z ogniem. Ale przecież skoro ludziom udało się dożyć 21 stulecia i przeszli przez etap gotowania na palenisku, to i nam się udać musi, choćby gotowanie obiadu miało trwać 2,5 godziny (bo tyle mniej więcej mi zajęło). Walka o ogień zakończona sukcesem.&lt;br /&gt;No i przyznaje się – oszukiwałam trochę – nalałam sobie nafty, żeby się lepiej paliło na początku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-2136547848208603484?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/2136547848208603484/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=2136547848208603484' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2136547848208603484'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2136547848208603484'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/07/16072008-roda.html' title='16.07.2008 – Środa'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-4822447727656370963</id><published>2008-07-31T12:51:00.002+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.653+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>15.07.2008 – Wtorek</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Lato w Maji Moto&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Jak to zwykle bywa z porami roku – po zimie przychodzi lato. Tak też jest u nas. W dniu dzisiejszym słońce szaleje – od rana krem z filtrem, a potem i tak spieczone ramiona J Jest tak milusio i cieplutko. Taką Afrykę kochamy. Ponieważ cała trójka pojechała do Narok, żeby odebrać Maję, Piotra i Dorotę (więcej wolontariuszy nadjeżdża) i żeby się przebadać (bo Kaja i Leszek nie czują się najlepiej), Kiwi została sama na polu walki. Poza małym opalaniem, chwilą czasu do namysłu, czasem na prysznic – W  KOŃCU – zrobiłam sobie małą wycieczke z Salatonem po kraalach – czyli wioskowych zagrodach. To co tam jest przechodzi ludzkie pojęcie. Ludzie siedzą na kupie piachu, oparci o domki z gówna, muchy wokół nich krążą (nie żeby wokół nas nie krążyły, ale nam to przeszkadza, a im jakby mniej) i do tego jeszcze wszechobecny aromat krowiej kupy. No cud po prostu. No i jeszcze dzieciaki! Obraz nędzy i rozpaczy. 3 letnie dzieci wyglądają, jakby nigdy nie widziały wody. Albo raczej jakby ta woda nigdy nie miała styczności z ich twarzami. Koszmar. Polskie brudne dzieci to w porównaniu z tymi murzynkami szczyt sterylności. I dodajcie sobie do tego fakt, że murzynki są czarne, więc gorzej na nich widać brud. Bardzo strasznie się to przedstawia.&lt;br /&gt;Żeby trochę odmienić ich sytuację, postanowiliśmy przeprowadzić grę. Weźmiemy 15 dzieci i 15 misek, każde dziecko będzie musiało opłukać buzię. Potem zabieramy jedną miskę, a jedno dziecko, któremu nie uda się dorwać własnej miski – odpada z gry. Zwycięzca – z najczystszą buzią, dostanie nagrodę. Postanawiamy przeprowadzić te manewry po konsultacji z wodzem. Wiemy, że mycie raz na 3 lata, to nie koniecznie jest ten cel ostateczny, który chcielibyśmy osiągnąć, ale może to jakiś krok. Może się okaże, że dzieciakom podoba się bycie czystym, że sami będą dbać o wycieranie gluta spod nosa. Mamy taką nadzieję.&lt;br /&gt;Wieczorkiem wraca wesoła ekipa, jest już ciemno, a ja jestem jakby głodna. Cała piątka, w wesołych nastrojach siada do kolacji. Jak się okaże zaraz – do ostatniej wieczerzy. Makaron z tuńczykiem. MNIAM.&lt;br /&gt;Przy kolacji dowiadujemy się, że Kaja ma Malarię. Ale na szczęście wcześnie wykrytą, więc objawia się tylko lekkimi zawrotami głowy. Czyli wróg nie śpi.&lt;br /&gt;A potem, nagle, okazuje się, że nasz kucharz, Daniel, odchodzi. Auć. Nie będzie już full wypas śniadań, ani tego rodzaju kolacji. Wszyscy płaczemy z rozpaczy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-4822447727656370963?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/4822447727656370963/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=4822447727656370963' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4822447727656370963'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/4822447727656370963'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/07/15072008-wtorek.html' title='15.07.2008 – Wtorek'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-2165984940967672808</id><published>2008-07-31T12:51:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.653+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>14.07.2008 – Poniedziałek</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Zima w Maji Moto&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;W lipcu w Maji Moto jest zima. Kto by pomyślał J Okazało się, że to może być całkiem zimna zima – czego doświadczyliśmy w dniu dzisiejszym. Dzielna 3-osobowa ekipa wyruszyła w tournee po okolicy, a ja zostałam w naszym obozowisku, żeby nadzorować pracę naszych ulubienic – tak zwanych Mamas. Dzisiaj wylepiały pozostałe ściany od zewnątrz.&lt;br /&gt;Ale wracając do zimy. Na zimę w wydaniu Afrykańskim w ogóle nie byłam gotowa, szczególnie jeśli chodzi o tzw. Przyodziewek :P Do Kenii pojechały ze mną tylko 2 bluzy i jedna kurtka wiatrówka, bo wydawało mi się, że przecież to wystarczy. No jednak nie. Jest zimno, a to uczucie potęgowane jest przez wiejący ciągle wiatr. Wprawdzie w cieplejsze dni wiatr ratuje sytuacje, ale tak jak dzisiaj, mógłby sobie chłopak odpuścić.&lt;br /&gt;Miałam się dziś w końcu wyplumplać, ale jak się myć w chatce z dziurawych desek, kiedy woda niemalże zamarza na plecach. Więc nie ma mycia. Dla białego człowieka brak kąpieli od piątku do poniedziałku jest nieco niewyobrażalny, ale generalnie biała wyobraźnia na niewiele się tu zdaje.&lt;br /&gt;W Maji Moto, oprócz naszego siedliska białych, jest jeszcze jeden wysunięty biały punkt – Cheryl. Kanadyjka lat 46, która sprzedała swoją firmę, swój dom i wszystko inne i wyruszyła najpierw w 2-letnią podróż po Ameryce Południowej a potem przyleciała do Afryki. I oto jest tutaj od 20. czerwca. Taka trochę biała Masajka , ale w sumie dobra z niej kobieta. Poszłyśmy dziś z Martą pokazać jej zdjęcia wdów pracujących przy naszej Manyacie (domku z gówna). Siedziałyśmy popijając herbatę z mlekiem, toną cukru i dwiema tonami masali (słabo czuć smak herbaciany w tym napoju, ale wierzymy na słowo, że to herbata), aż tu nagle ni stąd ni z owąd do domku wchodzi Salaton (wódz, zwany również Kapitanem Planetą) i Helen (czyli nauczycielka, przyszła dyrektorka, dla nas Żaba). Ciekawi ludzie…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-2165984940967672808?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/2165984940967672808/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=2165984940967672808' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2165984940967672808'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/2165984940967672808'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/07/14072008-poniedziaek.html' title='14.07.2008 – Poniedziałek'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-7469632845891435837</id><published>2008-07-31T12:50:00.001+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.654+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>13.07.2008 – Niedziela</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Chatki z gówna&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Każdy tutaj ma jakieś swoje zajęcia – Kaja (która kończy ASP) zajmuje się około-plastycznymi bajerami, Leszek – student budownictwa na SGGW, ogarnia plany, budowy i inne takie, Marta – Marta głównie trenuje asertywność i oczywiście trzyma to w kupie. No a ja – ja się tradycyjnie głównie wymądrzam i robię to co lubię najbardziej – finger management ;-)&lt;br /&gt;Ponieważ dotychczas nasza ekipa miała problem ze zmotywowaniem do szybkiej pracy kobitek lepiących nam domki z gówna, mi powierzono to jakże ważne i ambitne zadanie. Zmotywować kobiety którym się nie chce, z którymi nie umiem się porozumieć (bo one mówią tylko w Maa, a ja co najwyżej po niemiecku), które robią coś o czym ja nie mam zielonego pojęcia (nigdy wcześniej nie widziałam jak powstaje coś z niczego)… No ale, co to dla mnie. Ponieważ każda kobieta jest próżna, bez względu na to czy jest Masajką czy Mzungu, biorę aparat i strzelam dziewczynom fotki przy pracy. Świetnie to działa – w jeden dzień oblepiają kupą półtorej ściany chatki. Wielki sukces. A przy tym strasznie im się podoba, że ktoś wykazuje zainteresowanie ich pracą. Gdy tylko podnoszę aparat, uśmiechają się do mnie, pozują, stają się prawdziwymi modelkami. Jestem w szoku.&lt;br /&gt;Najbardziej podoba mi się sposób porozumiewania z nimi – one nawijają do mnie w Maa, uśmiechając się przy tym szeroko swoimi białymi zębami, a ja odpowiadam im po Polsku. Rozumiemy się świetnie. Największy ubaw dziewczyny mają jak podwijam sobie spodnie, bo jest gorąco. Moje blade nogi robią szał, wszystkie podchodzą i śmieją się pokazując raz na moje, raz na swoje łydki. No przy nich to rzeczywiście jestem blada jak ściana…&lt;br /&gt;W kulturze Masajów sprawa wygląda tak, że to kobiety robią wszystko. Mężczyźni tylko wypasają krowy. I tylko krowy. Bo wypas kóz należy do obowiązków dzieci. Toteż nie wszystkie dzieci chodzą do szkół, albo zaczynają edukacje późno. Oczywiście kobiety chodzące do szkoły to już w ogóle jakiś chory wymysł białych ludzi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-7469632845891435837?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/7469632845891435837/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=7469632845891435837' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7469632845891435837'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/7469632845891435837'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/07/13072008-niedziela.html' title='13.07.2008 – Niedziela'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-8715147931300087679</id><published>2008-07-31T12:48:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.654+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>12.07.2008 – Sobota</title><content type='html'>&lt;strong&gt;Droga do Narok&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;O 7.30 zostałyśmy zbudzone przez naszego gospodarza, Alwina, zeszłyśmy na śniadanie (serwowano ichniejsze pączki w kształcie mini-poduszeczek, nazywają się „mandazi”, i herbatę z masalą w takich ilościach, że miałam wrażenie, że piję masalę wymieszaną z wodą), a potem szybko na dworzec Matatu. Dworzec to w ogóle duże słowo jak na to, co się tam działo. Setki rozmaitych mini-busów, busów i autobusów stojących na ulicach i wymalowanych na krzykliwe kolory wszelkimi różnymi wzorami a gdzieniegdzie na tylniej lub bocznej szybie do przechodniów wrzeszczy napis: „Jesus is the answer” albo „Christ will save you”. Po 30 minutach poszukiwań odnajdujemy w końcu uliczkę na której stoją Matatu do Narok, znajdujemy taki egzemplarz, który jest już pełnawy, ładujemy do niego nasze bagaże (do bagażnika, co nie jest takie oczywiste), wsiadamy na sam koniec busa, dosiada się do nas jeszcze jeden pan i wesoła 12-osobowa ekipa (w tym tylko 2 Mzungu, które zostały orżnięte na 50 szyli przez pana Conducta, który skasował 400 KSH od sztuki zamiast 350… no ale, miałyśmy 60 kg bagażu, więc niech im będzie) rusza w drogę.&lt;br /&gt;Z Nairobi wyjeżdżamy na główną kenijską drogę – łączącą Mombasę, Nairobi i miasta nad jeziorem Wiktorii. Do momentu gdy nie skręcamy na drogę do Narok, nawet można było się chwilę zdrzemnąć. Potem już tylko wyboje i pył. Nasze Matatu ma samo-otwierającą się szybkę, która gwarantuje klimatyzację pojazdu oraz dostarcza ciągle świeżego pyłu do wnętrza, który upodobał sobie nasze nosy i usta i pakuje się do nich ile sił wlezie. Szybka ma jeszcze jedno zastosowanie – gdy zatrzymujemy się bodajże w Naivasha, żeby siedzący obok nas Pan mógł naładować kartę telefoniczną, z każdej strony nadbiegają do nas ludzie, którzy mają wszystko do sprzedania – od jogurtów, przez cukierki po świeże owoce. Nawet doładowania do telefonów sprzedają, tj. dajesz takiemu delikwentowi 100 szylingów, on biegnie do kiosku Safaricomu lub Celtela, których w tym kraju nie brakuje, i po chwili przynosi Ci doładowanie, nie musisz ruszać się z miejsca. Ja byłam zszokowana, jak dużym zaufaniem społecznym cieszą się Ci sprzedawcy, w Polsce nikt nie dałby 35 złotych obcemu człowiekowi siedząc w samochodzie z którego nie wydostanie się za szybko.&lt;br /&gt;Droga do Narok jest nieporównywalna z żadnym europejskim zjawiskiem drogowym. Po prostu nie da się tego opisać, trzeba tego doświadczyć. Miałyśmy naprawdę bardzo dużo szczęścia, że nie padało i droga była sucha i twarda. Gdyby przyszło nam jechać w deszczu lub po nim, znacznie bardziej przydatna byłaby amfibia, podejrzewam, albo czołg.&lt;br /&gt;A teraz słów kilka o moim sąsiedzie z siedzenia obok. Był to mianowicie elegancki murzynek, w garniaku i fioletowej koszuli, lat ok. 40, czytający, mówiący po angielsku i generalnie prawie szarmancki i fiufiu. Najpierw niewinnie prowadził rozmowę o tym co my tu robimy, jakie mamy plany, ile będziemy w Kenii, dokąd jedziemy itp. Potem zaczęły padać pytania o wiek, stopień pokrewieństwa i inne, w tym o numer telefonu. A następnie kolega zadal podchwytliwe pytanie, czy nie chciałabym zamieszkać w Kenii. Odpowiedziałam mu oczywiście, że chciałabym, no bo po co facetowi tłumaczyć, że nie. A on na to wypalił z pytaniem, czy nie chciałabym mieć kenijskiego męża, bo on czuje że dobrze by się sprawdził w tej roli. Odpowiedziałam mu, że niestety w naszej kulturze, to kobiety przejmuja kontrolę nad mężczyznami i że pewnie trudno byłoby mu się z tym pogodzić. W odpowiedzi usłyszałam, że on jest gotowy na wszelkie ustępstwa, jako że jest człowiekiem kompromisu, po czym zapytał czy umiem gotować. Dla własnego bezpieczeństwa skłamałam, że nie, co spotkało się z uśmiechem i stwierdzeniem, że przecież zawsze mogę się nauczyć ;-). Potem dowiedziałam się, że mój sąsiad pracuje jako wielka szycha w lokalnej fabryce herbaty w Kisi i zaprasza mnie i Martę na cudowny herbaciany weekend. Jak to stwierdził: „You should see it, tea is very beautiful as a bush”.&lt;br /&gt;Podróż do Narok trwała ponad 3 godziny, po drodze widziałam Wielki Rów Afrykański oraz kilkanaście Impali (to rodzaj gazeli czy innej antylopy – taka lokalna sarenka), pierwszą z nich przywitałam takim okrzykiem, że wszyscy współpasażerowie popatrzyli na mnie jak na debila. No ale cóż, ja byłam tym wszystkim tak podniecona, że nawet nie zauważyłam, że w pewnym momencie bagażnik, który był zamknięty na słowo honoru i sznurek, otworzył się i nasze bagaże zaczęły się przygotowywać się do opuszczenia pojazdu. Na szczęście mój potencjalny małżonek wykazał się mega-czujnością i zawiadomił kierowcę o zaistniałym zagrożeniu dla naszego dobytku. Bagaże zostały uratowane a klapa od bagażnika została przywiązana do auta tak, że aż do Narok był z nią spokój.&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Lądowanie w Narok&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Koło 12:30 w końcu dojechałyśmy do Narok. Nasze wymasowane na wybojach kiszki domagały się co najmniej czegoś do picia. Poszłyśmy więc do zaprzyjaźnionego Spears Hotel, który jest w najbardziej PREMIUM miejscem do spania, ma nawet własną knajpę. I można wynająć pokój z łazienką, co polecałabym na wypadek dłuższego pobytu, bo w ogólnodostępnej łazience jest po prostu dziura w ziemi zamiast sedesu. Trzasnęłam sobie colę przez słomkę (jak się dowiedziałam, jest to sposób dbania o higienę, natomiast sposobu dbania o czystość ulic nikt jeszcze w Kenii nie wymyślił), wypaliłam papierosa, i poczułam, że może wcale nie będzie tak źle, jak spodziewałam się, że będzie. Ale wszystko jeszcze przede mną.&lt;br /&gt;Po 15 minutach od naszego przybycia w Hotelu pojawiła się Sheryl. Kanadyjka, która przyjechała pomóc Masajom na wszelkie możliwe sposoby. W Amerykański naiwny „I love everybody” sposób. Usiadłyśmy sobie razem przy stole w restauracji hotelu Spears i siedziałyśmy i rozkminiałyśmy co by tu jeszcze zdziałać, żeby było zdziałane.&lt;br /&gt;Sheryl opowiedziała nam trochę jak wygląda życie w Maji Moto z perspektywy Mzungu, jak się sprawują nasi dzielni wolontariusze i co tam słychać u naszych lokalnych partnerów w tym przedsięwzięciu. Po jakimś czasie w tym samym miejscu pojawiła się właśnie Helen (lokalna nauczycielka, przyszła dyrektorka szkoły w Maji Moto) i Salaton (czyli wódz wioski i główna siła sprawcza tego wszystkiego).&lt;br /&gt;Koło 15:00 do miasta nadjechała Maja i Wojtek, zrobiliśmy szybki szoping i wyruszyliśmy Simbusem (toyotą – pick-up’em) do Maji Moto. Ponieważ w środku są tylko 2 miejsca, ja i Marta oraz nasze plecaki i zakupy przebyłyśmy całą drogę na pace. Widoki niezapomniane. Kenia to jednak piękny kraj…&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Mzungu Camp&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Po 40 minutach drogami w różnym stanie (od przyzwoitego asfaltu po rozorany piach) dotarliśmy do Maji Moto, do naszego Mzungu Camp. Zrobiłam kilka zdjęć, które wrzuciłam na Picase, więc nie będę się rozpisywać. Rozbiłyśmy sobie z Martą namiot, zjedliśmy pyszny obiad ugotowany przez Daniela, naszego campowego kucharza-Masaja (Daniel to imię, którym posługują się głównie Mzungu, jego prawdziwe imię masajskie do Sajmion). Takie rzeczy chłopak potrafi wyczarować z ziemniaków, fasoli i mąki kukurydzianej, że ludzkie pojęcie przechodzi. Oznacza to również, że nie będę musiała martwić się o zakup nowych ciuchów w listopadzie ;-) przy takim wikcie nie da się być głodnym :) Na miejscu oprócz nas dwóch, są jeszcze Kaja i Leszek.&lt;br /&gt;Ponieważ Maja i Wojtek następnego dnia ruszają do Nairobi (Wojtek wraca do Polski), następuje robocze przekazanie pałeczki – Marta przejmuje dowodzenie.&lt;br /&gt;O 19.00 jest tu już naprawdę ciemno, tylko księżyc świeci (na tyle jasno, że można bez latarki dojść do kibelka ;-P). Jak tylko zachodzi słońce, momentalnie robi się zimno. Siadamy sobie przy ognisku i knujemy nasz spisek dalej. Koło 23 wszyscy są już w łóżkach, bo trzeba wstać o 6:50.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-8715147931300087679?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/8715147931300087679/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=8715147931300087679' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8715147931300087679'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/8715147931300087679'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/07/12072008-sobota.html' title='12.07.2008 – Sobota'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5274022193946772385.post-6591669817155068913</id><published>2008-07-31T12:45:00.000+03:00</published><updated>2010-01-08T16:31:11.655+03:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kenia'/><title type='text'>11.07.2008 – Piątek</title><content type='html'>2 loty – 3 lądowania&lt;br /&gt;6.00 - Wyruszamy z Warszawy&lt;br /&gt;Terminal 2 przywitał nas pustym miejscem parkingowym pod samym wejściem (jak miło) i okropnie długą kolejką do Check-in'u, czego można się spodziewać po Polskim, oddanym w bólu lotnisku. Ale już po 30 minutach odprawiamy się, zanosimy nasze plecaki do punktu oddawania niewymiarowych bagaży i możemy śmigać na samolot. Parę soczystych buziaków każdy z każdym przed przejściem za magiczną granicę i już – jesteśmy w drodze do Afryki.&lt;br /&gt;Potem jeszcze tylko szybki zakup wódki i papierosów w strefie bezcłowej, przez co wchodzimy ostatnie do samolotu i rach ciach pach – 7.00 – kołujemy i odlatujemy do Brukseli&lt;br /&gt;9:10 - Lądowanie w Brussels.&lt;br /&gt;Lądujemy i okazuje się, że w 1:30 h które mamy musimy przejść od Gate A36 do B20, jeszcze wszystko do nas mówi po flamandzku (BLE) albo po francusku (JESZCZE GORZEJ), jakby nie można było w jakimś cywilizowanym języku ;-). Po drodze wpadamy na mega korek między terminalami, bo przecież trzeba sprawdzić jeszcze raz wszystkich na wypadek gdyby przez przypadek chcieli przenieść jakieś ostre narzędzie w bagażu podręcznym, które zmaterializowało im się miedzy wkroczeniem na lotnisko a tymi bramkami… Ja w moim podręcznym bagażu miałam laptopa, aparat i te mini-płyny zgodnie z najnowszymi trendami bezpieczeństwa i okazało się, ze musze to wszystko powyjmować, bo może jednak cos ukrywam. A tu kolejka, tabuny ludzi, wszyscy w pośpiechu, no koszmar.&lt;br /&gt;W końcu docieramy do miejsca przeznaczenia. Pod bramką B20 jest 288 pasażerów czekających na otwarcie samolotowych drzwi, z czego jedna silna grupa to wielokolorowe Amerykańskie dzieciaki (spośród których dwoje zostało wyrzuconych z lotniska w Brukselce za palenie w toalecie, wiec do Kenii nie dolecą), druga zaś – Murzynkowie Rozmaici, których ogólnie można podzielić na 2 podgrupy – europejczycy wracający na ziemie przodków – nic szczególnego, oraz Afrykańczycy, czyli kalejdoskop, feeria kolorów, fryzur (co Afrykanki robią ze swoimi włosami to ludzkie pojęcie przechodzi), dzieciaków, falban i korali, złotych gadżetów – normalnie jak w Bollywoodzkim filmie gdy tańczą, tylko bez Hindusów i bez tańca J&lt;br /&gt;10.40 – Lot do Nairobi&lt;br /&gt;Wchodzimy do samolotu, siadamy na naszych miejscach i lecimy do Nairobi, z krótkim międzylądowaniem w Eddebe (podpowiem – Uganda). Tam wymieniamy różnych podróżnych na głównie czarnych podróżnych, wśród nich dziecięcą drużynę piłkarską w pięknych dresach pumy, którą Stewardesy i ich Trener (śliczny Murzynek z wielkimi białymi oczami) próbował okiełznać, z co najmniej średnim rezultatem. Za to oczy miał hipnotyzujące.&lt;br /&gt;Najpiękniejszy widok w czasie całego lotu – Sahara. Byliśmy 12 tys. metrów n.p.m. a przejrzystość powietrza była taka, jakbyśmy lecieli tuż nad ziemią. Wielki czerwony niekończący się pustynny pofalowany krajobraz. Europa z lotu ptaka wygląda jak, nie przymierzając, połatany turecki sweterek w paskudnych kolorach, podczas gdy Sahara przypomina falującą czerwono-ceglastą tkaninę. No cudo!&lt;br /&gt;Od 19.30 jest ciemna CZARNA noc. W końcu jesteśmy już w bliskich okolicach Równika.&lt;br /&gt;AFRYKA (w końcu i nareszcie)&lt;br /&gt;21.37 (czyli 20.37 Polskiego czasu) – Lądujemy w Nairobi. Lądujemy na Jomo Kenyatta International Airport. Lądujemy w latach 60-tych XX wieku.&lt;br /&gt;Lotnisko robi wrażenie, bez dwóch zdań. Wrażenie zabytku, w którym ktoś obok kenijskich odpowiedników Bawarskich Landschaftów powiesił nowoczesne bilboardy czy inne tablice mieniące reklamami. Kupujemy kenijskie karty sim (ciekawe jest to, że dla konsumentów takich pojedynczych w ogóle nie ma ofert abonamentowych – tylko pre paid, a z drugiej strony Nokia daje im jakieś dumpingowe ceny), wymieniamy dolki na szyle i brniemy po wizę. W ostatnim momencie przypomina mi się, że nasza wódka i papierosy zostały na pokładzie, więc lecę po nie. Czasu jest niewiele, bo samolot, którym przyleciałyśmy tankuje się, sprząta i odlatuje powrotem do Brukseli z nowymi pasażerami na pokładzie (plus z tymi, którzy wsiedli w Ugandzie). Udaje mi się ocalić nasze skarby, jestem ślicznie obśmiana w Suahili, którego nie rozumiem i spokojnie wracam do Marty. W okienku wizowym czeka na nas dwoje super-sympatycznych Kenijczyków, którzy zachowują się tak miło i przyjemnie, że aż mi szczęka opada – Polska biurokracjo, ucz się ;-).&lt;br /&gt;Z 3-miesięczną wizą turystyczną chcemy wkroczyć do Kenii. A tam szok. Nie ma drzwi. Lotnisko zbudowane jest tak, że wchodzi się na nie między filarami, wprost z ulicy. Normalnie nie ma żadnego niczego poza skromną barierką wyznaczającą obszar odprawowo-niedlawszystkich. Jak się potem okaże brak drzwi jest cechą charakterystyczną większości większych obiektów – jak na przykład supermarketów, do których wchodzisz wprost z ulicy.&lt;br /&gt;W Nairobi jest zima. 18 stopni ciepła, spora wilgotność i mi jest gorąco jak diabli w bluzie i grubych dresach, w których leciałam nastraszona, że zamarznę po wylądowaniu, ale lokalesi są w kurtkach i CZAPKACH, co powoduje, że zaczynam się zastanawiać czy wszystko z nimi ok. No ale zima to zima. Panuje na lotnisku, w supermarketach i okolicach, trochę na ulicach. Za to w barach (takich klubo-pubach, których tej nocy zwiedziliśmy aż 3, w każdym spędzając max 20 minut) panuje całkiem normalne lato w pełni.&lt;br /&gt;Na lotnisku odbiera nas Alwin (kolega Marty, Kenijczyk, który w Polsce studiował medycynę) z kolegą (nie pamiętam imienia, ale rzuciło mi się w oczy, że miał na głowie WIELKIE słuchawki Sony, z których napierdzielał Kenijski RAP – ju nou, Suahili do rytmu – szok!). Lotnisko jest spory kawałek od centrum Nairobi. Generalnie z lotu ptaka sprawia wrażenie, jakby było hen hen od miasta, a de facto od centrum dzielą je dzielnice przemysłowe, w których chyba pracuje się tylko 8 godzin, bo ciemno tam jak w lokalnej dupie i tylko gdzieniegdzie nieśmiało palą się jakieś lampy, dzięki którym mogłam się w ogóle zorientować, że to teren przemysłowy.&lt;br /&gt;Wjeżdżamy do centrum Nairobi. Oprócz tego, że jeździ się tu lewym pasem jak przystało na ex-brytyjską kolonię, że nasz kierowca nie ma prawa jazdy, bo jeszcze nie zdążył nabyć po powrocie z Polski (taniej jest kupić dokument niż naprawdę przechodzić kurs i zdawać egzamin na prawo jazdy, no i przede wszystkim jest szybciej i łatwiej), do tego wszystkiego, wisienką na czubeczku jest to, że czerwone światło tak naprawdę nic nie znaczy. W ogóle jeśli zwraca się uwagę na jakieś znaki to na informacyjne. Cała reszta stanowi pewną formę dobrej rady od pracowników drogówki czy kogo-tam, z której możesz ale nie musisz skorzystać. Samochody więc zlewają się w jedną wielką stalową rzekę pojazdów, w której trzeba nieźle się orientować a za koło ratunkowe służy klakson (i nocą jeszcze długie światła).&lt;br /&gt;Ciekawym zwyczajem jest, że kierowcę nadjeżdżającego z przeciwka dużym autem informuje się o tym, że musi zjechać bliżej lewej strony poprzez wrzucenie prawego kierunkowskazu (tak jakby się chciało wjechać na jego pas), trąbienie i mruganie długimi światłami. Przekaz nie pozostawiający żadnej wątpliwości. Ja po drodze kilka razy byłam na granicy stanu przedzawałowego. Ale to było nic w porównaniu z tym co zobaczyłam w sobotę rano na ulicach Nairobi (ruch był kilkanaście razy większy niż w piątkowy wieczór). Zakrawało to trochę na cyrkowe szoł a nasz kierowca bez prawa jazdy zyskał MEGA SZACUN w moich oczach. No a potem było Matatu.&lt;br /&gt;Ale najpierw jeszcze o barach (klubo-pubach) i Kiberze.&lt;br /&gt;Jako że był piątkowy wieczór Alwin zabrał nas na nairobijski clubbing połączony z wycieczką objazdową po mieście (które chyba lepiej zwiedzać po ciemku, bo jest ładniejsze i jakoś tak mniej brudne). Wesoła 5-tka (Ja, Marta, Alwin, Ben i Natan) wyruszyła w miasto. Najpierw był przystanek w lokalnej sieci fast-foodowej – Kenchick – niby taki odpowiednik KFC, ale na lokalnych warunkach. Tzn, miękkie ciapowate frytki podawane w przezroczystej foliówce - woreczku śniadaniowym, do której dolewasz bardzo rzadkiego keczupu (pikantnego jak jasna Anielka) i dosypujesz odpowiednio dużo soli, żeby nie czuć czasem smaku frytek. Worek zawiązujesz, trzęsiesz nim i czerwonawe fryty gotowe do spożycia. Ich ilość bardzo precyzyjnie odmierzana jest przez kucharza-kelnera-złotąrączkę przy użyciu szczerbatego talerza. Jeden talerz to 20 KSH (1 pln = 35 KSH = jedna coca cola ;-). Do tych słynnych w świecie frytek można nabyć „Kuku” czyli kurczaka z rożna (pieką się na rożnie w witrynie lokalu) w częściach (1/4, ½) lub w całości. Względnie można dostać Kuku-burgera (w/w mistrz kuchni odrywa mięso kurczacze od kości i pakuje miedzy 2 połowy bulki z sezamem a potem dorzuca pomidora. Jest jeszcze całkiem niezła kurczakowa kiełbaska. Wielkości połowy parówki, ale ciut grubsza. Podpiekana i całkiem chrupiąca. Odważyłam się nawet jedną wciągnąć. Poza tym – w celu dbania o higienę klientów, w lokalu zamontowana jest umywalka z dwoma kranami w brytyjskim iście stylu, z których żaden nie działa. Dodam jeszcze że ta sieć jest naprawdę popularna – nie widziałam ani jednego McDonaldsa ani innej PizzyHut, ale KenChick jest na co drugiej stacji benzynowej, i na co trzecim rogu. My byliśmy w oddziale nad którym mieścił się jeden z barów, bardzo popularny podobno.&lt;br /&gt;Wspólnym mianownikiem tych lokali jest to, że z głośników płyną hip-hopowe nuty, do których raz gada 50Cent albo Usher a raz jest to jakiś Kenijski substytut. Wszyscy tańczą kręcąc pupami i trzęsąc biustami (o ile powyższe posiadają). Taniec w parach odbywa się w zaskakujący sposób. Partnerka twarzą do ściany (naprawdę blisko niej) ma do swej pupy przyklejonego partnera, który próbuje kręcić swoimi pośladkami w sposób jak najbardziej imitujący kopulacje. Bardzo musi to być przyjemne. Ale ale! Mzungu wchodzą do lokalu (czyli białe kobiety), i nagle jako klasyczna przedstawicielka gatunku Mzungi czujesz że:&lt;br /&gt;a)     jesteś strasznie przeraźliwie blada&lt;br /&gt;b)     jesteś ubrana jak jakaś pokutnica&lt;br /&gt;c)      masz za mało złotej biżuterii i w ogóle wyglądasz na bidę z nędzą&lt;br /&gt;d)     wszystkie męskie oczy badają rozmiar twojej bielizny, a kobiece patrzą z politowaniem na twój nieciekawy strój&lt;br /&gt;e)     jak ktoś spojrzy w twoje oczy to albo jest to spojrzenie-bezczel (I’ll do U in a moment) albo spojrzenie-przyjaciel (Widzę że przyszłaś z 3 czarnymi kolesiami, chcę być twoim przyjacielem :P), w przypadku kobiet jest to przekaz – odejdź stąd, biała kobieto.&lt;br /&gt;Odwiedziliśmy 3 lokale, jeden w dzielnicy średnio zamożnej, drugi w średnio-średniej i trzeci w centrum (które podobnie jak lotnisko, wygląda jak skansen lat 60-tych, tyle że jest czyste, w miarę eleganckie, uporządkowane i bezpieczne – sporo służb policyjno- porządkowych). Wypiłam sobie jedno lokalne piwo – TUSKER, bardzo good quality jak na cenę którą trzeba za nie dać 25 – KSH.&lt;br /&gt;Zamożność dzielnicy w Nairobi można wywnioskować z konstrukcji ogrodzenia.&lt;br /&gt;1)     TOP – high class i w ogóle – wysoki betonowy mur, obsadzony żywopłotem, ze zwiniętym drutem kolczastym na czubku – i brama wysoka pod niebo z odsuwanym wizjerkiem dla odźwiernych&lt;br /&gt;2)     Middle-high – j/w ale bez żywopłotu&lt;br /&gt;3)     Middle – wysoki betonowy mur, bez drutu kolczastego. Brama wysoka ale trzeba ją otworzyć, żeby zobaczyć kto stoi przed nią.&lt;br /&gt;4)     Middle-low – siatka przez którą wszystko widać i w pewnie jeszcze gdzieniegdzie porozrywana. Brama albo jest, albo już ktoś ją oddał na złom.&lt;br /&gt;5)     Low – budynki, domki, bloki i inne betonowe konstrukcje, które okiem Mzungu mogą stanowić lokale mieszkalne, ale bez ogrodzeń.&lt;br /&gt;Jest jeszcze Kibera. Kibera (w Suahili – las) to dzielnica slumsów, a nawet nie dzielnica tylko osobny twór administracyjny. Jak Piaseczno, tylko ciut biedniejsza i deko większa (30% populacji aglomeracji Nairobi to mieszkańcy Kibery) :P (swoją drogą – być urzędnikiem albo stróżem prawa w Kiberze to musi być dopiero radocha). Z samolotu jest czarną plamą wdzierającą się od strony zachodniej do Nairobi. Z poziomu zerowego nocą wygląda jak brama do piekieł (nie wjeżdżaliśmy tam, ale odwoziliśmy Natana, który mieszka 10m od niej w domku za 5 metrowym murem obwiązanym drutem kolczastym z każdej strony. Domek należy do 3 grupy zamożności, a ten jeden mur stanowi odstępstwo od reguły). Przejeżdżając w okolicy zamyka się szyby w autach, wyłącza muzykę i wrzuca piątkę. I choćby dzieci wybiegały Ci pod koła - nie zatrzymujesz się. Oczywiście żywego ducha nie widać, ale jak może być widać czarnego w czerni…&lt;br /&gt;Kibera za dnia z kolei wygląda trochę jak wielkie wysypisko, na które ktoś wpuścił szalonych ekologów, którzy próbują udowodnić, że z tych śmieci można coś pożytecznego zbudować. Oczywiście „domki” powstają na śmieciach, ze śmieci i wśród nich. Towarzyszy im też odpowiedni zapach. Droga z Nairobi do Narok prowadzi właśnie przez Kiberę. Dodam jeszcze, że przy ulicach asfaltowych stoją Kiberiańskie Wille, a w głębi widać całą resztę. No i do tego te tory kolejowe,  które przecinają slumsy stanowiąc główną arterię komunikacyjną i pociąg przecinający ciała ludzi leżących na torach, dzieci bawiących się tam bez niczyjej opieki i jeżdżący według Kenijskiego rozkładu jazdy – czyli kiedy się zapełni.&lt;br /&gt;Ciekawym zjawiskiem była stacja benzynowa w slumsach. Przy ulicy stoi sobie murowany budynek, z pustaków, nie otynkowany, sprawia raczej straszne wrażenie. W domku tym – jedyny otwór – okienny – jest zakratowany. W środku stoją 2 dystrybutory (oil and diesel), zza krat wystają węże. Stacje w Kenii są nie-samo-obsługowe. Ktoś ci musi nalać paliwa, ale w razie gdyby przypadkiem nikogo nie było pod ręką – samemu się nie obsłużysz.&lt;br /&gt;O 2.30 byliśmy w końcu w łóżkach. Wcześniej tylko ostatni łazienkowy kontakt z cywilizacją i w kimkę. To był naprawdę długi dzień.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5274022193946772385-6591669817155068913?l=afryka-dzika.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/feeds/6591669817155068913/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5274022193946772385&amp;postID=6591669817155068913' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6591669817155068913'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5274022193946772385/posts/default/6591669817155068913'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://afryka-dzika.blogspot.com/2008/07/11072008-pitek.html' title='11.07.2008 – Piątek'/><author><name>Edyta Kijewska - Kiwi</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13295222425251602269</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='31' height='23' src='http://3.bp.blogspot.com/_ovkRaOLwybA/SqUKAIj7bdI/AAAAAAAAIsI/EVsL6wpoFv8/S220/DSC_0667.JPG'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
